To zapewne dlatego, że jesteśmy retronautami. W retromisjach otwiera się przed nami inny sens życia; ten właśnie sens, w którego obliczu życiowe kłopoty i konflikty są niczym.
Helikopter transportowy z naszą aparaturą i technikami został wysłany pierwszy. Pasażerskim Mi–4 lecę z Bahryjem ku Gawrońcom. Jako trzeci jest z nami Piotr Lemiech — krępy czterdziestoletni facet, długoręki i nieco krótkonogi, o zwykłej twarzy, w której najbardziej osobliwe są jasne, szarozielone oczy i porowaty nos jak kartofel; ubrany w wytartą kurtkę skórzaną, która na tę pogodę jest wyraźnie nieodpowiednia — to pamięć o minionych dniach.
Do miejsca wypadku jest pół godziny lotu — i w ciągu tego czasu niemało dowiemy się o BK–22: zarówno od Lemiecha, jak i przez radiotelefon.
— To nie samolot, ale zabawka — mówi Lemiech schrypniętym, przeciągłym głosem. — Nie będę mówił o tym, co i tak wiecie, było w prasie: krótki dobieg i rozbieg, tolerancja co do stanu pasa startowego — może być nawet ziemny, wszystko mu jedno, oszczędność… Powiem jako pilot: doskonale sterowny, dobry ciąg, krzywizna wznoszenia niemal jak u odrzutowców! A dlaczego? Dzięki zastosowaniu przez Bekasowa zdublowanych przeciwbieżnie obracających się na wspólnej osi śmigieł oraz turbin dużej, mocy — stąd i stabilność, i ciąg. Nie, za konstrukcję dam sobie głowę uciąć — jest w porządku! Wystarczy pomyśleć: gdyby były w niej wady, to doświadczalne maszyny spadałyby — a to przecież są seryjne…
Dane otrzymane przez radiotelefon od Worotilina: samolot został wyprodukowany w czerwcu ubiegłego roku, wylatał tysiąc sto godzin, przewiózł ponad dwadzieścia tysięcy pasażerów. Wszystkie regulaminowe kontrole przeszedł w terminie i bez odchyleń: protokoły ostatnich przeglądów technicznych nie informują o usterkach w pracy węzłowych punktów i podzespołów maszyny.
— No właśnie… — wysłuchawszy przytaknął Lemiech — tamten, który spadł w obwodzie tomskim dwa lata temu w kwietniu, też był jak należy. Wylatał półtora tysiąca godzin — i cały czas z ładunkiem. Ech, jacy ludzie w nim zginęli: Mikołaj Sierpuchin, zasłużony pilot… on już swoje wylatał, mógł iść na emeryturę, ale nie chciał — Dima Jakuszew, nawigator, który dopiero co skończył szkołę…
— A dlaczego tam nie znaleziono przyczyny? — przerywa szef.
— Spadł na bagna. A bagna to wiecie, jakie tam są — jak Wielkie Księstwo Luksemburg. I szeroko rozlane, bo to był koniec kwietnia… Miejsce upadku ustalono dopiero po dwóch tygodniach. Wszak to Syberia, nie byle co. Leci się nad nią w nocy na siedmiu tysiącach metrów — i ani jednego światełka od horyzontu do horyzontu, możecie to sobie wyobrazić?
— No więc, odnaleziono miejsce i co dalej? — Bahryj ukierunkował rozmowę.
— A tam… — Lemiech spojrzał na niego jasnymi oczyma. — Wystaje z trzęsawiska usterzenie ogonowe. I pół lewego skrzydła oddzielnie, w innym miejscu. Nie można wylądować helikopterem, ani człowiek nie może zejść. Odlecieli z niczym… Nie, ale tu na suche miejsce spadł — powinni znaleźć.
— Czy transportowe i pasażerskie BK–22 są produkowane w różnych zakładach? — pytam.
— Nie. Jak dotąd tylko jedne zakłady je produkują. Wariant pasażerski niewiele się różni: fotele oraz okna, barek, toaleta…
Niemało jeszcze dowiadujemy się od Lemiecha: i to, że awarie najczęściej zdarzają się podczas lądowania — częściej z odrzutowcami niż z turbośmigłowymi, a to z powodu dużej prędkości przy lądowaniu; następnie statystyki ujmują rozmaite awarie na lotniskach (w których, na szczęście, obchodzi się bez ofiar), potem — podczas startu, i dopiero w ostatniej kolejności występują bardzo rzadkie awarie podczas wznoszenia lub w locie poziomym.
Dolatujemy. W jakże pięknym miejscu spadł samolot! Oskoł — to niezbyt szeroka, lecz czysta i spokojna rzeka — oddala się tu od wysokiej prawej terasy tworząc otwartą wielokilometrową pętlę w dolinie. Wewnątrz tej pętli, pośród świeżej majowej zieleni łąk z rzadka zadrzewionych — okropna ciemna plama z czymś białoszarym, bezkształtnym pośrodku, słupy ognia i dymu, pobliskie drzewa również dopalają się, ale ten dym jest siny, właśnie jak z drewna.
A dalej, za rzeką, łąki i zagajniki w porannym, mglistym oparze; wysoki brzeg przechodzi w gładką jak stół szachownicę pól; za nimi — domki i sady w Gawrońcach. I nad tym wszystkim w szarobłękitnym niebie lśni wznoszące się słońce.
Kocham rzeki. Są one dla mnie niby żywe istoty. Kiedy tylko trafią mi się dwa — trzy wolne dni, a jeszcze pogoda pozwoli, biorę plecak i idę wzdłuż jakiejkolwiek, aby tylko było cicho i bezludnie. Namioty, śpiwory — nie uznaję tego; nie jestem ślimakiem, żeby dźwigać wygodny domek na sobie; zawsze znajdzie się stóg albo kopa siana, a i na trawie można się przespać pod gwiazdami.
I wzdłuż Oskołu wędrowałem, znam to kolano. O tam, wyżej, gdzie rzeka zawraca ku wysokiemu brzegowi, bije źródło wspaniałej wody; robiłem postój obok niego… Lecz teraz jest tu inaczej. W tamtym miejscu, gdzie wysoki brzeg wznosi się nad zakolem, stoi wśród nie skoszonej trawy nasz helikopter transportowy, a dokoła krzątają się ludzie: rozbijają dwa duże namioty — jeden dla mojej kabiny, drugi dla gości — wyładowują i ustawiają nasze oprzyrządowanie. Lądujemy.
— Słyszałeś? — mówi Arturycz, wyskakując w ślad za mną na trawę. — Samolot wyprodukowano jedenaście miesięcy temu. I na taki termin, czyli na mniej więcej roczny przerzut nastawiaj się. Wybierz punkt zaczepienia — porządny, solidny, nie piwo z rybką! — oraz zapas. Powinieneś mieć trzy — cztery dni zapasu. Tam — wskazuje w kierunku zakola — chodzić ci nie wolno, zabraniam. Trzymaj się też z daleka od tej krzątaniny… Jedność, głębia i jedność — oto co powinno cię przenikać. Roczny przerzut — pamiętaj o tym.
Tak, w takiej retromisji nie brałem jeszcze udziału. Ryndyczewicz też nie.
Wkrótce przylatują jeszcze dwa helikoptery. Z pierwszego po drabince schodzą trzy osoby. Tego z przodu, niewysokiego, o figurze sportowca, z siwą czupryną i ciemnymi brwiami, dzięki którym dopiero można zgadnąć, jakie wcześniej miał włosy — poznaję natychmiast, widziałem zdjęcia w czasopismach. To Iwan Bekasow, główny konstruktor, Bohater Pracy Socjalistycznej i tak dalej, i temu podobne. Ma ponad pięćdziesiąt lat, lecz jeszcze energiczne ruchy, kiedy podchodzi i wita się z nami. Wartka mowa i żywe ciemne oczy odmładzają go; twarz, ręce są pokryte szorstką krymską opalenizną — zapewne wyciągnięto go wprost z plaży gdzieś w Forosie.
Przedstawia nam (właściwie Bahryjowi; po mnie Bekasow prześlizguje się wzrokiem — i przestaję dla niego istnieć) pozostałe dwie osoby. Wysoki, szczupły i przygarbiony Mikołaj Daniłowicz (nazwiska nie dosłyszałem) — to główny inżynier zakładów lotniczych; ma zatroskaną twarz i zmęczony, głuchy głos. Drugi — okaz zdrowia, twarz o białej cerze z rumieńcami, szerokie ciemne brwi pod niewysokim czołem, kształtny nos i podbródek — to Feliks Juriewicz, kierownik wydziału śmigieł w tych zakładach; ma posępny i obrażony wygląd — gnębi go to, że właśnie jego wysłano na miejsce katastrofy. Podchodzi Lemiech. Bekasow wita go ciepło, tamtemu zaś oczy błyszczą ze szczęścia, że spotkał się z byłym szefem.
— Jakie są przypuszczalne przyczyny awarii? — pyta Bahryj.
— Ponieważ zdarzyło się to podczas wznoszenia, to najprawdopodobniej mogło to być przerwanie pracy silników lub awaria śmigieł — odpowiada Bekasow. — Tak mówi statystyka światowa.
Читать дальше