— Trzeba więc będzie zamknąć lotnisko.
— No to trzeba. Tylko najpierw przyślijcie tu dwa helikoptery: transportowy i pasażerski.
— Oczywiście. Kto ci będzie potrzebny tam na miejscu?
— Przedstawiciele Biura Konstrukcyjnego i fabryki, grupa operacyjno—śledcza. Ale im mniej ludzi, tym lepiej. Powiedzmy tak: po dwóch przedstawicieli i grupa złożona z trzech, czterech osób, najbardziej rozsądnych.
— Już powiadomiłem. Będą za półtorej godziny. Bekasow, być może, za dwie, jest na Krymie. Ale… dla takiego przypadku przewiduje się jeszcze sanitariuszy: mają wydobywać i rozpoznawać zwłoki, i tak dalej.
— Nie! Żadnych takich grup, dopóki my tam będziemy. Uprzedź wszystkich, że mają bezwzględnie podporządkować się mnie.
— Oczywiście. Teraz słuchaj: jeden z przedstawicieli biura Bekasowa, chociaż nieoficjalnie, zaraz przybędzie do ciebie helikopterem. Jest to Piotr Lemiech, były pilot oblatywacz, obecnie na emeryturze. Oblatywał BK–22, latał też na seryjnych.
— Znakomicie, dziękuję.
— I jeszcze jedno. Otrzymaliśmy pierwszą informację o BK–22. Zdarzyła się analogiczna katastrofa z wariantem transportowym — ponad rok temu na południu Syberii. Runął również podczas wznoszenia się, z pełnym ładunkiem. Przyczyny tam nie znaleziono, ale jest możliwe, że była taka sama i, być może, uda nam sieją poznać. Tak więc nastawcie się na to.
— A na co się jeszcze mamy nastawiać? — uśmiechnął się Bahryj. — Na requiem? Zawsze zdążymy.
— Kto poleci?
— Ja i Woznicyn. Ryndyczewicz zajmie się Instytutem Neurologii.
Na tamtym końcu przewodu zapadła cisza. Czekałem z zamierającym sercem, co odpowie Worotilin; oczywiście, bardziej wierzy w Sławka niż we mnie.
— Jak chcesz, ty wiesz lepiej. (Uff!..) No co, wszystko? Pożegnalnych mów wygłaszać nie trzeba? Cały czas jestem tutaj.
— Nie trzeba. Dalsza łączność — przez radiotelefon.
Bahryj—Bagriejew odkłada słuchawkę, odwraca się do nas:
— Wszystko słyszeliście? A więc, trafiło się ślepej kurze ziarno. Światosławie Iwanowiczu, przyjmuję pana plan, choć nie jestem nim zachwycony. Ale czas nie pyta. Przerzut krótki, sam pan sobie poradzi. Proszę się tam postarać… — ruchem palców wyraził to, o co Rynda powinien się starać: działać delikatnie i ostrożnie. — Czy ma pan punkt zaczepienia dla minionego dnia? („Zaczepienie” — to punkt końcowy przerzutu, zapamiętane przyjemne doznanie, do którego chciałoby się wrócić, przeżyć jeszcze raz).
— Mam.
— Jaki, jeśli to nie tajemnica?
— Wczoraj piłem piwo w barze obok domu, świeże, zimne. I pewien facet podzielił się ze mną rybką, pół leszcza mi dał, wyobraźcie sobie.
Bahryjem aż wstrząsa. Ryndyczewicz patrzy mu prosto w oczy ze skrywanym uśmieszkiem: oto, niby, taki już jestem — takim mnie trzeba przyjmować.
— Ehe—he!.. — wzdycha wstając zza biurka szef. — Kanciaste z nas, retronautów, typy. Cóż, nasze wady to przedłużenie naszych zalet. Dobrze, to wszystko. A ty, mój przyjacielu Aleksandrze Romanowiczu (to o mnie — i przyjaciel, i Romanowicz), nastawiaj się na duży przerzut. Może rok albo i więcej.
I spieszy, żeby nakazać technikom ogólną zbiórkę i żeby doglądać załadunku. Zostajemy z Ryndą sami. Czuję się wobec niego niezręcznie.
— Anaimz i ajeizdan — mówi wspak — onkęip i amud (Zmiana i nadzieja, duma i piękno).
— Posłuchaj, przecież nie ja zadecydowałem.
— Oget od man cin — ciągnie dalej wspak — einlarutan. (Nic nam do tego, naturalnie). Useckus (Sukcesu).
— Mejazwan (Nawzajem). — Również przechodzę na odwrotną mowę. Ćśordzaz im ża, je—je. (Ej—ej, aż mi zazdrość).
— Yt śoc? Odzrab ein, eibos kat einm. (Coś ty? Mnie tak sobie, nie bardzo).
— Zsifartop. Meikdaz myłog z eipłam o lśym ein oklyt.
Rozmawiamy wspak i mówimy biegle. Jeśli nagrać to na taśmę i potem odtworzyć w odwrotnej kolejności, nikt niczego nie będzie podejrzewał. Zresztą nic szczególnego w mowie wspak nie ma: na słuch podobna do tureckiego, przymiotniki stoją za rzeczownikami jak we francuskim, a wymowa nie jest trudniejsza od angielskiej.
Oprócz tego znakomicie umiemy chodzić tyłem, wykonywać w odwrotnej kolejności skomplikowane niesymetryczne czynności w czasie, tak iż nie da się ich odróżnić przy odtwarzaniu wspak taśmy wideomagnetofonu, na której zostało to zarejestrowane. W kabinach treningowych, gdzie na ścianach i suficie rozwijają się w odwrotnej sekwencji rzeczywiste albo wymyślone przez Bahryja—Bagriejewa zdarzenia i sceny (często w przyspieszonym tempie!), uczyliśmy się orientować w nich, przewidywać dalszą przeszłość, nawet wtrącać się stosując repliki bądź naciskając guziki testowe.
To wszystko jest nam potrzebne do prawidłowego startu i finiszu podczas retromisji, a co więcej — do pogłębienia percepcji świata, do wyodrębnienia jego cech. Ujawnia się to, że sens licznych, nader licznych połączeń i działań jest symetryczny zarówno od początku do końca, jak i od końca do początku. A dla zdarzeń, które się dzieją gdzie indziej, pozostaje tylko najbardziej ogólny, pozajakościowy ich sens — obraz unoszonych wiatrem — czasem fal materii: przód jest stromy, część tylna — łagodnie opadająca. W tym właśnie rzecz, i dlatego podejrzewam, że nasz szef to człowiek nie z dzisiejszego świata, że jego pozaenergetyczna metoda jest filozofią stosowaną, ideą—czynem…
Mówimy z Ryndyczewiczem wspak i wiemy, co mówimy. „Tylko nie myśl o małpie z gołym zadkiem” — poradził mi. Prawda, najważniejsze to myśleć nie o niej, nie o białym niedźwiedziu: o tym, że teraz leży w zalewisku Oskołu za Gawrońcami to, co pozostało po arcydziele turbośmigłowym o stu czterdziestu miejscach. I precz z tym chłodem, co pod sercem… Na razie nic się nie stało. Słusznie zabiega Bahryj o straż i blokadę: nie wolno dopuścić do rozprzestrzeniania się pożaru psychicznego. Na razie to, co się wydarzyło, jest jedynie możliwością, ale umocniwszy się w umysłach stanie się nieodwracalną rzeczywistością.
Będę myślał o czymś innym: o tym, że w umysłach wielu ludzi ten samolot jeszcze leci, żyją siedzący w fotelach ludzie. Jadą bliscy, żeby ich powitać na lotnisku — niektórzy zapewne z kwiatami, a inni nawet z dziećmi. Z sierotami, właściwie… Nie, do diabła, nie! — oto jak zbacza myśl. Nie z sierotami! Ten samolot jeszcze leci, nabiera wysokości.
— No, masz wrócić — Rynda podaje mi rękę. — Wróć jak zwykle. Czeka cię przerzut… że ho, ho. Wróć, bardzo proszę.
— Postaram się.
Patrzcie no: wszystko rozumie, chociaż prostak. Retromisja ze zmianą rzeczywistości — zamach na naturalny porządek rzeczy, na niezachwiany świat przyczyn i skutków. Czeka mnie solidna zmiana — i nie obejdzie się bez tego, że zgodnie z prawem reakcji wywoła to zmianę we mnie. Jaką? Jakim się stanę? Może się zdarzyć, że już nie będę retronautą.
Sławek i ja bardzo dobrze teraz rozumiemy się nawzajem, nawet bez słów — normalnych i wspak. Owe minuty przed przerzutem są nasze; bywają i inne, podobne, zaraz po powrocie. Ryndyczewicz i ja jesteśmy różnymi ludźmi — o różnych charakterach, o różnej wiedzy, zainteresowaniach. Nie jest dla mnie tajemnicą, że pracuje u nas z przyziemnych pobudek: chce osiągnąć wyniki, wykazać się, awansować, dostawać premie — jak w każdej pracy.
Dlatego też zmartwił się, pozazdrościł mi teraz; ale jeśli się nadarzy sposobność, wiem to dobrze, z powodu tych oczywistych celów najspokojniej usunie mnie z drogi… i mimo wszystko w takich chwilach jak ta pojawia się między nami jakaś irracjonalna więź dusz: nie ma na świecie bardziej bliskiego mi człowieka niż on, i on — jestem przekonany! — czuje to samo.
Читать дальше