Prelegenta nagrodzono słabymi oklaskami. Potem na podium wszedł wiecznie uśmiechający się doktor Alper—Sidorow, wzburzył resztki włosów wokół łysiny.
— Oczywiście, nowe phądy należy powitać z uznaniem — zaczął Alper—Sidorow — i inicjatywę doktoha Szyszkina hównież, że zdecydował się hozpowszechnić tekst hefehatu przed zebhaniem. Oszczędza to czas, phacownicy mogą przemyśleć swoje wystąpienia i tak dalej… Ale, widocznie, tym hazem zaszło przykhe niepohozumienie, Pawle Nikołajewiczu, przecież jeśli hefehat został hozpowszechniony, to po co, pytam się, wygłaszać go?
— Jaki referat? — popatrzył na niego oszołomiony Szyszkin. — Niczego nie rozpowszechniałem!
— No, jak to nie hozpowszechniał pan? — Alper—Sidorow uśmiechnął się miękko, wyciągnął z kieszeni fartucha kilka złożonych kartek. — Oto jego maszynopis. Mowa jest o zwiększeniu dyscypliny w świetle zadań hozwoju cybehnetyki i o Włodzimierzu Kajmienowie… nawet i w liczbie mnogiej „Kajmienowowie”, i takie inne. I o nowym wzlocie twóhczej aktywności, o niebywałym zapale do phacy… wszystko jest.
Twarz Szyszkina powoli przybrała buraczkowo—szaroniebieską barwę. W sali zapadła przejmująca cisza.
— Mogę, za zgodą tu obecnych, wyjaśnić sytuację — podniósł się dyrektor. Rzecz w tym, że tekst, który teraz pokazał doktor Alper—Sidorow, został ułożony bez wiedzy mego zastępcy i niezależnie od niego… na niedawno nabytej maszynie elektronicznej dyskretnego działania M–117. — W sali podniósł się i zaraz ucichł szum. — Mam tutaj — Pantielejew potrząsnął plikiem papierów — dane o niezwykłym amatorskim eksperymencie, który przeprowadzili inżynierowie zakładu maszyn obliczeniowych, Kajmienow i Małyszew: tabele kodowania informacji, programy, dane wyjściowe komputera, rozszyfrowanie tych danych… W ciągu miesiąca posługując się maszyną M–117 przepowiadali oni zachowanie się doktora Szyszkina. Za państwa pozwoleniem, jako człowiek wbrew swej woli wybrany przez eksperymentatorów do roli znacznika czasu, zaznajomię tu obecnych z wynikami doświadczenia. Mogę to tym łatwiej uczynić, że Paweł Nikołajewicz jest moim zastępcą i znakomita część jego obowiązków jest mi znana.
Kiedy profesor Pantielejew czytał i komentował treść pakietów, sala to zamierała, to wybuchała śmiechem. Kajmienowa i Małyszewa klepano po plecach, poszturchiwano: „Aleście go urządzili! Ależ numer odstawiliście!”
— Nieco o tym, jak eksperyment został przeprowadzony — kontynuował profesor. — Jak wiadomo (co ustalił jeszcze profesor Walter Ross Ashby), rozumne zachowanie się jest określone przez trzy główne czynniki: orientowanie się w sytuacji, cel i możliwości jego osiągnięcia. Informacje dla komputera o sytuacji w instytucie koledzy czerpali głównie z danych obiektywnych, przygotowanych przez Włodzimierza Kajmienowa do ułożenia algorytmu „organizatora elektronicznego”. Dane te są znane i dość łatwe do obróbki cyfrowej. Ograniczone możliwości maszyny narzuciły oczywiście i inne wymagania: obiekt modelowania nie jest zdolny do podejmowania twórczych rozwiązań. I wreszcie wprowadzili do komputera program celu: powodzenie i osobisty sukces… Cel — oto co jest najważniejsze — profesor podniósł rękę. — Ów cel określił zachowanie się modelu elektronicznego… ale nie tylko modelu.
Pantielejew poszukał wzrokiem Kajmienowa, uśmiechnął się do niego.
— Pan mi opowiadał, Włodzimierzu Michajłowiczu, że wprowadzaliście do maszyny prawidłowo ustalone skale, przemyślane instrukcje — i mimo to model dawał wyłącznie praktyczne rozwiązania. Powiem wam więcej: gdybyście wprowadzili do maszyny M–117 utwory wielkich myślicieli wszechczasów, muzykę Beethovena, Mozarta, Czajkowskiego — to cel i w tym wypadku podporządkowałby sobie wszystko. Wszystko zostałoby uruchomione do osiągnięcia sukcesu! Jest to straszny cel, koledzy! On niszczy w człowieku wszystkie porywy serca, wszystko zamienia w śmiecie: jeśli szlachetność — to z rozmysłem, żeby zauważono i deceniono; jeśli miłość, to z uprzednio obmyślonymi zamiarami; jeśli wierność — to nie obowiązkom, ale wyższym instancjom… a jeśli taki człowiek nie dokonuje nikczemnych i przestępczych czynów, to nie ze wstrętu do podłości, lecz z obawy, żeby nie wpaść! Jestem niezmiernie zmartwiony, że… nader obraźliwe przypuszczenia eksperymentatorów co do osobistych celów i możliwości doktora Szyszkina zostały całkowicie doświadczalnie potwierdzone.
Oczy Pantielejewa, a za nim oczy wszystkich zwróciły się ku temu miejscu, gdzie siedział Szyszkin. Lecz jego nie było już na sali…
Po zebraniu Małyszew i Kajmienow skierowali się do sali maszyn: dziś przyszło im pracować na nocnej zmianie. Na korytarzu Wołodia kilka razy trzepnął Sergiusza po plecach.
— No dobrze, wystarczy — rzekł ten basem. — To i ja mogę.
— Wystraszyłeś mnie, ty diable! A mimo wszystko, co będzie z algorytmem sukcesu? Spasowałeś?
— Widzisz… — Sergiusz uniósł brwi, odchylił głowę, znacząco wydął wargi — należy jednak najpierw umówić się, co rozumiemy pod słowem „sukces”.
Otworzyli drzwi, weszli do pogrążonej w ciemności sali maszyn. Księżycowe światło wlewało się przez okna, odbijało od krawędzi procesorów i pulpitów, rozpraszało na ścianach — wydawało się, że sala jest pogrążona w zielonej, przezroczystej wodzie. Malyszew przekręcił wyłączniki na tablicy: rozbłysły rzędy lamp jarzeniowych na suficie, zaszumiały dmuchawy. Inżynierowie włożyli fartuchy.
— Aha — przypomniał sobie Wołodia — pokaż, jak zaprogramowałeś referat Szyszkina? Jak ci się to udało? Byłem całkowicie przekonany, że M—l 17 nie sprosta takiemu zadaniu.
Sergiusz przerzucał dźwigienki przełączników na pulpicie „Mołni”.
— Będę teraz musiał długo usprawiedliwiać się przed dyrektorem — uśmiechnął się. — Wprowadziłem w błąd staruszka… Widzisz, miałeś rację, dla M–117 było to niewykonalne zadanie. Po prostu usiadłem i napisałem ten referat. W dwa wieczory.
Kajmienow osunął się na krzesło. Jego usta ułożyły się w kształcie litery O.
— Rozentuzjazmowaliśmy się zbytnio modelem elektronicznym — ciągnął Mały szew. A przecież sam zdołałeś zauważyć, że jego rozwiązania są zadziwiająco banalne. I te algorytmy, które przepowiadałeś:,ja tobie — ty mnie”, „mądry pod górę nie pójdzie, mądry górę obejdzie…”, „oko za oko”… Szyszkin je rzeczywiście stosuje. Wszystko to racja. Jednym słowem, żeby zdemaskować takich jak Szyszkin, nie trzeba koniecznie używać cybernetyki. Można i bez niej.
Wołodia długo milczał. Jego oczy pociemniały, zwęziły się.
— Więc po jakiego diabła?!.. — powiedział.
1964
* Włodzimierz Majakowski, Kemp „Nit Gedajget”. Przełożył Leon Pasternak.
* Upaniszady. Z sanskrytu przełożył Stanisław F. Michalski.
* Aleksander Puszkin. Ruch , przełożył Mieczysław Jastrun.
* Aleksander Puszkin. Anczar . przełożył Julian Tuwim, (anczar — drzewo trujące).
* I. Ilf, E. Pietrow . Złote cielę , przełożyli J. Brzechwa i T. Żeromski.
* Włodzimierz Majakowski, Obłok w spodniach , przełożył Julian Tuwim.
* Aleksander Puszkin, Eugeniusz Oniegin , przełożył Adam Ważyk.
* Obecnie istnieją już komputery osobiste (przyp. tłum.).
Читать дальше