Jordi zaglądał pod samochód, dokładnie badał jego wnętrze, ale żadnych szkód nie znalazł.
– Samochód był zamknięty, nawet go nie tknęli…
– A sądząc po śladach, musiało im się bardzo spieszyć, kiedy stąd odjeżdżali – powiedział Elio. – Patrzcie, jak się zaryli w błocie.
– Tak – zgodził się Pedro. – Ale my też mamy problemy.
Samochód ugrzązł w tym gnoju, trzeba będzie podłożyć coś pod koła, w przeciwnym razie nigdy się stąd nie wydostaniemy.
Zaczęli więc zbierać w lesie gałęzie, mężczyźni podkładali je pod koła i…
– A gdzie Unni? – zaniepokoił się Jordi, który już usiadł za kierownicą, by sprawdzić, czy mogą ruszać.
Rozglądali się wokół.
– Dopiero co tu była – mówił Pedro. – Poszła tylko jeszcze po parę gałązek.
Czekali przez chwilę. Coraz bardziej niespokojnie spoglądali po sobie.
– Unni? – zawołał Jordi.
Las stał w milczeniu, wkrótce jednak usłyszeli stłumione wołanie o pomoc. Jakby poprzez knebel albo coś takiego.
Jordi ze świstem wciągał powietrze.
– Dajcie mi miecz! – zażądał.
– Ale…
– Poradzę sobie z tym. A wy dwaj odjedźcie tak, żeby skrzynia Santiago znalazła się w bezpieczniejszym miejscu. Potem wróćcie po nas!
– Jesteś wielkim optymistą – rzekł Pedro półgłosem. Jordi stal już z mieczem w dłoni. Twarz miał tak napiętą, że wszystkie linie i zmarszczki były wyraźnie widoczne.
– Trzeba być optymistą. Tylko wracając, nie podjeżdżajcie zbyt blisko, za trudny teren. Przy głównej drodze widziałem szopę na narzędzia dróżnicze, tam na nas czekajcie!
I zniknął między pniami drzew. W tym samym momencie słońce wzeszło i zalało samotny las bajecznym blaskiem.
Leon głośno przeklinał ludzi Alonza, którzy zwiali, zabierając obydwa samochody. Teraz Leon, Emma i Alonzo stali na skalnym występie, spory kawałek od miejsca, z którego tamci uciekli, i spoglądali z góry na jedyny samochód, jaki został, samochód przeciwników.
– Musimy go zdobyć.
– Był przecież zamknięty – wtrącił Alonzo. – Oglądaliśmy go dokładnie.
– Wiem o tym – warknął Leon. – Ale to głupstwo. Zastanawiam się natomiast, gdzie się, do cholery, podziała ta banda. Panna Unni i cała reszta. Będziemy czekać, aż wrócą, czy…?
– Ciii – syknęła Emma. – Coś mi się zdaje, że długo czekać nie musimy.
Nasłuchiwali. Dochodziły do nich przytłumione, ale coraz wyraźniejsze głosy. Wkrótce cztery osoby ukazały się na „drodze”.
Obserwatorzy słyszeli opowieść Unni o Borysie Godunowie.
– Ona zawsze musi być taka interesująca? – warknęła Emma ze złością.
– Patrzcie lepiej, kto to idzie – upomniał Leon. – To ten dzikus, co ściął głowę potworowi mnichów. O, i ten przeklęty Pedro! Myślicie, że nie znam tego ważniaka? A trzeci to musi być Elio! I on powinien wpaść w nasze szpony.
– Co oni taszczą? – dziwił się Alonzo. – To jakaś skrzynia?
– Co? Chyba nie znaleźli skarbu?
– Nie wygląda mi to na skarb – uspokoiła go Emma. – Skrzynia utytłana w ziemi.
– Nieważne, co to jest – oznajmił Leon szorstko. – Zabieramy wszystko. Wszystko będzie nasze, Elio, skrzynia, ich samochód.
Chodźcie!
Zaczęli się przedzierać przez leśne zarośla.
– Ale ich jest więcej – zauważył Alonzo niespokojnie.
– Phi, też mi przeciwnicy! – prychnął Leon. – Pedro stoi jedną nogą w grobie, dobrze o tym wiem, a dziewczyna się nie liczy. Elio wygląda na dobrze podstarzałego. Teren jest trudny, nierówny, błoto…
– Zaczekajcie – szepnęła Emma, kiedy znowu odsłonił się przed nimi widok. – Unni się oddaliła, idzie w naszą stronę.
– Wspaniale! – ucieszył się Leon. – Będziemy mogli ją wymienić na Elia i skrzynię.
Ostrożnie skradali się naprzód. Unni pochyliła się, żeby podnieść jakieś suche gałęzie, i niczego nie zauważyła, dopóki dłoń Leona nie zatkała jej ust.
– Trzymaj pysk, bo jak nie, to wbiję w ciebie nóż!
Przerażony wzrok Unni napotkał triumfalne spojrzenie Emmy.
– Co macie w tej skrzyni? – syknął Leon.
Unni nie odpowiedziała. Zresztą jak miała to zrobić z tą cuchnącą dymem tytoniowym łapą na ustach? Sam odór wystarczył, żeby wywołać mdłości.
Emma dźgała ją patykiem w brzuch.
– Teraz już nie jesteś taka wyniosła, co? – chichotała. – I nie próbuj się stawiać. Wszystkie siły są po naszej stronie.
Ktoś zawołał Unni po imieniu i dziewczyna automatycznie odpowiedziała. Wyszło to niezbyt wyraźnie, głos miała zdławiony, ale Leon się wściekł. Ze złością syczał jej do ucha:
– Jeśli oni chcą cię jeszcze zobaczyć, to muszą nam oddać skrzynię i Elia. Takie są moje warunki, to właśnie oni usłyszą, kiedy… – pospiesznie zamknął gębę, dotarł bowiem do niego nieoczekiwany dźwięk.
– Samochód startuje – jęknął Alonzo. – Oni wieją! No to nie będziemy mieli czym stąd wyjechać! Przeklęty las, nie chcę się tu dłużej błąkać!
– Nie wrzeszcz! A ty, śliczna panienko, słyszałaś? Zostawili cię! I ty się zadajesz z takimi podłymi tchórzami?
Leon wydał z siebie jęk i zamilkł. Tuż przed nimi stała tamta straszna figura, ten, który się nigdy nie pokazywał, aż do dzisiejszej nocy, to znaczy dopóty, dopóki nie ściął łba czarownikowi Wambie.
I teraz też trzymał w rękach ten sam miecz. Śmiertelny strach przeniknął Leona. Ten miecz…?
Nieznajomy trzymał broń przed sobą, z ostrzem skierowanym ku górze, obie dłonie zaciskał na rękojeści. Wyciągnął ramiona niczym samuraj gotowy do walki. Przywodził na myśl fantom z ohydnej krainy umarłych.
Emma schowała się za plecami Leona. W ostatniej chwili zdążyła złapać Alonza, który szykował się do ucieczki.
– Co teraz zrobimy? – szepnęła Leonowi do ucha. – Bo z tym tutaj wolałabym nie mieć do czynienia.
Leon znalazł na to radę.
– Postanowiłem wezwać moich przyjaciół mnichów. Naprawdę mogą nam trochę pomóc. Nie musimy sami bić się z wszelkim możliwym paskudztwem!
Powiedział to bez zastanowienia, jakby zapomniał, że mnisi są takim samym paskudztwem, jak każde inne zło.
– Tak zrób – popierała go Emma ze złością. – Myślę, że wtedy ta młoda dama narobi w majtki.
– Wypuśćcie Unni! – zażądało przerażające stworzenie przed nimi.
Leon rozumiał, że czas nagli. Z tym zbrojnym w miecz wojownikiem nie ma żartów. Zdawało mu się, że go rozpoznaje…
Nakazał, żeby Alonzo zajął się pilnowaniem Unni, sam natomiast zaczął wzywać mnichów.
– Powtarzam ostatni raz: Wypuśćcie Unni! – Obcy mówił gniewnie, a jego słowa brzmiały złowieszczo.
– Poczekaj, poczekaj! – wołał Leon gorączkowo. Szeroko rozpostarł ramiona.
Jordi, rozumiejący ów starodawny hiszpański, którym Leon teraz przemawiał, słuchał zdumiony:
– O, duchowi bracia moich przodków! Brońcie mnie, waszego pokornego sługę, który dla was gotów jest zrobić wszystko!
Pomóżcie nam w walce z tym dzikusem znikąd! Poraźcie go waszą śmiercionośną siłą…
I nagle prawda dotarła do Jordiego: Leon jest potomkiem tego z mnichów, który spłodził dzieci! Trzynastego mnicha, unicestwionego potem przez Urracę. Nic dziwnego, że Leon ma powiązania z tymi świńskimi służkami inkwizycji! Mnisi nie mieli imponująco wiele potomstwa, jak widać jednak istnieje ogniwo łączące ich ze współczesnością. Na dodatek to drań taki sam jak oni, dokładnie taki, jakiego potrzebują.
Jordi czekał. Nie chciał narażać życia Unni na niebezpieczeństwo.
Читать дальше