— Ciężkie choroby — 3000, lekkie choroby — 1000. Cóż to jest, pytam się, w porównaniu z tym jakaś tam setka punktów z powodu kłopotów w pracy. Czy warto z jej powodu likwidować mnie?
Kajmienow usiadł za pulpitem, położył przed sobą kartkę.
— No — o, spróbujmy teraz — powiedział, kiedy rozsiane światełka neonówek zamarły wskazując, że komputer przetrawił nową porcję informacji.
Przerzucił dźwigienki przełączników na 011. Terkot drukarki zabrzmiał w ciszy sali jak seria z karabinu maszynowego: taśma była usiana wierszami zer.
Wołodia z niezadowoleniem popatrzył na maszynę.
— No i co ty na to powiesz? Niczego sobie wariant optymalny.
Małyszew siadł, wyprostował nogi.
— Kiedy będziesz spisywał testament, zapisz mi motocykl i kurtkę. Będę jeździł i dobrze cię wspominał.
— Sierioża, żarty żartami, lecz pierwsze dwa rozwiązania były zupełnie prawdopodobne… I jeszcze jedno: dlaczego on nie wykończył dyrektora instytutu? Przecież jego pozycja też nie jest miła Szyszkinowi.
— Cóż, dla Pantielejewa skali zabraknie.
Obraz kierownika, który w przekrzywionym krawacie energicznie poruszając ramionami dusi Kajmienowa, pojawił się przed oczyma Sergiusza. Skrzywił się.
— Nie! Taki głupi to on nie jest.
Wołodia nagle stanął jak słup pośrodku sali.
— Tak jest. Boże, ależ z nas idioci!
— Dlaczego koniecznie „z nas”?
— A z kogóż jeszcze? Wszystko wprowadziliśmy: schematy, struktury, skale, instrukcje… Kodeksu karnego nie wprowadziliśmy, zrozumiałeś? Która godzina? Wpół do jedenastej! Tak… Tylko jeden człowiek może mnie uratować o tej późnej i strasznej godzinie.
Kajmienow wykręcił numer telefonu.
— Klaudia? Wiesz co, maleńka, zajdź do Michała Nikołajewicza, weź od niego kodeks karny, złap taksówkę i pędź tutaj… Pod portiernię instytutu. Co to znaczy „późno”!.. Michał wszystko ma… Maleńka, no po co to,po co”? Tu planuje się zabójstwo z premedytacją, więc chcemy temu zapobiec… To wszystko, czekam! O! weź jeszcze od niego kodeks pracy. Koniecznie!
Odłożywszy słuchawkę zwycięsko popatrzył na maszynę.
— Niech wie, że i zwolnić mnie nie tak łatwo.
…Wyszli z instytutu o wpół do pierwszej. Klaudia, żona Wołodi, czekała siedząc na motocyklu lśniącym samotnie w blasku księżyca — zabrakło jej pieniędzy na powrót taksówką. Kajmienow zapuścił motor, pożegnał się z Małyszewem i pomknął z żoną w ciemność pachnącą wiosną.
Sergiusz skierował się na przystanek. Miasto leżało w dole. Rzędy lamp jarzeniowych tworzyły świecące linie niebieskich punktów. Błyski pantografów tramwajów i trolejbusów oświetlały niby flesze niskie chmury. Półksiężyc wyglądał ukradkiem spoza chmur. Chłodno lśnił wypolerowany oponami asfalt.
Z okazji wiosny na sześciobocznym jak ołówek słupie betonowym przy przystanku pojawił się wielki blaszany plakat:
UWAGA MIESZKAŃCY!
Zakładanie działek w zasięgu reaktora jest ZABRONIONE. Istniejące działki będą zaorane.
Dyrekcja Instytutu Jądrowego
— Atomowy wiek! — uśmiechnął się Sergiusz wskakując do podjeżdżającego trolejbusu.
Po obiedzie profesor Pantielejew jeździł na wykłady do instytutu fizyki technicznej, a do jego gabinetu wprowadzał się Szyszkin. Właśnie o tej porze przyszedł do niego Sergiusz Małyszew.
Stanąwszy na progu gabinetu Sergiusz zdziwił się: jak tu się wszystko zmieniło! Jedwabne zasłony w oknach były częściowo zasunięte i wydawało się, że zaledwie przecedzają przedwieczorne skupione wyobcowanie. Przedmioty, których w obecności dyrektora instytutu po prostu nie dostrzegało się, teraz pchały się w oczy, przygniatały swoją ważnością. Wąski dywanik o barwie generalskich lampasów biegł w głąb ku stołom na wysoki połysk, ustawionym w kształcie symbolu lądowiska — litery T. Agregat telefoniczny z perłowej masy plastycznej (wewnętrzny, miejski, międzymiastowy) solidnie lśnił i był gotów wydać z siebie odpowiedzialne dzwonienie. Niewielka brązowa tablica, z której do czysta zostały starte ślady kredy, zupełnie zlała się ze ścianą. Wygląd gabinetu jakby sugerował, że nie jest to miejsce po prostu do siedzenia i do pracy — ale do podejmowania działań.
Paweł Nikołajewicz nadzwyczaj dokładnie pasował do otoczenia. Siedział na lewo od telefonów, rozpostarłszy ramiona czytał dokumenty; na jego obliczu zastygł wyraz twarzy nr 2.
…Według instytutowych złośliwców Szyszkin dysponował czterema wyrazami twarzy, które rankiem przymierzał razem z krawatem i następnie nosił przez cały czas pracy z przerwą na obiad od pierwszej do drugiej:
wyraz nr 1 (do rozmów z wyżej postawionymi naukowo i administracyjnie osobami, podczas towarzyszenia wysokim komisjom i delegacjom zagranicznym, a także korespondentom poważnych gazet): uprzejmość, uwaga, gotowość zgadzania się na wszystko, popierania, gotowość śmiechu z trafnego oczywiście żartu;
wyraz nr 2 (do rozmowy z podwładnymi): spojrzenie nieco powyżej i poza rozmówcę, widzące coś, co szeregowemu pracownikowi jest niedostępne; posępne zatroskanie sprawami nieporównanie bardziej ważnymi niż ta, którą trzeba omawiać; rytmiczne pochylanie głowy oznaczające, że wszystko, o czym się mówi, jest jemu, Szyszkinowi, doskonale znane;
wyraz nr 3 (podczas seminariów, rad naukowych, konferencji): wyrozumiała życzliwość, znudzone zrozumienie tego, co mówi prelegent, i tego, co jeszcze zamierza powiedzieć; zmęczenie, acz zadowolenie z ogromu tego, czego się samemu dokonało;
wyraz nr 4 (podczas posiedzeń w radzie zakładowej, na egzekutywie, w prezydium i w czasie przemówień): znieruchomiała ideowość w spojrzeniu, posępne zdecydowanie i zatroskanie problemami oraz sprawami kolektywu.
„Ale wystrój” — pomyślał Sergiusz stąpając po malinowym dywanie. Przybliżywszy się spojrzał na skoroszyt, który kartkował Szyszkin, i poczuł czysto naukowe zadowolenie: „Akta osobowe Włodzimierza Kajmienowa”.
Zastępca dyrektora nachmurzył się na widok świadka wczorajszego skandalu, szybko odsunął skoroszyt. Sergiusz ani mrugnął. Ma kilka spraw do Pawła Nikołajewicza — jako do uczonego, kierownika i społecznika, ponieważ jest on, jeśli się można tak wyrazić, jeden w trzech osobach. (Jeden w trzech osobach Szyszkin rozprostował i tak już wyprostowane ramiona). Czy nie uważa Paweł Nikolajewicz, że wyniki ich obliczeń optymalnego harmonogramu przewozów barwników organicznych już można opublikować w postaci artykułu dwóch autorów? Właściwie artykuł już istnieje w brudnopisie. Oto on właśnie. Trzeba tylko coś tam przedyskutować i uściślić.
Twarz Szyszkina przyjęła przejściowy wyraz między nr 1 a nr 2: pochylenie głowy i nieznaczny uśmiech świadczyły, że jest gotów i przedyskutować, i uściślić.
W ciągu dwudziestu minut obaj demonstrowali gorące zainteresowanie problemem przewozów barwników.
— Tutaj należy wstawić akapit o znaczeniu optymalizacji przewozów — zauważył szef.
— Tak, tak, oczywiście — zgadzał się Małyszew — tego nie uwzględniłem.
— A to trzeba wyjaśnić ostrożniej. Zamiast „opracowano” — „wskazano na możliwość”. Naukowa ostrożność, to wie pan…
— Tak, owszem.
— A tu trzeba uwypuklić rolę profesora Pantielejewa, podkreślić jego pomysły…
— I odwołać się do monografii?
— Koniecznie. O—bo—wiąz—ko—wo!
Wreszcie Szyszkin nie wytrzymał:
— A ten… jak mu tam? Nawet potarł czoło, żeby przypomnieć sobie niewiele znaczące nazwisko Wołodi, chociaż Sergiusz mógł przysiąc, że płonie ono w pamięci Szyszkina jak lampa neonowa. — Ten… — Paweł Nikołajewicz przysunął skoroszyt. — Kajmienow… Jak się posuwa jego praca nad algorytmem „organizatora elektronicznego”?
Читать дальше