…O tej samej godzinie doktor Szyszkin szedł pospiesznie między cichymi domami i drzewami skąpanymi w szarozielonym księżycowym świetle. Pozostał do późna w instytucie, żeby nie spotkać się z Małyszewem i Kajmienowem, i teraz złorzeczył sobie. Wtedy, na seminarium, Małyszew patrzył na niego ciężkim wzrokiem, a ten bandyta Kajmienow znaczącym ruchem warg rzucił jakieś bezdźwięczne słowo. Szyszkin przekonywał samego siebie, że nie zrozumiał tego słowa, lecz w głębi duszy czuł zwątpienie i przygnębienie. I potem na schodach: „My się z nim policzymy… posiedźmy dziś…” Co oni zamierzają?!
W zaułku rozległy się kroki. Omal nie zaczął biec. Księżyc skakał za nim nad dachami.
Dawno, jeszcze na uczelni, Szyszkin zorientował się, że nauka to takie zajęcie, dzięki któremu każdy zna się tylko na tym, nad czym sam siedzi. Szybko opanował nieskomplikowany algorytm uzyskiwania stopni naukowych: artykuły napisane przez jego magistrantów, skompilowana z ich prac rozprawa, egzamin doktorski zdany przed dobrymi znajomymi, „dwadzieścia minut wstydu” na obronie… Znalazłszy się w instytucie Pantielejewa Szyszkin wyczuł wręcz ten zakres czynności i obowiązków, których wypełnianie umożliwia zaliczenie do grona solidnych pracowników i odnoszenie sukcesów.
A mimo wszystko nigdy nie mógł się pozbyć strachu. Każdy nowy pomysł, nowy człowiek, nowe sprawy wywoływały zaniepokojenie. Lękał się wszystkiego, co niezrozumiałe — i bał się, żeby inni nie zauważyli, iż czegoś nie rozumie. Kiedy dyrektor instytutu z przejęciem opowiadał mu o swoich nowych zamiarach, czasami nagle drętwiał z przerażenia: a co, jeśli ten przerwie rozmowę, gniewnie krzyknie: „Posłuchaj pan, co pan tak przytakuje? Ja pana nabieram, plotę głupstwa!..” Obawiał się wysuwania pomysłów: a nuż okażą się nie takie? Bał się też nie występować z nimi: a nuż zauważą, że jest miernotą. Był zmęczony tymi obawami, tak jak inni się męczą pracą nad siły.
Obecnie zaś Szyszkina straszyły nieprzeniknione szare cienie kiosków i domów, wilgotne, jakieś takie cmentarne zapachy z bram. „Oni niczego mi nie udowodnią, prawo jest po mojej stronie — gorąco przekonywał samego siebie przez cały dzień. — Ale jeśli naprawdę gdzieś się zaczają… Są we dwóch, młodzi i silni, źli. Zwłaszcza Kajmienow, ten do wszystkiego jest zdolny…”
Do domu pozostało kilka przecznic. Ulica była cicha i wyludniona. „Czyżby chcieli mnie pobić?!” — myślał obchodząc cienie. Sama myśl o tym, że jego — inteligentnego, jeszcze niestarego i podobającego się kobietom — mogą bić, była poniżająca i straszna.
Sergiusz Małyszew stał w oknie, patrzył na księżyc. „Cóż, widocznie jeśli się sam o siebie nie zatroszczysz — to nikt się o to nie postara. Badania oczywiście mimo wszystko będę” kontynuował: praca to praca.
Ale i o sobie zapominać nie można, inaczej przez całe życie będę terminatorem u Szyszkina… A co, jeśli?… Niech to diabli wezmą, że ja się od razu nie domyśliłem! Chodzę koło komputera, różne załadunki — wyładunki liczę na chwałę szefa, Wołodi pomagam programować — a dla siebie?!”
Małyszew był inżynierem — nowy pomysł techniczny od razu przywrócił mu jasność myśli i dobry humor. „Kto powiedział, że na komputerze można modelować tylko Sz–2? Dlaczego by nie zaprogramować dążenia i celów Małyszewa? Ma–2 — też brzmi!” Włączył M–117, znalazł na biurku Kajmienowa materiały, według których kodowali informację, siadł przy swoim biurku. „A zatem: uzupełnienie sytuacji: zgadzam się być wykonawcą u Szyszkina, nie będę umniejszał jego zasług, ale chcę… czego chcę? Po pierwsze: doktoratu. Po drugie: mieszkania… A co!”
Spojrzał z ukosa na grę pomarańczowych światełek na pulpicie maszyny. „Dla ciebie, pani, została stworzona ta przepiękna sala z klimatyzacją — trzeba pomyśleć o sobie”.
Maszyna nabrała doświadczenia i nie odtwarzała teraz wszystkich wariantów jak przedtem: taśma z rozwiązaniem wyskoczyła po minucie. Małyszew przebiegł wzrokiem cyfry zgrupowane wokół adresów 01, 03 i 04, uśmiechnął się lekko.
— Cóż, to było do przewidzenia…
Szyszkin wchodził po oświetlonych schodach swojego domu, z każdym stopniem uspokajając się. „Ot i po wszystkim, dlaczego się denerwowałem? Przecież są inteligentnymi ludźmi…”
Otworzył drzwi, wszedł do przytulnego przedpokoju. Mieszkanie było nowe, trzypokojowe, ze ścian jeszcze nie wywietrzały zapachy materiałów budowlanych. W ciemności było trochę niesamowicie (Szyszkin rzadko przesiadywał do późna w instytucie, a teraz jeszcze żona wyjechała do Rygi po meble), lecz były to swoje, domowe strachy. Wszedł do pokoju, zaczął po omacku szukać kontaktu: oczy, nienawykłe do ciemności, niczego nie rozróżniały.
Nagle coś przeciągle zaskrzypiało i z prawej strony, z ciemności, do Szyszkina zaczęła powoli przysuwać się przerażająca szarozielona gęba — wykrzywiona grymasem, z czarnymi oczodołami, ciemną przepaską na podbródku. „To jest to!”
Kto? Co? A—a–a—a! — zakrzyczał histerycznie i nie panując nad sobą, wyrzucił do przodu rękę i nogę.
Rozległ się odgłos sypiących się odłamków lustra. Drzwi szafy ubraniowej raptownie odleciały do tyłu i zatrzasnęły się…
Szyszkin pełzał po parkiecie zbierając odłamki. A przez okno, jakby nigdy nic, zaglądała okrągła szydercza twarz księżyca.
Sergiusz Małyszew także późno wrócił do siebie, do akademika. Trzej współmieszkańcy spali. Wypalił papierosa wydmuchując dym przez lufcik, w wilgotną ciemność; nie chciało mu się spać. Podszedł do regałów z książkami wszystkich czterech mieszkańców, wyciągnął rękę po zielony tom Kuprina — i opuścił ją. Skryte upodlenie ludzkiej duszy jest straszniejsze od wszystkich tortur i barykad na świecie — pamięć cicho podsunęła zdanie z dawno czytanego opowiadania Kuprina. Popatrzył na półki z niezdecydowaniem. Pomarańczowe tomiki Ufa i Piętrowa, białe obwoluty dzieł Maksyma Gorkiego (— Co uczynię dla ludzi?! Zawołał Danko …), okładki granatowych tomów Marka Twaina. Čapek, Tołstoj, Majakowski, Jesienin, Puszkin ( I nigdy losu nie zazdrościć łotrom lub głupcom — w ich nieprawym wywyższeniu* ), Jack London, Remarque… Za kolorowymi obwolutami przyczaiły się, jak niebezpieczeństwo, myśli, gniew i miłość wielu ludzi, ich smutek i radość, zmartwienia i uśmiechy, ich siła i delikatność, postępki przekonywające swym jaskrawym brakiem rozwagi — samo życie tysiąckrotnie wzmocnione sztuką. Otwórz dowolną książkę — a zbije cię z tropu, sprowadzi z wytyczonej drogi zawierucha duchowa.
Małyszewowi wydawało się, że to nie on, lecz książki mu się przyglądają — uważnie i surowo. „Nie, teraz muszę być maszyną!»Co uczynię dla ludzi?!«Gdzie tam, w naszych czasach Danko zostałby ukarany mandatem za naruszenie przepisów przeciwpożarowych w lesie — i tyle!..” Zaciągnął zasłonki na regałach, rozścielił łóżko, zgasił światło.
6. Potwierdzenie algorytmu
Następnego dnia Sergiusz zdecydowanie wkroczył do gabinetu Szyszkina. Kierownik zakładu obrzucił go chłodnym i zaniepokojonym spojrzeniem; nieco zmizerniał po wczorajszym.
Małyszew wygodnie rozsiadł się w skórzanym fotelu dla interesantów.
— To jakże będzie z moim mieszkaniem. Pawle Nikołajewiczu? Chciałbym też zbierać materiały do rozprawy. Co pan o tym sądzi?
Szyszkin zorientował się niezwykle szybko, w ciągu dziesięciu sekund.
— Przecież w sprawie mieszkania trzeba się zwrócić do Kajmienowa, Sergiuszu… e—e… Aleksiejewiczu — odezwał się z zaaferowaniem. — On teraz potrafi zaprogramować w „organizatorze elektronicznym” wszystko, i sobie, i panu.
Читать дальше