— Jeszcze czego, od razu śmigła! — zapalczywie wtrąca kierownik wydziału. — Przecież nic się z nimi nie może stać, Iwanie Władimirowiczu, pan przecież wie, w jaki sposób je wykonujemy. Nawet pyłek nie śmie osiąść.
— Nie, oczywiście, ale sprawdzić należy wszystko — ustępuje Bekasow.
— Nie trzeba wszystkiego sprawdzać, proszę skoncentrować się na najbardziej prawdopodobnych przyczynach — mówi Bahryj. — Nie ma czasu. A jeśli te przypuszczenia nie zostaną potwierdzone, wtedy będziecie sprawdzali wszystko.
— Dobrze — spojrzawszy na niego z uwagą, zgadza się główny konstruktor i po pauzie dodaje: — Zostaliśmy poinformowani, że mamy bezwarunkowo podporządkowywać się panu, Arturze… e—e… Wiktorowiczu. Ale czy mógłby pan wyjawić nam swoje zamiary, cel i tak dalej? Każdy żołnierz powinien rozumieć swoje zadanie, że się tak wyrażę.
Czuje się, że ta autodegradacja do,żołnierza” niemało sił go kosztuje; słowo takie jakieś wybrał — „podporządkowanie”.
Podczas rozmowy wylądował drugi helikopter; z jego wnętrza wyłaniają się cztery postacie w szarych kombinezonach; od razu zaczynają wyładowywać swoje oprzyrządowanie. Jedne przyrządy (wśród których poznaję średnich rozmiarów mikroskop metalograficzny) przenoszą do namiotu, inne ustawiają na ziemi: przenośna radiostacja, podnośnik, jakieś dyski na drążkach, podobne do wojskowych wykrywaczy min, łopaty saperskie, gaśnica… Pójdą z tym na dół. Jest to grupa poszukiwawcza.
— Mógłbym i nawet uważam za konieczne — mówi Bahryj. — Proszę wszystkich do namiotu.
W namiocie świecą się żarówki, wspomagając światło sączące się przez plastykowe okienka; na stoliku stoi mikroskop, obok grubościomierz; ludzie rozpakowują i ustawiają jeszcze jakieś przyrządy. Na zaproszenie Bekasowa wszyscy gromadzą się wokół nas. Nie ma krzeseł, więc stoją. Krzesła — to nie w stylu szefa: dopóki sprawy nie zakończy, sam nie usiądzie i innym nie pozwoli.
Bahryj jest przystojny i dobrze się teraz prezentuje: wyprostowany, barczysty, ruchliwy, twarz uduchowiona, o gniewnych, a niekiedy wesołych oczach. Tak, oczy mają zdecydowany kolor (piwny), rysy twarzy są dość regularne i przyjemne, a do tego jeszcze ciemne kręcone włosy, przeplatane siwizną nad wysokim czołem. Elegancko ubrany… ale zwraca uwagę przede wszystkim nie powierzchowność, lecz to, co tkwi głębiej: szybkość, natchnienie, gniewna radość silnego ducha. I to właśnie mnie w nim peszy.
— To, co się stało, nastraja was minorowo, żałobnie — zaczyna. — Proszę więc, nalegam, żądam: wyrzućcie z głowy mroczne myśli, nie spieszcie z pogrzebem tych, którzy nie zginęli. Właśnie tak: nic jeszcze nie jest stracone. Po to właśnie tu jesteśmy. To trudny przypadek, ale mamy doświadczenie, zlikwidowaliśmy niemało nieszczęśliwych wydarzeń. Poradzimy sobie i z tym. Najważniejsze jest znalezienie przyczyny.
— Jakże — poradzicie sobie? — niedowierzająco zapytał Lemiech. — Spryskacie tam wszystkich wodą życia, samolot znów będzie cały i z żywymi pasażerami poleci dalej?
Zgromadzeni uśmiechnęli się powściągliwie.
— Nie, nie tak, jak w bajce — spojrzał na niego Bahryj. — Jak w życiu. Żyjemy w świecie realizujących się możliwości, realizujących się dzięki naszej pracy, wysiłkiem myśli, woli; owe realizacje zmieniają w oczach świat. Dlaczego, do diabła, nie mogłoby być przeciwnie: żeby niepożądane, zgubne realizacje kierować z powrotem do kategorii możliwości!.. Nie mogę wdawać się w szczegóły, nie mam prawa opowiadać o zlikwidowanych przez nas nieszczęściach — ponieważ i to jest częścią naszej metody. Kiedy zapobiegniemy tej katastrofie, pozostanie w waszej pamięci nie ona, nie to, co zobaczyliście tutaj — lecz jedynie świadomość jej możliwości.
Szef zamilkł, spojrzał na twarze stojących przed nim osób: nie było w nich należytej reakcji na jego słowa, należytego zaufania.
— Przytoczę taki przykład — ciągnął dalej. — Do czasów ostatniej wojny brak oddechu i zatrzymanie pracy serca człowieka było uważane, jak wiecie, za niewątpliwą oznakę jego śmierci — ostatecznej i nieodwracalnej. I wiecie też dobrze, że teraz ten stan jest określany jako śmierć kliniczna, po której tysiące ludzi przywrócono do życia. My stawiamy następny krok. W ten sposób tę katastrofę na razie należy rozważać jako „kliniczną”… jesteście ludźmi czynu z doświadczeniem życiowym i znane są wam sytuacje, kiedy wydaje się, że wszystko jest stracone, plany zostały pokrzyżowane, cel jest nieosiągalny, lecz jeśli uda się wytężyć wole, myśli i ducha, to można go osiągnąć. Tak właśnie i my pracujemy, dzięki temu „jeśli”.
— Ale jak? — wyrwało się komuś. — Jak to robicie?
— Pracujemy w kategoriach, w których pytanie „jak” jest już, ściśle mówiąc, nieprzydatne: rzeczywistość—możliwość, przyczyny—skutki. Znajdźcie zatem przyczynę, a resztę bierzemy na siebie.
— Zatem, może i tamten samolot będzie znów cały… no ten, co to wtedy na Syberii… — z niedowierzaniem i jednocześnie z nadzieją zapytał Lemiech.
— Nie. Tamtego się nie „pozbiera”… — Artur Wiktorowicz uśmiechnął się smutno do niego samymi oczyma. — Tamten fakt zapadł w świadomość wielu osób, nie mamy władzy nad takim ogromem osobowości. A tutaj wszystko jest świeże… Tak, teraz do rzeczy. Podczas dochodzenia proszę nie wykonywać żadnych zdjęć, nagrań, protokołów — należy poszukiwać jedynie przyczyny. I pójdą tylko ci, którzy tam są faktycznie niezbędni. Tym już niech pan kieruje, Iwanie Władimirowiczu.
Tamten skinął głową, odwrócił się do grupy poszukiwawczej.
— Wszystko słyszeliście? Więc do roboty!
Ja również zabieram się do roboty, wynoszę z helikoptera przenośny magnetowid i podchodząc do urwiska, filmuję tę czwórkę schodzącą po zielonym zboczu do miejsca katastrofy. Podczas odwrotnego odtwarzania bardzo wyraźnie cofną się do góry. Mam sfilmować kilka takich scen — dla startu.
Potem nadal tym zaaferowany podchodzę do Bahryja i mówię, że nieźle byłoby otrzymać z lotniska nagranie rozmów radiowych z tym samolotem aż do momentu katastrofy.
— Znakomity pomysł chwali mnie. — Ale już zrealizowany, i to w nadmiarze. Nie krzątaj się, nie miotaj tu — bądź spokojny, zdystansuj się, wyobcowuj. Punkt zaczepienia masz, przemyślałeś go sobie? Zapas czasu?… No to idź stąd, tam — wskazuje na odległy skraj urwiska — spokojnie pomyśl, potem zameldujesz. No już!
I sam biegnie do innych spraw. Ma rację: to sytuacja tak oddziałuje na mnie, atmosfera nieszczęścia — wznieca niepokój, ponagla do jakichś działań.
Odchodzę daleko od namiotów i helikopterów, kładę się na trawie na skraju urwiska, dłonie pod brodą — patrzę w dół i w dal. Słońce podniosło się, przygrzewa w plecy. W zwierciadlanej wodzie Oskołu odbijają się białe obłoki. Lekki wiaterek niosący zapach ciepłej trawy, ziemi, kwiatów… A w dole przede mną — plama spalenizny, powykręcany kadłub samolotu. Skrzydła są odłamane, przednia część kadłuba złożyła się w harmonijkę od uderzenia w ziemię.
Tamta czwórka już pracuje: dwóch nieco dalej i bardziej z przodu samolotu; krążą po spirali Archimedesa, zatrzymują się, coś podnoszą, znowu krążą. Dwaj inni podkopują się łopatami pod wciśniętą w grunt kabinę; właśnie postawili podnośnik, poruszają dźwigniami — poziomują. W ich ruchach czuje się rutynę i niemałe doświadczenie.
…Każdego roku zdarzają się na Ziemi katastrofy statków oraz samolotów. Niektóre równie nagle — raz, dwa i po wszystkim nie wiadomo, dlaczego. Z grubsza biorąc: człowiekowi nie jest dane ani pływać daleko, ani latać, a on chce. Dąży. Wypruwa z siebie żyły, żeby szybciej, wyżej, dalej… i głębiej, jeśli jest pod wodą. I płaci niemałą cenę — pracą, wysiłkiem intelektualnym. A niekiedy życiem.
Читать дальше