A w prawym przednim śmigle nacięcia pod trzema łopatami stają się pęknięciami.
— Cąisyt ćśokosyw… (Wysokość tysiąc.)
— Eimron w trats… (Start w normie…)
A oto jeszcze nie wystartowali: ogonem do przodu samolot toczy się z ryczącymi silnikami po gładkiej nawierzchni pasa startowego, zmniejsza prędkość, zatrzymuje się (z głośników: „Tol an malawzez”. „Utrats od wótog”.
„Gotów do startu”, „Zezwalam na lot”), po krótkiej przerwie kołuje ogonem do przodu na stanowisko. Dobra maszyna, jest na co popatrzeć — nawet z ogonem do przodu.
I nieważne, że to nie jest tamten BK–22 (Bahryj zdobył zapewne nagranie wideoreportażu z otwarcia linii) i że nie tamci pasażerowie wylegli z otwartych owalnych drzwi na podstawiony trap — szybko, szybko cofają się na dół z walizkami (przestawiłem dźwignie na pozycję „przyspieszenie”) — wszystko działo się tak samo. Teraz wiele z tego nie jest już ważne, odwrotne odtwarzanie wygładza różnica jakościowa. Cofaj się, znikaj, świecie wartości!
Czuję się teraz pływakiem nurkiem w strumieniu czasu, w rzece mojej pamięci. Na głębinę, do głębi!.. I już nie na ekranach, lecz we mnie odwrotne odczucie dzisiejszego poranka: gołe się i spod nożyków maszynki pojawia się rudawy zarost na moich policzkach; palę pierwszego papierosa i przybywa go! Zachodzi w odczuciach odwrotny ruch pokarmu wewnątrz mnie, a także wiele innych procesów na opak… tylko że to wszystko nie to, zwykłego sensu brak. Wyrwałem się ze światka jakości w przestwór Ogólnego Bytu — i teraz istnieję nie z półsekundowym interwałem jednoczesności, ale z całą taśmą mojej pamięci aż do jej początków. Dni i zdarzenia na niej są tylko znakami, karbami, jedne są głębsze, inne płytsze — ot i cała różnica.
…Dalej nastąpiło to, przed czym przestrzegał szef, i mnóstwo jeszcze silnych wrażeń — to, o czym trudno jest opowiadać słowami, ponieważ było głębsze i prostsze od wszystkich pojęć. Uniknąłem Scylli absolutnej ekstazy — odurzenia i głębin własnej szczerości, nachalnie i bezwzględnie wnikając w jej istotę; można powiedzieć, sprawdziłem przy pomocy algebry harmonię, używając pytania w stylu Szury Bałaganowa: cóż z ciebie za gość?
Pojąłem i zimno się uśmiechnąłem: radość i smutek, wszystkie ludzkie nieszczęścia i powodzenia były łatwiutkimi różniczkami nieskomplikowanych równań. Co mi po nich!.. Tak mnie poniosło, żeby uderzyć o Charybdę wyobcowania i zanegowania wszystkiego. Lecz w porę przypomniałem sobie o celu, o gniewie, o zmaganiu się wszechświatowych procesów ładu i zamętu, w których jesteś niczym bez gniewu i woli do walki, bez dążenia, żeby postawić na swoim wiór w kotłujących się wirach wodnych. 1 zrozumiawszy to, dołączyłem się do światowego procesu wzrostu wyrazistości.
Dobrze się włączyłem: zrozumiałem ogrom zakresu wyrazistości we wszechświecie — pustka i ogniste punkty gwiazd, poczułem ogrom bulgocącego naporu czasu niosącego światy z prędkością światła… i nawet to, że twórcze wysiłki ludzi stanowią z nimi jedność, są mało istotne, lecz takiej samej natury.
I owe wytwory myśli i pracy ludzi, z których powodu dążę, majaczę, lecę wstecz od skutków do przyczyn, także należą do gwiezdnego ładu świata. Muszę zabrać je procesowi chaosu.
I był jasny mrok, cisza, lot gwiazd. A potem piekielne dźwięki: tupot, pohukiwanie, rżenie… I ponownie wyraźna cisza nocy.
VI. Dzień w drugiej redakcji
Gwiazdy nad głową. Ciemna ściana lasu z tyłu. Siedzę na pochyłym brzegu, na czymś białym; plastikowy obrus — rozłożyłem na trawie chroniąc się przed rosą. W dole gładkie, lecz zamglone pasmo odbijające niewyraźnie gwiazdy — to woda. Rzeka. Z rzadka słychać plusk ryb — niegłośny — podkreślający ciszę.
Świecące wskazówki zegarka minęły godzinę jedenastą. Tak, ale którego dnia? Były dwa po kolei podobne do siebie noclegi: nad Basią, potem nad Pronią. (A czy ma znaczenie, jaki to dzień? I wszystkie dni? Cała ta śmieszna drobiazgowość?… Są to pogłosy dopiero co przeżytego superprzerzutu; muszę jeszcze długo powracać do człowieczeństwa, do swej półsekundowej białkowej grudki.)
Aż do horyzontu nie widać ani światełka. Tam, w dole, powinny być krzaki i łęgi. A ile gwiazd w górze — ile chcesz! (Pustka i ogniste kule gwiazd — to obraz wyrazistego podziału materii, który zawsze mamy przed oczyma… Nie trzeba o tym myśleć.)
Nagle ciszę rozdziera rżenie i tętent wielu kopyt za rzeką. Ktoś przegania konie pokrzykując i hałasując po nocy. Aż drgnąłem — i uspokajam się: teraz jest jasne, jestem już nad Pronią. Koniec drugiego dnia mojej podróży. I tamtym razem wzdrygnąłem się z powodu hałasu, pomyślałem, że to zapewne chłopcy przepędzają tabun na noc. Ale teraz wiem, że rozrabia dość zgrzybiały staruszek: rano przepędzi konie na tę stronę, poprosi mnie o papierosa.
I znowu cisza, z rzadka naruszana parskaniem koni. Dawne uczucie dziecinnego strachu ogarnia mnie jak zawsze podczas noclegu na nowym miejscu: za plecami las — może ktoś z niego wyjdzie?… Obok droga do brodu — czy ktoś po niej przejdzie lub przejedzie?… Chociaż teraz wiem, że do rana nikt nie przejedzie ani się nie pojawi.
„Wtedy” i „teraz” — są to różnice nie w czasie, ale w wiedzy. Wielekroć wspominałem swoją wycieczkę nad Pronię, marzyłem, żeby odbyć ją jeszcze raz. A teraz okaże się nawet ciekawsza: wycieczka nie tylko poprzednią trasą, lecz również w tym samym sektorze czterowymiarowego kontinuum — wszystkie wydarzenia, wszystko, co mi się przytrafiło, włącza się jakby w krajobraz. (Ciągle mną jeszcze „zarzuca”: kontinuum… jakie wstrętne słowo! Dzieci, kiedy usłyszą coś takiego, mówią: „Bo powiem mamie!”) Trochę szkoda, że zbyt dokładnie utrafiłem, w przeddzień trzeciej doby… i ostatniej teraz; to harmider wśród koni spowodował, że „wylądowałem” tutaj. Pierwsze dwa dni były dobre — dni beztroskiego, zwykłego szczęścia: szedłem przez łąki i skrajem lasu na wysokim brzegu, kąpałem się w czystej ciepłej wodzie, leżąc nad urwiskiem gapiłem się na rybki krążące w wodzie, bezinteresownie dokarmiałem je kawałkami chleba. Kończył się czerwiec, pora sianokosów: kołchoźnicy na łąkach ustawiali stogi — hełmy staroruskich witeziów — i chłodno patrzyli na moją bezczynną sylwetkę w białej czapeczce i z plecakiem na ramieniu; ja na nich zresztą tak samo — dość się w mieście napatrzę na ludzi.
Miejsca na noclegi wybierałem przedkładając jak zwykle piękno nad wygodę: tu nie ma kopy siana. Jestem już po kolacji: ugotowałem nad ogniskiem z szyszek zupę grochową z połówki torebki i herbatę. Czas się kłaść.
Wyciągam się na folii, plecak pod głowę, przykrywam się marynarką, palę, wypuszczam dym ku gwiazdom — i w myśli redaguję jutrzejszy dzień.
…Zasada — wariacje rzeczywistości powinny różnić się od siebie jak najmniej — nie wyklucza możliwości naprawy w trakcie retromisji swoich błędów i głupstw; mimochodem oczywiście, nie tracąc z oczu głównego celu. Prowadziliśmy na ten temat dyskusję, posługując się utworem Isaaca Asimova Koniec wieczności oraz Raya Bradbury’ego I uderzył piorun , lecz doszliśmy do przekonania, że szanowni autorzy dowodząc, iż z powodu przestawienia z półki na półkę skrzynki z narzędziami mogą zostać na stulecia wstrzymane loty kosmiczne lub że z powodu rozdeptanego w karbonie motyla we współczesnych Stanach Zjednoczonych może zapanować faszyzm — przesadzili. Związek przyczyn ze skutkami wcale nie jest tak powierzchowny i nie aż tak sztywny. Pomyślmy: skoro udajemy się w przeszłość, żeby naprawić błędy, głupotę ludzi i żywiołów — to niby dlaczego mamy robić wyjątki dla własnych?
Читать дальше