Na wzmiankę o seminarium prawe ucho Wołodi spąsowiało i zaczęło się zlewać z czupryną.
— A zatem na pierwszego maja?
— Tak, na Święto Pracy! — z dostojeństwem odpowiedział Sźyszkin, przyjmując wyraz twarzy nr 4.
— Żeby efektownie zameldować? I mówi pan to po tym, jak odmówił przyjęcia do pracy Własiuka?! — Kajmienow dramatycznym gestem podsunął Szyszkinowi kartkę papieru i wieczne pióro. — Proszę, chcę to mieć na piśmie. Żeby potem nie zwalali na mnie, jeśli nie dotrzymam terminu.
Szyszkin jakby zawahał się patrząc na kartkę Ale wycofać się nie mógł: siadł za stołem.
— Jeszcze jeden punkt dla nas — radośnie rzekł Wołodia, kiedy Szyszkin opuścił salę. — „Prowadzący temat W. Kajmienow. Ponieważ opracowywanie algorytmu» organizatora elektronicznego «przebiega pomyślnie, uważam, że pracę należy ukończyć we wcześniejszym terminie. Proponuję przygotować dla komputera programy eksperymentalne i dokonać próbnego włączenia przed 1 maja br. Kierownik zakładu dr inż. P. Szyszkin”, podpis, data… Rachunek jest prosty: jeśli się skróci czas opracowania, to albo będzie ono wykonane w mniejszym zakresie, albo w ogóle nie wyjdzie. W takim skomplikowanym zadaniu jak elektroniczny model całego instytutu nie jest to wykluczone. Zrozumiałeś, jak to działa?
— Tak, z grubsza powiedział Małyszew. — Ale przecież nie dasz rady do maja.
— Z „organizatorem elektronicznym” pewnie nie, lecz z „elektronicznym zastępcą”… kto wie! Albo ja z nim, albo on ze mną.
5. Sergiusz programuje sukces
W następny poniedziałek na seminarium w gabinecie Pantielejewa spełniła się i trzecia przepowiednia modelu. Dyskutowano nad planami prac na drugie półrocze. Dyrektor zwymyślał kierownika pracowni automatów elektronicznych za błahość koncepcji: „Takimi robótkami mogą się zajmować w warsztatach, a pan pracuje wśród naukowców!”
Po mętnych usprawiedliwieniach kierownika wstał Szyszki n.
— W naszym zakładzie — powiedział poważnie — w drugim półroczu postawimy następujące zadanie: „Opracowanie uogólnionych programów dla przewozów towarów z zastosowaniem kompleksu maszyn na stacjach węzłowych i w bazach hurtowych”… — I dalej, niezbyt odbiegając od sformułowanych przez Małyszewa tydzień temu idei, rozwinął plan pracy.
Wysłuchano go z uwagą, Pantielejew zaś błysnąwszy okularami powiedział:
— O, to ważna rzecz! Komu pan zamierza powierzyć pracę, Pawle Nikołajewiczu?
— Sądzę, że powierzymy ją… — Szyszkin zwrócił głowę w stronę Małyszewa — Sergiuszowi… e—e… Aleksiejewiczowi. Zdobył już wystarczające doświadczenie w rozwiązywaniu zadań szczegółowych i poradzi sobie z tym. Kolega Małyszew powinien się rozwijać. No, a jeśli nie podoła, pomożemy.
Sergiusz, chociaż przewidział podobny obrót sprawy, nie oczekiwał, że go obedrą ze skóry tak łatwo i bezczelnie. Patrzył oszołomiony na siedzących: wokół były życzliwe oczy, spokojne mądre twarze, okulary, fryzury, łysiny… Było zupełnie oczywiste, że doktor Szyszkin, kierownik zakładu, to autor tej daleko idącej idei naukowej, a on, inżynier Małyszew — tylko wykonawca, który ma się dopiero rozwijać. Tak być powinno. Dziwne, gdyby było inaczej. I co teraz? Jeśli — jak ta żaba z opowiadania Garszyna — krzyknie: „To przecież ja!’”, to wpadnie do kałuży.
Sergiusz bezradnie spojrzał na Kajnnenowa. Ten siedział milcząc, tylko wbił w Szyszkina uporczywe spojrzenie.
A Pantielejew lekko ochrypłym basem grzecznie dziękuje Szyszkinowi i innym dyskutantom i prosi, żeby nie zwlekać z opracowaniem planów.
Seminarium zakończyło się.
Kajmienow i Małyszew pozostali w gabinecie. Pantielejew, który od razu zabrał się do oszacowania jakichś obliczeń na tablicy, popatrzył na nich pytająco i niecierpliwie.
— Walentynie Gieorgijewiczu — powiedział Kajmienow obawiam się, że wydam się panu nudny, ale proszę otworzyć nasz pakiet numer cztery.
— A, ta wasza tajemnica! — Profesor uśmiechnął się, odłożył kredę, wyjął z sejfu pakiet, podał go Wołodi. — Proszę.
Kajmienow złamał pieczęć, wyjął z koperty kartkę.
— Proszę przeczytać.
—,10–15 kwietnia P. Szyszkin zreferuje koncepcję opracowania uogólnionego algorytmu optymalizacji przewozów wszystkich towarów…” i tak dalej. — Dyrektor położył kartkę, popatrzył na programistów. — Wszystko w porządku, idea jest cenna. Więc co?
— Jak to co? — Z oszołomieniem powtórzył Kajmienow. — Czy pan zwrócił uwagę na datę?
— Zwróciłem. Wasza kartka została napisana szóstego kwietnia, dzisiaj jest piętnasty. Też prawda. To oczywiste, że człowiek ma najpierw ideę pomysłu, a potem go wypowiada. Dziwne byłoby, gdyby działo się na odwrót.
— Rzecz w tym, że wymyślił to i podpowiedział Szyszkinowi Sergiusz Małyszew — wypalił Kajmienow.
— To tak? — Pantielejew z zainteresowaniem popatrzył na Małyszewa. Ten milczał spuściwszy głowę. — Hm… kierownik Szyszkin, pan i kolega Małyszew pracujecie razem, czyż nie tak? To naturalne, że wymieniacie poglądy, formułujecie problemy, wypowiadacie pomysły. Bywa, że pomysł przychodzi do głowy od razu kilku badaczom, bywa, że unosi się w powietrzu… Po cóż z tego robić dramat? — Profesor zaczął się złościć i z narastającym zniecierpliwieniem popatrywał na tablicę. — I jeszcze, Włodzimierzu Michajłowiczu, jeśli pan wiedział, że nie Szyszkin, ale… kolega Małyszew jest autorem tego pomysłu, to dlaczego nie powiedział pan o tym na seminarium? Dlaczego pan uznał za bardziej wygodne… jak to się pan sam wyraża? — „kapować” mi o tym konfidencjonalnie?
Kajmienow spojrzał na niego z zakłopotaniem: takiego ciosu się nie spodziewał.
— Proszę wybaczyć, panie profesorze — nie wytrzymał Sergiusz. — Nie chcieliśmy… Osobiście nie zgłaszam żadnych pretensji do kierownika zakładu. Chodźmy, Wołodia!
— Chwileczkę — zatrzymał inżynierów Pantielejew. — Posłuchajcie. Wydaje mi się, że wymyśliliście jakąś grę… przypuszczalnie posługując się cybernetyką. Nie uważam się za uprawnionego do wtrącania się, ponieważ rozumiem, że mogą wam przychodzić do głowy pomysły poza planem tematycznym instytutu. Cóż, każdy badacz ma prawo do własnych poszukiwań. Lecz jeśli wybraliście mnie… hm… na pośrednika lub, dokładniej mówiąc, „skrzynkę pocztową” waszej gry, to chciałbym mieć nadzieję, że nie sprowadza się ona do intryg. Nie ma niczego wstrętniejszego niż intrygi. Nic tak nie pustoszy mózgu jak intrygi… — I profesor jeszcze pięć minut mówił na ten temat.
Kiedy Małyszew i Kajmienow wychodzili z gabinetu, ich policzki płonęły z poniżenia.
— Nie trać ducha, Sieriożka Wołodia położył mu rękę na ramieniu. — Mimo wszystko policzymy się z nim w dosłownym tego słowa znaczeniu. Chodź, posiedzimy dziś wieczorem nad tym, co?
Małyszew szarpnął ramieniem, żeby zrzucić rękę kolegi, lecz nic nie zdążył powiedzieć: naprzeciw nich szedł po schodach Szyszkin.
,…Dość poszukiwań, wystarczy mi dobre samopoczucie! Oto, jak się wszystko obróciło! Szyszkina nie weźmiesz gołą matematyką… I Kajmienow także — dobry mi przyjaciel!
Widocznie wszystko pozostanie po staremu, nie ma co bawić się w ciuciubabkę z maszyną…”
Małyszew siedział sam w sali przy pulpicie „Mołni”; powietrze z dmuchawy poruszało mu włosy.
…Pociągi mkną po lśniących szynach, ryczą ciężarówki na zakrętach, statki płyną po rzekach i morzach. Wiozą ładunki: pszenicę, węgiel, obrabiarki, rudę, tkaniny, zabawki, jabłka — wszystko, czego potrzebują ludzie. Na stacjach rozrządowych i w bazach przeładunkowych komputery przekładają zwrotnice, sterują automatycznymi ładowarkami, wyświetlają na tablicach rozdzielczych schematy najlepszych tras: bez zatorów i przestojów. Z czasem zostanie zautomatyzowany transport: kierowcy, maszyniści, dyspozytorzy i konduktorzy przejdą do innej pracy. Maszyny matematyczne staną się sercem systemu krążenia kraju. I będzie to nie jego sukces, nawet jeśli on tego dokona. „Pod kierunkiem dra nauk technicznych Pawła Szyszkina w Instytucie Techniki Obliczeniowej stworzono algorytm… opraco…” — zachłystując się zaczną pisać gazety. A o wykonawcach kto pisze? Sergiusz wyobraził sobie monumentalno—zarozumiałą twarz Szyszkina na kolumnie gazety i zrobiło mu się nie do zniesienia przykro.
Читать дальше