— I tu przeniknął protekcjonizm! A jakże Miskin, luminarz i bóg, ani jeden włos nie może mu spaść z łysiny! Przecież to nie Miskin — to Pugaczow, Stieńka Razin, Czyngis—chan neurologii. W białym fartuchu na białym koniu — naprzód, ku chwale nauki!..
Słucham tego z przyjemnością: szef w podnieceniu potrafi pięknie mówić.
— No cóż, można też bez wybuchu… — Ryndyczewicz wyłącza magnetofon, zdejmuje słuchawki.
— Można, ale jaki z tego pożytek! Ta sama prawidłowość pojawi się w następnych doświadczeniach — znowu coś się stanie, i to nie tylko jemu.
— No więc przywrócimy jeszcze raz i jeszcze… — spokojnie ciągnie Rynda. — Będziemy opracowywać metodykę na Miskinie i jego współpracownikach — nie tylko na topielcach. Kierownictwo żąda. Tyle mamy do gadania co kogut: piejemy, a czy świta, to nie nasza rzecz.
Bahryj zatrzymuje się, spogląda na niego — i zmienia obiekt swego gniewu.
— Jest pan cynikiem, Światosławie Iwanowiczu! A propos topielców, stosuje pan prostackie metody, znowu była skarga. Od damulki, mamusi tego chłopca, którego pan raczył złoić pasem w zeszłym tygodniu. Ja, powiada, nigdy w życiu nawet palcem go nie tknęłam, a tu obcy — pasem, uraz psychiczny. Oczywiście dobrze, że z toru wodnego ich pan przegnał, ale po co bić! Mój Jurek chodził w zimie na basen, sam zdążyłby odpłynąć… No proszę!
— Idiotka… — Sławek pociemniał na twarzy. — Zdążyłby! Wypłynąłby, dokładniej jego kawałki by wypłynęły.
Znaleźli sobie miejsce do zabawy — tor wodny, gdzie płynie albo „rakieta”, albo „kometa”! Mnie bito za mniejsze przewinienia.
— I wyrósł z ciebie człowiek podsuwam.
Rynda patrzy z ukosa, ale nie reaguje.
…Trzech chłopców kąpało się o zmierzchu w odludnym miejscu; jeszcze sobie zabawę pod wodą urządzili nurkowali i łapali się nawzajem. Przeszła „kometa” — jednego zabrakło. Ta machina nie odczuła przy prędkości 70 kilometrów na godzinę, jak jej podwodne skrzydło, zaostrzone z przodu jak nóż, rozcięło chłopca. Dwaj pozostali przerazili się i pobiegli do punktu ratunkowego. Stamtąd sprawę przekazano nam… Przypadek prosty, Ryndyczewicz przemieścił się o sześć godzin wstecz i zjawił się na brzegu kwadrans przed wodolotem; rozebrał się, popłynął i wygonił chłopców z wody, a potencjalnego nieboszczyka sprał pasem. Ale przecież w końcu nic się nie stało. Mamusia ma rację.
— Na mnie narzekacie, a sami to co? — Rynda przechodzi do ataku. — Te wasze zamiary co do skalpu profesora są lepsze?
— M—m… — Bahryj nie znajduje odpowiedzi. — Tak, a propos, jakie macie propozycje?
— Oblać Miskina przed doświadczeniem farbą olejną — proponuję niewinnym głosem.
Ryndyczewicz odwraca wreszcie w moją stronę energiczną twarz.
— Ty, jak widzę, jesteś dziś w dobrym humorze. Nawet zanadto.
Zawstydziłem się nieco. Ma rację: zginął człowiek, i to jaki — trzeba ratować. Wypracowałem w sobie w krótkim czasie „milicyjny profesjonalizm”, też coś! Z jednej strony spokojny stosunek do nieszczęść, którymi się zajmujemy, jest niezbędny do powodzenia w prowadzeniu spraw, do ich likwidacji, ale z drugiej — to przecież mimo wszystko są nieszczęścia. Nie wypada szczerzyć zębów.
A humor mam (Rynda ma rację) rzeczywiście dobry.
I dlatego, że mamy teraz wczesny poranek majowy, różowy wschód zapowiadający pogodny dzień. (To z powodu przykrości z Miskinem zebraliśmy się tutaj tak wcześnie).
I w ogóle — mam dwadzieścia pięć lat, jestem zdrowy i silny, w życiu osobistym nic mnie na razie złego nie spotkało, mam ciekawą pracę — więc dlaczego powinienem być przygnębiony? Ale i naigrawać się nie należy, to prawda.
Jednak Bahryj już usłyszał o lakierze.
— A z lakierem, Światosławie Iwanowiczu… ordynarnie, grubiańsko! Nie, musi pan poważnie zastanowić się nad formą. Jakoś tak to panu wychodzi nieartystycznie. Trzeba nad sobą pracować.
— W jaki sposób pracować? Proszę powiedzieć, to się postaram.
— No… czytać literaturę klasyczną, tę, którą w szkole przerabialiście… ale za mało. Słuchać muzyki poważnej:
Beethovena, Czajkowskiego, Griega… Interesować się malarstwem.
Sławek milczy, ale patrzy na szefa takimi oczyma, że wszystko jest jasne bez słów: jakie znaczenie w pracy mogą mieć powieści klasyczne i różne takie Beethoveny, Czajkowscy!..
Człowiek postronny zapewne nie zrozumie, że Ryndyczewicz dostaje dziś naganę (nie pierwszą!) nie za to, że nawalił, nawet nie za uchybienie, ale za swoją — jak i w ogóle naszą — najpoważniejszą sprawę, po której ukończeniu otrzymał pochwałę od wysokiej instancji, ode mnie zaś tytuł „jedynego żywiciela”. Poprawił wadliwe połączenie, od którego niestety zaczęła się realizacja obecnie szeroko omawianego, znanego projektu montażu na orbicie okołoziemskiej „Hangaru–1”, bazy startowej, przeładunkowej i remontowej dla lotów na Księżyc i inne planety — coś w rodzaju kosmicznego Bajkonuru.
Pierwszy został wprowadzony na orbitę moduł silnikowo—energetyczny — w częściach, z powodu jego ogromnych rozmiarów; podzespoły były tak duże, że nie starczyło rezerwy masy dla kosmonautów w kabinie, więc łączono je automatycznie, z Ziemi. Nastąpiła awaria, i to taka, że projekt był zagrożony: podczas manewru połączenia zmarnowano cały zapas sprężonego powietrza, przy którego pomocy dokonywano przemieszczeń podzespołów na orbicie. Części modułu nie połączywszy się odlatywały — oddalały się od siebie — w kosmos, w nieskończoność.
Stało się to z winy kierownika operacji połączenia w Centrum Sterowania Lotami, człowieka, w którego doświadczenie i kwalifikacje nikt — łącznie z nim samym — nie wątpił: doktora habilitowanego nauk technicznych Bułygina, czterdziestopięcioletniego chłopa na schwał o podłużnej twarzy i o ostrych rysach, z zawsze zadbaną fryzurą i wspaniałymi wąsami pod wydatnym nosem (fotografie klientów pozostają w naszym archiwum). Obiektów o takiej masie jeszcze w kosmos nie wysyłano i dlatego, chcąc nabrać doświadczenia, Bułygin postanowił „pokołysać” je na orbicie, sprawdzić zdolność manewru; stracił na to połowę zapasów powietrza. Potem przystąpił do połączenia — za pierwszym razem nie trafił, zdenerwował się, podniósł głos na jednego z operatorów. Ten odsunął od siebie podzespoły zbyt gwałtownie… a na to i na wytracenie w następstwie tego ich prędkości znowu zużyto powietrze. I… zapasu, który został, na nowe zbliżenie i połączenie po prostu nie wystarczyło.
Bułygina, kiedy manewry nie powiodły się, zabrało w stanie przedzawałowym pogotowie.
Pomogło nam to, że nikt u nas nie spieszy się z ogłaszaniem programu prac w kosmosie, a wspominać o niepowodzeniu — tym bardziej. Gdyby wszyscy się dowiedzieli — wtedy koniec: psychiczne pole zbiorowego przekonania, że wszystko wyglądało właśnie tak, czyni rzeczywistość nieodwracalną. A tak, nawet w Centrum w pierwszym dniu bynajmniej nie wszyscy dowiedzieli się o niepowodzeniu.
Bahryj z Ryndyczewiczem odlecieli do gwiezdnego miasteczka. Sławek został przerzucony o dobę wstecz z zadaniem: minimalnie wpłynąć na Bułygina, żeby nie pojawił się w Centrum.
…Później Bahryj zaproponował z dziesięć wariantów minimalnego oddziaływania zupełnie niezłych. Ale to było później. A tam, na miejscu, być może z powodu pośpiechu, być może z powodu jego charakteru, Rynda nie wymyślił niczego lepszego niż dziecięca psota z wiaderkiem lakieru. Umieścił je nad drzwiami mieszkania Bułygina tak, że kiedy ten rano wyszedł, żeby pojechać do Centrum, zawartość wiaderka wylała się na niego. I ciekł po doktorze habilitowanym niebieski lakier wysokiej jakości — za kołnierz i po włosach, i po wąsach… tylko do ust nie trafił.
Читать дальше