— A wiesz, dlaczego? — powiedziałem Ryndyczewiczowi podzieliwszy się z nim myślami. — On już jest przerzucony. Z bardzo odległych czasów, zrozumiałeś? I więcej zmieniać rzeczywistości mu nie wolno.
— Z przyszłości, sądzisz?… — Sławek z powątpiewaniem pokręcił głową. — Hm… Kląć umie porządnie. W przyszłości takich słów zapewne nie znają.
— On się maskuje podnieciło mnie jego zwątpienie. — Przecież takich słów łatwo się nauczyć.
Ogólnie biorąc, Rynda zgodził się z moimi argumentami i postanowiliśmy otwarcie porozmawiać z Bahryjem. Niech nie sypie piaskiem w oczy. Szef siedząc za biurkiem wysłuchał nas (a właściwie mnie) z dużą uwagą — i ani mrugnął.
— Znakomicie — powiedział. — Wstrząsająco. Metoda dedukcyjna… A neandertalczycy posługiwali się telegrafem bez drutu.
— Co mają do rzeczy neandertalczycy? — zapytałem.
— A mają. Drutu wszak w ich jaskiniach nie znaleziono. Dlaczego ten argument ma być gorszy od tego, że jestem z przyszłości, bo nie biorę udziału w retromisjach. Przybyłem tutaj, żeby nauczyć tych dwóch wybrańców, Ryndyczewicza i Woznicyna, techniki przemieszczania się w czasie. A czy nie wydaje się wam, wybrańcy, że wiara w przybyszów z przyszłości jest objawem złego gustu i nihilizmu ducha, podobnie jak wiara w przybyszów z kosmosu, która leży blisko wiary w Boga! „Przyjdzie Pan, Pan nas nauczy…” Żebyśmy tylko nie musieli sami decydować. Zmuszony jestem was zmartwić: żadnej przyszłości na razie nie ma. Jest przeszłość, jest teraźniejszość — front fali uderzeniowej czasu. A przyszłość — leży całkowicie w kategorii możliwości.
— No wie pan! — powiedziałem. — Kiedy wyruszam chociażby na dobę wstecz, przyszłość jest dla mnie jak najbardziej rzeczywista.
— Ty nie wyruszasz wstecz, w przeszłość, mój przyjacielu — szef spojrzał na mnie ze współczuciem — ty pozostajesz w teraźniejszości i działasz w imię teraźniejszości. Okazuje się, że nie wszystko jeszcze zrozumieliście… Wszystkie wasze działania to wspomnienia. Pełne, głębokie, o ogromnej sile… — mające się do zwykłych wspomnień tak jak, powiedzmy, wybuch termojądrowy do petardy — ale jednak wspomnienia. Oddziaływania w pamięci…
— …takie, które mogą zmienić rzeczywistość! — uściśliłem.
— A co w tym szczególnego, czy rzadko tak bywa? Jeśli świadek przypomni sobie, jak wyglądał przestępca, to tego ostatniego złapią; nie przypomni sobie — mogą i nie złapać. Może przypomnieć sobie, może nie przypomnieć, może powiedzieć, może przemilczeć — interwał wolnej woli. My postępujemy tak samo: wspomnienia plus swoboda działania w zakresie możliwości. Tylko, że tak powiem, i komin wyższy, i dym gęściejszy. Żadnej „teorii z przyszłości” tu nie trzeba.
Patrzy na nas niewinnymi oczyma i jeszcze się uśmiecha.
— No, a może nam nie wolno?… — wyrzekł Ryndyczewicz. — My również znamy swoje obowiązki, Arturze Wiktorowiczu: podczas retromisji nie zaleca się wyjawiać zbyt wiele informacji. Tym bardziej takiej! Ale przecież jesteśmy swoi. I nigdy nikomu… Proszę chociaż powiedzieć, czy trzecia wojna światowa była, czy nie?
— Oczywiście że nie, skoro przysyłają stamtąd, o co pytasz?! — wtrąciłem się. — Nic innego by wtedy nie mieli do roboty? Proszę lepiej powiedzieć, czy pan jest już z komunistycznej przyszłości, czy trochę bliższej?
— Tak… Niech to diabli wezmą! — Bahryj walnął w biurko obiema pięściami. — Mówię wam przecież, że nie ma przyszłości, nie ma!.. Och, co za okropność, z jakimi upartymi osłami muszę pracować!
I zaczął używać tych słów, które w przyszłości będą, według Ryndyczewicza, nie znane. Kto wie, kto wie!
— Tak! — Bahryj patrzy na nas. — Nie słyszę propozycji co do Miskina. A czas ucieka, o dziewiątej zaczyna się w instytucie praca.
Milczę. Uczciwie mówiąc nie podoba mi się wariant, który narzuca nam Worotilin; plan Bahryja jest znacznie pewniejszy. Cóż ja mogę mieć za pomysły! Ale z drugiej strony trzeba się wysilić: w retromisję pójdzie ten, kogo plan zostanie przyjęty.
— Inspekcja — mówi Ryndyczewicz. — Inspektor bhp z… z miejskiej rady związków zawodowych. Odzew na zażalenia ludzi pracy.
— Nie było zażaleń — mówię. — Współpracownicy nie skarżą się na profesora. Pójdą za nim choćby w ogień.
— Właśnie — wzdycha szef.
— No więc — z powodu różnych naruszeń, patrzcie, ile ich jest! — Sławek wskazuje na dokumenty. — Zjawić się w laboratorium godzinę przed zdarzeniem, wskazać na uchybienie, zażądać natychmiastowego usunięcia zaniedbania. Tam przecież tylko trzeba tę butlę wynieść na korytarz, do kąta i zabezpieczyć kratą lub deskami. A bez tego inspektor zabrania podejmowania pracy.
— Akurat, jakiś inspektor bhp zabroni pracować Miskinowi — ironicznie mruży oczy Bahryj. — No, kochasiu…
— Każdemu. Ma prawo!
Bahryj chce jeszcze oponować, ale przeszkadza telefon. Podnosi słuchawkę (od razu zaczynają się obracać rolki magnetofonu), słucha — jego twarz blednie, nawet szarzeje:
— Rany boskie!
Ryndyczewicz i ja nakładamy słuchawki.
— …wznosił się. Ostatnia wiadomość pochodzi z dwóch tysięcy metrów. I więcej nic, łączność przerwała się. Spadł w rejonie Gawrońców… — mówił Worotilin, w którego głosie nie było zwykłej mocy i pewności siebie. — Poranny lot, wszystkie bilety sprzedane…
— Mapę! — poleca mi szef. Przynoszę i rozwijam przed nim mapę strefy, znowu biorę słuchawkę. Bahryj wodzi palcem po mapie, znajduje chutor Gawrońce, niedaleko stamtąd zatacza piękną pętlę Oskoł, lewy dopływ naszej spławnej rzeki. — Gdzie mianowicie pod Gawrońcami, dokładniej?
— Dziesięć kilometrów na południowy wschód, w dolinie Oskołu.
— To dobrze, że w dolinie, która jest zalewowa, nie zamieszkana…
— Ty znów swoje „to dobrze” — ze smutkiem powiedziano na drugim końcu przewodu. — Cóż tu może być dobrego!
— A idźże ty, Gleb, sam wiesz dokąd!.. — zakipiał Bahryj. — Nie rozumiesz, w jakim sensie oceniam, co dobrze, a co źle?
— Aha… to znaczy, że podejmujesz się?
— Sukcesu gwarantować nie mogę, ale nie spróbować także nie wolno. Najważniejsze, żeby znaleźć przyczynę, powód!.. Teraz słuchaj. Najpierw blokada. Masz mapę przed sobą?
— Tak.
Nigdy przedtem ci dwaj — niemłodzi, inteligentni ludzie na różnych stanowiskach i różnych profesji — nie mówili do siebie tak po prostu po imieniu i na „ty”: nie będzie tego między nimi i potem. Ale nieszczęście wszystkich zrównuje, teraz nie pora na subordynację i szacunek.
— Zatocz wokół Gawrońców okrąg o promieniu 15 kilometrów. Tam należy wystawić straż i żeby ani jedna żywa dusza nie przedostała się ani na zewnętrz, ani do środka. Strażnicy również nie powinni wiedzieć, co się stało. Nic się jeszcze nie stało!
— Wykonam.
— Łączność telefoniczna z Gawrońcami powinna zostać natychmiast przerwana. Dalej: na lotnisku wiadomość o katastrofie BK–22…
(A więc to BK–22! Och!.. Czuję, jak mi wszystko w środku lodowacieje. BK–22 — piękny, o stu czterdziestu miejscach samolot, dwuturbinowy, czterośmigłowy, ostatnie słowo awiacji turbośmigłowej. Jego loty z międzylądowaniem w naszym mieście rozpoczęły się ostatniej zimy, widziałem reportaż w telewizji z otwarcia linii. I masz…)
— …nie powinna być rozpowszechniona. Tych, co wiedzą, odsunąć na kilka godzin od pracy, izolować. Zawiadomię z miejsca wypadku przez radiotelefon, kiedy ich uśpić.
Читать дальше