— Do Rio de Janeiro? — parsknął Małyszew przeglądając taśmę z cyframi rozwiązań podanych przez komputer.
— Nie, po co! Nad Ocean Spokojny, nad Dniepr, na Syberię. Żyjemy empirycznie, rozumiesz? A życie biegnie coraz gwałtowniej: radio, telefon, samoloty… Z naszego miasta do Moskwy dolatujesz tak szybko, że nie zdążysz przemyśleć, po co lecisz. I tak ze wszystkim: powolny mózg człowieka nie może uświadomić sobie i zestawić wszystkich danych, wybrać najlepszego z tysięcy wariantów. A przecież ten wariant to twoje życie, człowieku!
W głosie Wołodi brzmiała zaduma:
— Drogi, które wybieramy… Do diabła, nie wybieramy, żyjemy, jak się da, łapiemy się za to, co bliżej, na co wzrok natrafi. A potem zżera nas niezadowolenie. Zauważyłeś przecież: w książkach i w filmach, dobrych oczywiście życie jest zawsze pokazane jakoś tak bardziej interesująco, barwniej, logiczniej, niż wygląda ono w rzeczywistości. Chociaż ludzie zajmują się tym samym: kochają, pracują, nienawidzą, przyjaźnią się, tworzą — ale wszystko wychodzi im jakoś zręczniej, doskonalej!
— Zauważyłem — przytaknął Sergiusz.
— A wiesz, dlaczego? Pisarz ma czas przemyśleć czyny i sprawy bohaterów, książkę, w której są przedstawione wydarzenia jednego dnia, pisze, być może, cały rok. Film, który oglądamy przez półtorej godziny, tworzy się w ciągu wielu miesięcy. A my nie mamy tyle czasu na zastanawianie się! Żyć trzeba codziennie, ledwie nadążysz się obracać. Przedzieramy się przez gęstwinę nie cierpiących zwłoki życiowych drobiazgów i niekiedy nie wystarcza nam ani czasu, ani sił na najważniejsze: na twórczość, wyczyny, prawdziwą miłość, prawdziwą przyjaźń. Pozostaje osad i czujemy się nie całkiem nieszczęśliwi, ale jakoś nie bardzo szczęśliwi… A jeśliby przekazać komputerom tę szarą życiową krzątaninę — Kajmienow pstryknął palcami — można by zorganizować wspaniałe życie! Kiedy głowa człowieka nie będzie zajęta drobiazgami, to każdy swój dzień będzie mógł przeżyć interesująco, nawet znakomicie lepiej, niż to opisują w książkach!
Sergiusz popatrzył z dołu na pałające zielonym ogniem oczy przyjaciela.
— Ideowiec z ciebie, Wołodia, tylko że te twoje idee są jakieś takie… narwane. Powiedz, ile kosztuje godzina czasu maszynowego, na przykład mojej „Mołni”?
— Około trzystu rubli.
— Trzysta czterdzieści. Średnio skomplikowane zadanie rozwiązuje w ciągu ośmiu—dziesięciu minut. Któż zechce płacić pięćdziesiąt rubelków, żeby wyjaśnić, dlaczego brakuje mu dziesiątki do wypłaty?
— To przecież tylko teraz jest tak — gorączkowo machnął ręką Kajmienow — póki wszystko nie stanie na nogi. Aluminium kiedyś kosztowało więcej niż złoto, a teraz robią z niego garnki. Rozwinie się mikroelektronika, zorganizuje się seryjną produkcję — i za dziesięć lat komputery będą miały rozmiary i cenę radioodbiorników [10] * To przewidywanie Kajmienowa już się spełniło: obecnie mikrokalkulatory następcy ogromnych maszyn cybernetycznych z początku lat sześćdziesiątych (kiedy powstawał ten utwór) — są nawet mniejsze i tańsze niż radioodbiorniki (przypis autora do II wydania z 1983).
*. Do tego czasu wypadałoby już mieć ogólnodostępne programy, żeby cybernetyka weszła w życie, stała się powszechna i dostępna dla każdego. Mądrze przeżyć każdy dzień — powtórzył z przejęciem. — Nie, o tym trzeba myśleć teraz…
Rozległ się stukot drukarki wyrzucającej z metalowej paszczy papierową taśmę z kolumnami cyfr. Sergiusz zaczekał, aż drukarka skończy, oberwał taśmę i zaczął wpisywać liczby do dziennika. Kajmienow pogwizdując przechadzał się po sali.
W tej samej chwili na górze otworzyły się drzwi, pojawił się Paweł Szyszkin. W jego postaci wszystko było proste: proste ciemne włosy, prosty nos, prostokątny energiczny podbródek, proste plecy i proste spojrzenie spod prostych jak czarne pręciki brwi. Po co zjawił się tutaj po godzinach urzędowania: czy tak sobie, czy po to, by wydać polecenie i popchnąć naukę do przodu — pozostało nie wyjaśnione.
Szyszkin zszedł do sali, obrzucił życzliwym spojrzeniem skupionego nad pulpitem Małyszewa i zauważył stojącego bezczynnie Wołodię.
Nastąpił dialog, aż iskry leciały:
— A pan, dlaczego nie pracuje i przebywa tutaj?
— Ja? Ja pracuję… Myślę.
— Pan myśli?! — Szyszkin wyprostował się obrażony. — Proszę, żeby pan myślał nie w miejscu pracy.
Kajmienow zatrzymał się, pochylił głowę i był podobny do kozła gotowego bóść. Jakiś czas przyglądał się Szyszkinowi jak rzeczy wymagającej namysłu. Potem w oczach Wołodi zabłysły iskierki i zadał pytanie jak najżyczliwszym tonem:
— Proszę posłuchać, Pawle Nikołajewiczu, czy nikt panu nie mówił, że jest pan durniem?
— Nnie, nie mów… — z zaskoczenia energiczna twarz Szyszkina na mgnienie oka jakby zmiękła, lecz natychmiast nabiegła liliową krwią. — Co—o–o—o? Pan tak mówi do mnie? Pan — do mnie? — Uderzył się dłonią po górnej kieszonce marynarki.
Kajmienow nie miał już nic do stracenia. Oczy zwęziły mu się.
— Jeśli pan chce wydobyć prawdziwy dźwięk, proszę się bić nie w piersi, lecz w czoło… Miernota!
Małyszew, chociaż był wystraszony takim obrotem sprawy, zauważył jednak, że na twarzy Szyszkina odbił się nie gniew, lecz strach. Kierownik łapał powietrze ustami.
— Przecież ja panu… Ja pana… Nagana… zwol… w dwadzieścia cztery godziny. Wwwww…
Paweł Nikołajewicz rzucił się ku schodom, z wściekłością szarpnął drzwi nie w tę stronę, wypadł z sali. Wyrwane drzwi słabo zahuśtały się na zawiasach i znieruchomiały.
— No, dałeś popalić! — Małyszew podniósł oczy na przyjaciela, uderzył się po kolanie. — I kto cię ciągnął za język? Zrobiłeś sobie wroga, gratuluję.
— Przecież on jest durniem. Jak ja tego wcześniej nie pojąłem?
— Ale wiesz… — podniesione brwi, ruch głowy i warg. — Co to znaczy „dureń”? Jest to pojęcie względne… Notabene, ja nie uważam Szyszkina za durnia, bez głowy nie utrzymałby się na takim stanowisku. Oprócz tego ma wyższe wykształcenie, stopień naukowy.
— Nie udawaj! — Kajmienow rozzłościł się, jego prawe ucho poczerwieniało. — Nie jest to żadne pojęcie względne, lecz jak najbardziej absolutne. Wyższe wykształcenie, też coś! Jeśli zaczniemy durnia uczyć, to nie stanie się mędrcem — po prostu będzie więcej wiedział… Oczywiście nie jest to klasyczny kretyn, tych łatwo odróżnić. Dureń, miernota, przeciętność — nie w nazwie rzecz. Jest określony typ ludzi, którzy każdą sprawę spaprają…
Znowu zaterkotała drukarka, ale Małyszew nie zareagował na nią, odwrócił się do Wołodi.
— Załóżmy, że jest durniem, miernotą, ale przecież coś osiągnął! To znaczy, może. Należy się z tym liczyć, a nie wojować… jak ten dziwak z wiatrakami.
Kajmienow nawet nie zauważył szpilki. Siadł, oparł łokcie na kolanach, a pięści o policzki.
— To właśnie jest najbardziej interesujące. Osiągają. Jak? Dlaczego? Nie wiadomo. Przecież jest oczywiste, co to za człowiek… Ot, powiedzmy, profesor: powinien przejrzeć tego Szyszkina na wylot — że ani talentu, ani rozumu, ani przyzwoitości. I przepędzić. A on na odwrót: spoufala się, wywyższa go nawet.
Profesor to utalentowany matematyk — wzruszył ramionami Małyszew — ale kiepski specjalista od doboru zastępców. Prócz tego Szyszkin chętnie bierze na siebie kłopotliwe sprawy: etaty, zapewnienie tematów, drażliwe konflikty wewnętrzne. Profesor jest ponad to wszystko i nie lubi w te sprawy wnikać.
Читать дальше