104
drżenie jej ud, niż słyszałem, a te skurcze mięśni, brak tchu, zęby na mojej dłoni, wszystko to były oznaki mojej nad nią władzy, kontroli przez rozkosz, i takim to sposobem przyjemność mi sprawiała jej przyjemność, świadomość, że dotyk warg, muśnięcie języka ciska ją na drugi koniec skali zmysłów - aż na dobre oderwała się ode mnie, odepchnęła, wypuściła z uścisku nóg, i usiadłem, też dysząc ciężko, z wilgotną twarzą, głupio uśmiechnięty; patrząc pod słońce, mrużyłem oczy i ssałem krwawiący kciuk. - Ojojoj, ugryzłam, co? Chodź. - Pochyliłem się, objęła mnie, przyciągnęła, rumieniec już cofał się jej z piersi, ale policzki wciąż miała zaróżowione i oddech szybki, gorący, gdy zanurzyłem się w nim i zmieszałem z nim swój. - Mmmmmmmm - z głębi gardła, nie kończący się, koci pomruk głodu, kiedy prawa ręka szarpała sprzączkę mego pasa, lewa bowiem ponownie splotła się z moją, co zresztą zburzyło równowagę i przetoczyliśmy się na bok, w świeżą trawę i rosę, ale nazbyt już byłem rozpalony, by zwrócić uwagę, gorące energie pędziły przez dziesiątki kilometrów czarnej błony, kurczyły się i rozkurczały spazmatycznie małe i wielkie kwiaty peryferyjnej extensy, krótkie fale bezprzyczynowych drżeń przechodziły po gwiaździstych szkieletach Oczu i Uszu, transmutacyjne jelita przyśpieszały trawienie zimnych skał, coś strzelało w zbiegach milowych nerwowodów, musiałem objąć ją mocniej, głębiej wniknąć, aż, ach, nastąpił moment doskonałego bezruchu, spokój i cisza i rozluźnienie mięśni - tak zamarliśmy, tylko łapiąc oddech i spoglądając sobie w oczy z odległości dziesięciu centymetrów, ja - siedząc płasko, wpółodchylo-ny, ze swetrem splątanym na piersi, ona - wparta we
105
mnie, patrząca z góry, z jedną nogą zawiniętą za moimi plecami, drugą zgiętą prosto przy boku, ze stopą w mokrej trawie, poruszenia gałek ocznych były tak drobne, że prawie niezauważalne, skanowaliśmy wzajem swoje twarze, zawsze wracając do czarnych źrenic, nieubłaganie, od jednego małego grymasu do drugiego, budując w ten sposób bliźniacze uśmiechy, szerokie, nieprzyzwoite, z rozchylonymi wargami, odsłoniętymi zębami, i tak od chichotu aż do głośnego śmiechu, a kiedy się śmiała, jeszcze mocniej znaczyły ją zmarszczki, i jeszcze bardziej była Sjanną, i nie chodziło już nawet o piękno, młodość, czystość - jedynie
ów rodzaj bliskości, do którego tęsknimy przez całe życie, od dzieciństwa; blisko i jeszcze bliżej, aż nawet czerwone lasy moich płuc, porastające amoniakalne morzaksiężyca Szóstej, poczuły to ciepło, nawet miliardtonowypająk próżni rozprężył się i otworzył na blask Meduzy, pięć,dziesięć, piętnaście sekund, błysk protuberancji strzeliłprzez Anomalię - i drgnął mięsień barku, przesunąłemdłonią po mokrych od rosy plecach Sjanny, ona nachyliłasię głębiej, połknęła mój oddech, zafalowały biodra, i ruszyłem, przez śmiech, przez purpurowy świt na Szóstą
jasny świt nad Zielonym Krajem, przez pamięć starychi nowych instynktów, ku olbrzymiej, gorącej gwieździe.Zamknąwszy oczy, z tym większą dokładnością Widziałem i Słyszałem. Po jakimś czasie musiała wstać i wdziaćspodnie, wsunąć buty - przestąpiła nade mną, a kiedyuniosłem powieki i złapałem ją za łydkę, wyrwała się, odskoczyła i pokiwała palcem. - No-no-no, co wy sobie wyobrażacie, mój panie? - Sjanną... - Zresztą mieliśmywstąpić do Jakonów, prawda? Kto pierwszy u Jakonów! -
106
Zaśmiała się dziewczęco, złapaia wodze osiodłanego już Pioruna, Piorun z jakiegoś powodu szarpnął się, gdy przerzucała ponad nim nogę, poleciała na plecy, Piorun szarpnął się po raz drugi, dłoń straciła uchwyt na kulbace, but obsunął się ze strzemienia, wylądowała na ziemi z głuchym stęknięciem. - A, widzisz - zaśmiałem się - kara boska! Trzeba było... Sjanna? - Usiadłem, obracając się przez lewe ramię. Extensa już wiedziała, zawijała się do wewnątrz, więdła błyskawicznie. Podczołgałem się czym prędzej, nawet nie podnosząc się z kolan. Kamień nie był wiele większy od mojej pięści. Sjanna mrugała, patrząc w przestrzeń, i próbowała łapać powietrze, rybio otwierając usta, ślina ściekała po liniach zmarszczek. - Powiedz! Powiedz! - Złapałem ją za ramiona, zajrzałem w przerażone oczy. - Powiedz! Nie przejmuj się niczym! Powiedz! Ułóż wargi! Wystarczy! - Ale jeszcze tylko jedno mrugnięcie, i to był koniec wszelkiego ruchu.
5.
Jakiż egoizm kryje się w żałobie! Cóż za samolubstwo - rozpaczać po czyjejś śmierci! Utraciliśmy kogoś, kto był dla nas źródłem przyjemności, korzyści, czyja obecność wywoływała w nas pozytywne uczucia - i teraz rozpaczamy. Że już nie dane nam będzie zaznać z nim takich a takich radości; że nie wprawi już nas w taki a taki nastrój; że będzie ciężej. Więc smutek i płacz - bo umarł. Co za hipokryzja!
Być może gdybyśmy przy tym wierzyli, iż po śmierci cierpi jakieś niewyslowione męki - byłby to żal niesamo-lubny. Ale tak żałować można jedynie największych grzeszników.
Jest wszelako jeszcze drugi rodzaj żalu, nieegoistycz-ny, choć także skupiony na sobie: żal, że za życia zmarłego postępowaliśmy, jak postępowaliśmy; że mogło być to jego życie lepsze, szczęśliwsze, inne - gdyby nie my. A teraz już niczego przecież nie sposób zmienić, naprawić - zatrzasnęły się zwrotnice, wszystko zaprzepaszczone, szanse wszystkie.
108
I słychać jedynie tykot metronomu ciszy, który odlicza takty do naszej śmierci, a każdy następny odrobinę krótszy: raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa, raz.
Nie rozumiem, co się ze mną działo. Gubiłem gdzieś całe godziny, niemal dni. Nie pamiętam na przykład prawie wcale światła słonecznego - no, może trochę wieczornych półmroków; ale poza tym - noc. Czyżbym pory jasne tak regularnie przesypiał? I nie pamiętam też ludzi. Dwór był pusty - gdzie się podział Bartłomiej, gdzie dzieci? A na pewno zdarzali się też jacyś goście. Ale ich także nie pamiętam. Dom stał cichy i ciemny. Nie wychodziłem również do ogrodu. Czy ktoś w ogóle go doglądał? Nie ja.
Powinienem pamiętać wszystko, ale tych rzeczy nie pamiętam; nie mogę sobie przypomnieć na przykład jej pogrzebu. Wiem, że pochowano ją za sadem, bo natrafiłem tam później na krzyż z jej imieniem - ale kto i kiedy pochował...? Wspomnienia są alinearne, nic nie wiąże jednego obrazu z drugim. Przejrzałem się kiedyś w lustrze i okazało się, że mam gęstą brodę, długie włosy, za całe ubranie służy mi zaś jeden ze szlafroków Bartłomieja, a gdy go rozchyliłem - żebra przebiły spod brudnej skóry. Zdążyłem aż tak schudnąć, musiał więc minąć dłuższy czas, prawda? Bo rzeczywiście, nie pamiętam, co jadłem; czy jadłem w ogóle.
Chudłem, kurczyłem się, zapadałem, Oczy i Uszy obumierały, nie odrastając, gdy szarpane kosmicznymi śmieciami, nie korygując orbit, gdy ściągane w grawitacyjne pu-
109
łapki. Tak musiały ulec zniszczeniu dwie sieci radiotele-skopowe, spadając na którąś z planet bądź któryś z ich księżyców, bo od pewnej nocy już ich nie czułem, nie słyszałem nimi; powinienem pamiętać ból okaleczenia - nie pamiętam.
Częste są natomiast wspomnienia salonu z parteru: jak siedzę w fotelu, plecami do okien, noc wypełnia pomieszczenie, okrywa wszystkie przedmioty, gasi srebrne refleksy, wygładza granice cienia, a mnie wtłacza w ów fotel miękką pięścią, aż nie tylko nie mogę, lecz i nie chcę, nie mam ochoty, nie mam potrzeby się poruszyć, i siedzę tak - trudno powiedzieć, że w bezruchu, skoro bynajmniej nie staram się utrzymać pozycji - siedzę martwo, oczy otwarte, ale na nic konkretnego nie patrzące, ciało, oba ciała - oddalone; wytłumione wszystkie sygnały od nich, o swoich nogach bardziej wiem, niż je czuję, z czerwonej puszczy na księżycu Szóstej bardziej zdaję sobie sprawę, niż nią jestem; czas omija mnie rwącą strugą, jestem pusty, jestem spokojny, o niczym nie myślę, rozlewa się po mnie lepkie ciepło, gasząc wszelkie wewnętrzne drżenia, być może usta mam otwarte i wydobywa się z nich jakiś dźwięk, ale nie słyszę, nie czuję; siedzę sobie. To pamiętam.
Читать дальше