Chciał zobaczyć, co się stanie.
Leonowi lodowaty pot spływał z czoła. Dlaczego mnisi nie przybywają? Z trudem panował nad chęcią, żeby wypuścić tę smarkulę Unni i po prostu uciekać gdzie pieprz rośnie. Bo ten okropny upiór, czy co to do diabła jest, ten jego miecz… Nie, Leon za nic nie będzie z nim walczył!
No! Nareszcie są mnisi! Leon odetchnął. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był spięty. Tamci, niczym sekundanci podczas pojedynku, stali wyprostowani z boku. Znakomicie!
Nagle drgnął.
– Ale… jest was tak niewielu – wyjąkał.
– Czego chcesz? – bezceremonialnie przerwał mu jeden z mnichów.
Leon ze zgrozą stwierdził, że wciąż się jąka, mówił jednak dalej:
– Miecz! Nie zdołamy się przeciwstawić temu mieczowi. On jest zaczarowany, pamiętajcie, że wyprawił na tamten świat Wambę!
Panowie moi i mistrzowie, zabijcie to monstrum, trzymające miecz!
I zmuście dziewczynę, by wyznała prawdę!
Zacięte twarze mnichów najpierw zwróciły się ku nieznajomemu.
Niezauważalnie zrobili wszyscy krok w tył, być może pamiętali znamię na pewnym ramieniu w jednym z kościołów w Santiago de Compostela. Potem, niczym roboty, zwrócili twarze w stronę Unni.
Cienki, przenikliwy glos przeciął powietrze. Mnisi poderwali się z ziemi jak czarne gawrony, a jeden z nich piszczał:
– Masz odwagę stawiać nas przeciwko niej? Przeciwko im obojgu? Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo, nie pojmujesz tego?
Niebo było znowu czyste, czarne śmieci zniknęły. Przynajmniej tym razem.
Leon stał z rozdziawioną gębą. Jordi, który przez cały ten czas nawet nie drgnął, opuścił miecz i postąpił parę kroków naprzód.
W ten sposób granica została przekroczona. Alonzo już dawno znajdował się daleko stąd, Emma biegła za nim, jakby jej diabeł deptał po piętach, a Leon odepchnął od siebie Unni i pognał za swoimi zmykającymi kompanami.
Najwyraźniej jego celem było, żeby Unni nadziała się na wyciągnięty miecz, ale Jordi zdołał temu zapobiec, rzecz jasna.
Rzucił miecz i chwycił Unni w ramiona.
Stali tak, drżąc, przez kilka sekund, lodowate zimno rozprzestrzeniało się w ciele Unni, ale ona nie zwracała na to uwagi.
– Dziękuję ci – szlochała, bo właśnie teraz przyszła reakcja. – Dziękuję ci za uratowanie mi życia! Myślałam, że jesteś na mnie zły.
– Dlaczego miałbym być zły?
– Ech, tak mi się zdawało, ale to nic.
– Nie, powiedz!
– T – ty nie roz – rozmawiałeś z – ze mną, nie p – patrzyłeś na mnie przez wiele godzin.
Jordi zorientował się, że zaraz znowu ją zamrozi.
– Wybacz mi! Chodź, czekają na nas!
– Przecież oni odjechali…
– Niedaleko. Czekają na nas przy drodze. Najpierw trzeba było przewieźć skrzynkę w bezpieczne miejsce.
– Och, tak, to bardzo rozsądne.
Jordi podniósł miecz i ruszyli szybkim krokiem. Zręcznie unikał jej pytań, sam zadając własne:
– Co ten mnich miał na myśli, mówiąc, że jesteś dla nich niebezpieczna?
Unni dumnie wypięła pierś.
– Dzisiaj w nocy unieszkodliwiłam trzech z nich.
Tym znakiem. Wiedziałam, że to ważne, że muszę znak narysować.
– Tak, pamiętam, że rysowałaś coś w samochodzie. Ale że zdołałaś… i to trzech? No to rzeczywiście zostało ich niewielu. I zniknęli tak nagle. Nie rozumiem, dlaczego. Musiałaś jednak chyba wypowiedzieć też słowa wypisane na tarczy, w przeciwnym razie znak by nie zadziałał.
Unni zastanawiała się.
– AMOR ILIMITADO SOLAMENTE? Chyba nie. Nie powiedziałam tego. Chociaż, niech się zastanowię. Wiesz, ja często o tych słowach myślę, próbuję znaleźć dla nich wyjaśnienie, ale… Ależ tak, jak to było dziś w nocy? Byłam taka podniecona, że nie wiedziałam, co robię. Jordi, myślę, że naprawdę wypowiedziałam te słowa!
Podświadomie. Tak, powiedziałam! Jakaś inteligentna komórka w moim mózgu musiała je automatycznie wywołać z pamięci. Dziękuję ci, moja szara komóreczko!
Jordi się uśmiechnął.
– Zachowałaś się fantastycznie, Unni! Ale też to było bardzo niebezpieczne. Szaleńcza, głupia odwaga. Nie wolno ci więcej nic takiego robić!
Unni odzyskała odrobinę wiary w siebie. On jednak nie odpowiedział na pytanie.
Milczała, dopóki nie zauważył, że Unni czegoś chce.
– To prawda, wybacz mi, pytałaś mnie… dlaczego byłem taki milczący – powiedział wtedy pospiesznie. – Moje zachowanie miało swoje przyczyny.
Unni czekała. I, prawdę powiedziawszy, miała serce w gardle ze strachu, co jej powie.
– Nie zastanawiałem się nad tym, jak to przyjmiesz – zaczął ze smutkiem w głosie. Temu właśnie brzmieniu jego głosu, zawartemu w nim ciepłu, dała się oczarować już wielokrotnie. Zawsze wierzyła, że jest ono przeznaczone wyłącznie dla niej. W rzeczywistości Jordi był altruistą, przyjacielem ludzi. I roztaczał opiekę nad wszystkimi, którzy potrzebowali jego pomocy. Teraz mówił dalej: – Widzisz, musiałem się zastanowić nad kilkoma ważnymi sprawami. Jedna to szkoda, jaką mi wyrządził Wamba, rzucając na mnie przekleństwo.
Druga, to mój stosunek do ciebie…
Uff, teraz się zacznie! Unni skuliła się jakby w obronie przed słowami, które zaraz padną. Spoglądała na niego spod oka, a ciepło walczyło z ogarniającym jej ciało zimnem. Pomagało jej słońce, poza tym szli szybko, bo dobrze wiedzieli, że Leon & Co. znajdują się w lesie. Leon & ku, myślała ze złością, a chodziło jej o Emmę.
Co prawda tamci pobiegli w niewłaściwym kierunku, ale prędzej czy później się zorientują i wrócą tutaj.
Ona i Jordi znajdowali się już na paskudnej leśnej drodze i zmierzali ku głównej szosie, gdzie miała być szopa na narzędzia.
Unni śmiertelnie się bała tego, co Jordi ma jej do powiedzenia.
Wolała dowiadywać się nieprzyjemnych rzeczy po kolei.
– Szkoda, powiedziałeś?
– Unni, snop ognia, którym zionął Wamba, uderzył we mnie z wielką siłą. Wprawdzie nie trafił mnie frontalnie, jeśli tak można powiedzieć, ale jednak mnie objął. Nie jest ze mną dobrze.
– Pod jakim względem? – chwyciła go za ramię.
– Nie umiem powiedzieć. Niełatwo mi się w tym rozeznać. Mam oparzoną skórę, ale to drobiazg, gorzej, że wciągnąłem chyba ogień do płuc. Teraz trudno mi oddychać, tracę siły. Ale naprawdę nie wiem…
Unni była bliska paniki.
– Nic ci się nie może stać – pisnęła cichutko. – Powinieneś był coś powiedzieć, ja niewłaściwie tłumaczyłam sobie twoje zachowanie.
Zdawało mi się, że utraciłam… najlepszego przyjaciela. Że on ma dosyć nudnej Unni albo jest na mnie zły, a to jeszcze gorsze!
– Kochanie, jak mogłaś w ogóle coś takiego pomyśleć? – protestował wzburzony. – Moje największe zmartwienie przecież to to, że narażam cię na zbyt liczne niebezpieczeństwa i że nie jestem dla ciebie odpowiednim mężczyzną.
– Wcale nie, jesteś, ale to… Jordi uniósł dłoń.
– Dobrze wiesz, że stoimy po dwóch stronach nieprzekraczalnej granicy. Ja zacząłem już wolno schodzić w dół, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Nie możemy być ze sobą zbyt blisko. Myślałem nawet, żebyś wyjechała do Norwegii. Boję się, że może ci się coś stać, rozumiesz, a poza tym ja stanowię niebezpieczne towarzystwo. Ale, oczywiście, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką!
A teraz, kiedy uświadomiłem sobie, że twoje życie jest zagrożone, to jakby jakieś szpony szarpały mi serce, dosłownie szalałem z niepokoju.
Читать дальше