A na wycieczce w nowym terenie bez lapsusów się nie obejdzie. Z samego rana, myjąc się obok brodu, zapomnę mydło i mydelniczkę… Czy zapominać też tym razem? Tak. Nie wymaga to ruchów, a mydelniczka niewiele jest warta; niech sobie leży na piaseczku. Następnie: pojawi się obfita rosa, będę szedł po łące w tenisówkach, aż przemokną i dopiero potem domyśle się, że trzeba je zdjąć, związać sznurówkami i przerzucić przez ramię, żeby wyschły. Teraz od razu wezmę je na ramię, pójdę boso.
Mniej więcej trzy godziny drogi stąd, za linią wysokiego napięcia, poniesie mnie nie wiadomo po co w głąb kilkukilometrowego starorzecza w kształcie podkowy — w dodatku tak błotnistego, że nie da się przeprawić przez nie; długo będę się błąkał wewnątrz podkowy i najpierw pójdę na lewo, po paru kilometrach rozmyślę się, zawrócę na prawo… koszmar. Przypuszczam, iż od tego, że obecnie ominę starorzecze z daleka, ledwie zobaczywszy rząd krzewów, nie dojdzie również u Amerykanów do wstrząsów historycznych.
Później, po dziesiątej, zatrzymam się na odpoczynek przy tamtym strumyczku z wodą źródlaną. Tam niech wszystko pozostanie bez zmian: będę się delektował wodą (ach, jaka tam jest woda!), przygotowywał ognisko, żeby ugotować grochówkę i herbatę — ale przypłyną dwaj rybacy, szybko mi to odradzą i będę jadł razem z nimi zupę z dopiero co złowionych ryb. Ach, co to będzie za zupa: tłusta, smaczna, z cebulką — i ile zechcę… Jeszcze na drogę dadzą mi dużą rybę. Na samą myśl o tym łykam ślinkę.
Jeszcze ze dwie godziny drogi i dojdę do dawnego bagna — do osuszonego pola, porosłego kępami trawy. Z pagórka będzie ono całe widoczne: niewielkie, mniej więcej kilometr do sosenek na piaskach; i chociaż droga omija je trzykilometrowym łukiem, dojdę do wniosku, że jest ona dla ruchu kołowego, a ja przecież mam nogi… i ruszę na przełaj. Ten kilometr „na wprost” będzie mnie kosztował tyle co osiem: na kępach nie dam rady zrobić dwóch jednakowych kroków z rzędu, przeskoczę, przerzucając najpierw plecak, chyba z dziesięć rowów odwadniających — a jeszcze za każdym razem będę szukał miejsca, gdzie można przeskoczyć: w dodatku odparzę się z powodu upału i wysiłku, a wokół twarzy będzie się wiła chmara much i innych stworzeń gryzących… Figę, tym razem pójdę dookoła.
A trzy godziny później, przed wsią na wysokim brzegu, spotkam dwie dziewczyny… i dalej rozpocznie się nowy wariant. Szkoda poprzedniego, który przejdzie do kategorii nie zrealizowanej możliwości — lecz przybyłem tu w sprawie, a nie dla swojej przyjemności, w poważnej sprawie.
A teraz spać!
Nad ranem ochłodziło się, zmarzłem. Rozpaliłem ognisko z przechowanych w plastikowym woreczku suchych szyszek świerkowych, orzeźwiłem się mocną słodką herbatą. O wschodzie słońca przez rzekę przeszedł na tę stronę tabun ze staruszkiem na białej klaczy. Dziadek wziął ode mnie papierosa, siarczyście sklął swoje zwierzęta i zniknął z nimi na leśnej drodze. A ja spakowałem się, przeszedłem rzekę w bród i przez łęgi ruszyłem boso po rosie. Tenisówki huśtały się na plecach.
Słońce podnosiło się na czystym niebie. Podstępne starorzecze zauważyłem z daleka, skierowałem się w prawo. Wyszedłem ku szerokiemu łukowi Prom: nad wodą snuła się mgła, pod urwiskiem na tamtym brzegu w wirze powoli kręciły się patyki. Muszę teraz przedostać się na drugi brzeg. Technika przeprawy nie jest wymyślna: rozebrałem się do naga, ubranie i plecak — do plastikowej torby, zawiązałem ją końcem długiego sznura, drugi koniec zaciągnąłem w pętlę przez ramię — torbę do rzeki i sam również za nią. Do przeciwległego brzegu było z pięćdziesiąt metrów, ale tak mile przyjęła mnie poranna, zamglona od zgromadzonego ciepła, czysta woda, że ciągnąc torbę popłynąłem dobry kilometr z prądem — rozkoszowałem się.
Wyszedłem, ubrałem się, poszedłem dalej po wysokim brzegu obok czerwonopiennych sosen, wzdłuż na wpół zawalonego, zasypanego igliwiem, nie kończącego się okopu z czasów wojny. Rzeka swobodnie wiła się po szerokim rozlewisku: podchodziła do wsi szarzejącej domami na jego drugim skraju, zawracała, opisywała zakrętas podobny do ludzkiego ucha, znowu zawracała. Szedłem, oddychałem najczystszym powietrzem, wsłuchiwałem się w pogwizdywanie ptaków nad głową, patrzyłem na rzekę i niebo — zażywałem błogiego spokoju.
Ach, Proni, moja radości — tylko ja jeden cię rozumiem. Geografowie powiedzą, że ten zakręt wykonałaś dlatego, bo takie było nachylenie terenu, poziom dna… Akurat! Po prostu płynęłaś, płynęłaś i — nagle przypomniałaś sobie, że trzeba coś obejrzeć z tyłu, na tamtym skraju doliny, albo podmyć tamten brzeg z osikami, albo coś tam jeszcze — i zawróciłaś. Zrobiłaś swoje — wróciłaś. Sam jestem taki, rzeko moja, dlatego jesteśmy sobie bliscy.
…Coś z plecaka uwierało mnie w prawą łopatkę. Zdjąłem, rozwiązałem, popatrzyłem: to była ta połówka koncentratu grochówki, której i tak nie zjem. E, kochana, nie dość tego, że cię niepotrzebnie niosę, to mnie jeszcze w plecy uwierasz!.. Zamachnąłem się z urwiska — żółta grudka poleciała na środek Proni. Jedzcie, ryby, przybierajcie na wadze. A jeszcze lepiej, żebym to ja was…
Ale, stop! Wyprzedzam harmonogram. Za tym zakrętem rzeki zaczną się zarośla leszczyny, a zaraz za nimi — tamten strumyk. Tam powinienem być tuż po dziesiątej, a teraz jest dziewiąta z minutami. To z powodu ominięcia starorzecza — a w ogóle znaną drogą idzie się szybciej. Najwyższy czas wykąpać się i zatrzymać na tej małej plaży — cyplu…
Do strumienia przychodzę o 10.05. Najczystsza woda płynie tam, gdzie dno jest z piasku i kamyczków, wśród trawiastych brzegów porośniętych krzewami; o kilometr stąd, gdzie źródło bije z ziemi, stoi drewniany krzyż, osłonięty przed deszczem zgodnie z tutejszym obyczajem daszkiem z deseczek. Święta krynica. Zawsze mnie zadziwia cud źródeł: z ziemi, właściwie z błota — bije woda, od której nie ma czystszej, smaczniejszej, prawdziwszej… Klękam na brzeżku, nachylam się, czerpię dłońmi, piję. Ach, co za woda! Siadam, wyciągam z plecaka aluminiowy garnuszek, nabieram, znowu piję. Ależ woda! Lepsza niż wino. Pozostawia takie wrażenie, jakby nie przez przełyk, żołądek, ale wprost z ust rozpływała się po wszystkich mięśniach i komórkach ciała, nasycając je rześką świeżością. Jest tak zimna, że nieco drętwieją zęby. Złapałem oddech. Ano jeszcze raz. Ech, co za woda!
Z dołu niosą się po rzece chlupiące uderzenia. To zbliża się moja zupa rybna. Rybacy z kołchozu zastawiają sieć (teraz — za najbliższym zakrętem), opływają łódkami i, uderzając po wodzie wiosłami, zapędzają ryby. Mają normę 30 kilogramów dziennie, a jeszcze i dla siebie trzeba… Łapcie, łapcie, chłopcy!
Zachowując pozory wycinam jednak z leszczyny widełki i poprzeczkę, nalewam wody do kociołka, zbieram trochę chrustu, wieszam kociołek… Zupę i tak nie tutaj będziemy gotowali; o tam, o jakieś dziesięć metrów stąd, zegna poziomo pień drzewka, pod nim rozłożą ognisko, na pniu powieszą swój kocioł. „Tu jest nasze stałe miejsce” — wyjaśni rybak w okularach, z zadatkami na inteligenta, gaduła. Drugi zaś, nie ogolony, będzie milczał i mieszał zupę.
A oto i oni, dwaj w ceratowych fartuchach. Wyskakują z łódek i najpierw idą do strumyka, myją się, piją wodę. Zbliżają się do mnie, witają, siadają obok na kamieniu, palą, podejmują rozmowę: skąd jestem i dokąd zmierzam, gdzie mieszkam i pracuję — taką samą jak poprzednio. Odpowiadam, pytam — wciąż odwlekam chwilę, kiedy mam zapalić papierek pod chrustem, czekam, aż zaczną odradzać.
Читать дальше