Płakało dziecko. Gdzieś daleko, na drugim końcu statku, za wieloma drzwiami, rozpaczliwie zanosząc się i zachłystując płakało jakieś dziecko. Musiało być bardzo malutkie — rok, nie więcej. Powoli uniosłem ręce i przycisnąłem dłonie do uszu. Płacz umilkł. Nie opuszczając rąk, wstałem, a mówiąc ściśle nagle stwierdziłem, że już od pewnego czasu stoję na nogach, zaciskając uszy, że koszula przywarła mi do pleców i że mi szczeka opadła. Zamknąłem usta i ostrożnie odjąłem dłonie od uszu. Nikt nie płakał. Panowała normalna przeklęta cisza i tylko w kącie brzęczała mucha tłukąc się w pajęczynie. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę, bez pośpiechu rozłożyłem ją i starannie wytarłem czoło, policzki i szyję. Następnie równie powoli składając chusteczkę przespacerowałem się w tę i z powrotem wzdłuż pulpitu. W głowie nie miałem żadnej myśli. Postukałem zgiętym palcem po obudowie maszyny cyfrowej i odkaszlnąłem. Wszystko było w porządku, usłyszałem własny kaszel. Zrobiłem krok w kierunku fotela i wtedy dziecko zapłakało znowu.
Nie wiem, jak długo stałem jak słup i słuchałem. Najstraszliwsze było to, że słyszałem ten płacz zupełnie wyraźnie. Nawet zdawałem sobie sprawę, że to nie bezmyślny pisk noworodka i nie obrażony ryk cztero-pięcioletniego malucha — krzyczał i zanosił się niemowlak, który jeszcze nie umie chodzić i mówić, ale ma już dobre parę miesięcy. Mam siostrzeńca w tym wieku — rok z kawałkiem…
Ogłuszająco zadzwonił radiotelefon i mało mi serce z piersi nie wyskoczyło. Opierając się o pulpit, dotarłem do radiostacji i przełączyłem się na odbiór. Dziecko ciągle płakało.
— No i co tam u ciebie? — zapytał Wadik.
— Nic nowego — powiedziałem.
— Nic nie wymyśliłeś?
— Nic — odpowiedziałem. Złapałem się na tym, że zakrywam mikrofon ręką.
— Jakoś cię źle słyszę — powiedział Wadik. — A więc co zamierzasz robić?
— Jakoś… — wymamrotałem słabo rozumiejąc, co mówię. Dziecko nadal płakało. Teraz trochę ciszej, ale w dalszym ciągu bardzo wyraźnie.
— Co z tobą, Staszek? — zapytał z troska Wadik. — Obudziłem cię?
Miałem największą ochotę powiedzieć: „Słuchaj, Wadik, na moim statku bez przerwy płacze jakieś dziecko. Co mam zrobić?” Ale na szczęście starczyło mi rozumu, żeby wyobrazić sobie, jak to może być przyjęte. Dlatego odchrząknąłem i powiedziałem:
— Wiesz, połączę się z tobą za jakąś godzinę. Coś mi chodzi po głowie, ale jeszcze nie jestem zupełnie pewny…
— D-o-obra — niepewnie powiedział Wadik i wyłączył się.
Postałem jeszcze chwilę przy radiostacji, następnie wróciłem do pulpitu. Dziecko chlipnęło kilka razy i ucichło. A Tom znowu stał. Znowu to zepsute pudło przerwało pracę. Jack i Reks również stali. Z całej siły nacisnąłem palcem klawisz sygnału kontroli. Żadnego efektu. Zebrało mi się na płacz, ale wtedy uprzytomniłem sobie, że cały system jest przecież wyłączony. Sam go wyłączyłem dwie godziny temu, kiedy zabrałem się do programu. Ale mi się świetnie pracuje! Może zawiadomić Bazę i poprosić, żeby przygotowali kogoś na zmianę? Jakoś głupio… Złapałem się na tym, że z ogromnym napięciem czekam, kiedy to wszystko zacznie się od nowa. I zrozumiałem, że jeżeli zostanę na mostku, to bezustannie będę nadsłuchiwać i nic nie będę w stanie robić tylko nadsłuchiwać, i oczywiście usłyszę, usłyszę tu jeszcze niejedno!
Włączyłem program przeglądu technicznego, wyciągnąłem ze stelaża futerał z narzędziami i nieomal biegiem ruszyłem na dwór. Usiłowałem trzymać się w garści i z dochą tym razem poradziłem sobie względnie szybko. Lodowate powietrze, które sparzyło mi twarz, otrzeźwiło mnie jeszcze bardziej. Rozbijając obcasami zlodowaciały piasek, nie oglądając się za siebie pomaszerowałem na plac budowy prosto do Toma. Na boki nie patrzyłem. Lodowce, mgły, oceany — wszystko to od tej chwili mnie nie interesowało, postanowiłem zachować mych uczuć konwalie dla bezpośrednich obowiązków. Niewiele już mi zostało tych konwalii, a obowiązków było tyle co przedtem, jeżeli nie więcej.
Przede wszystkim sprawdziłem Tomowi refleksy. Refleksy okazały się w znakomitym stanie. „Świetnie!” powiedziałem na głos, wyjąłem z futerału skalpel i jednym ruchem, jak na egzaminie, otworzyłem Tomowi z tyłu czaszkę.
Pracowałem z upojeniem, z jakąś zaciekłością, szybko, sprawnie, precyzyjnie, ostrożnie jak maszyna. Jedno mogę powiedzieć — jeszcze nigdy w życiu tak nie pracowałem. Marzły mi palce, marzła twarz, musiałem oddychać w specjalnie przemyślany sposób, żeby szron nie osiadał na polu operacyjnym, ale nawet nie chciałem myśleć o zapędzaniu robotów do warsztatu remontowego na statku. Czułem się coraz lepiej, nie słyszałem niczego, czego słyszeć nie powinienem — nawet zapomniałem już, że mogę coś podobnego usłyszeć, i dwukrotnie pobiegłem na statek po wymienne zespoły dla koordynacyjnego systemu Toma. Będziesz jak nowo narodzony — przygadywałem. — Nie będziesz już więcej uciekać z roboty. Ja cię, mój staruszku, wyleczę, postawię na nogi i będą jeszcze z ciebie ludzie. A chciałbyś, żeby byli? No chyba! Wtedy będzie ci dobrze, wtedy każdy cię polubi! Ale wiesz, co ci powiem? Nie masz się co pchać do ludzi z blokiem takich aksjomatów! Z blokiem takich aksjomatów nawet do cyrku cię nie wezmą! Z blokiem takich aksjomatów wszystko podasz w wątpliwość, zaczniesz się zastanawiać, nauczysz się w skupieniu dłubać w nosie. Pomyśl, czy to warto? I po co to wszystko potrzebne? Po co te wszystkie pasy startowe, fundamenty? A ja ciebie zaraz, mój skarbie…
— Szura… — zajęczał tuż obok ochrypły kobiecy głos. — Gdzie jesteś, Szura? Boli…
Zamarłem. Leżałem w brzuchu Toma ściśnięty ze wszystkich stron ogromnymi bryłami jego roboczych muskułów, tylko nogi sterczały mi na zewnątrz i nagle zrobiło mi się nieprawdopodobnie straszno, jak w najkoszmarniejszym śnie. Naprawdę nie mam pojęcia, w jaki sposób opanowałem się, żeby nie wrzasnąć i nie zacząć się miotać w ataku histerii. Być może, straciłem na chwilę przytomność, ponieważ dość długo nic nie słyszałem, nic do mnie nie docierało, tylko wytrzeszczałem oczy na oświetloną zielonkawym światłem powierzchnię owalnego węzła nerwowego tuż przy mojej twarzy. — Co się stało? Gdzie jesteś? Ja nic nie widzę, Szura… — chrypiała kobieta skręcając się w straszliwych bólach. — Tu ktoś jest… Odezwij się, Szura! Jak boli! Pomóż mi, nic nie widzę…
Chrypiała, płakała i znowu powtarzała te same słowa, a mnie się wydawało, że widzę jej wykrzywioną twarz zlaną śmiertelnym potem, i w jej chrypieniu było już nie tylko błaganie, nie tylko ból, była w nim nienawiść, żądanie, rozkaz. Nieomal fizycznie poczułem, jak lodowate, chwytne palce próbują dosięgnąć mojego mózgu, żeby się weń wczepić, zgnieść, zgasić. Ostatkiem świadomości, zaciskając kurczowo zęby, namacałem lewą ręką pneumatyczny zawór i nacisnąłem go z całej siły. Z dzikim wyciem wyrwał się na zewnątrz sprężony argon, a ja bez przerwy naciskałem i naciskałem zawór, zabijając, rozpraszając w pył ochrypły głos w moim mózgu — czułem, że głuchnę, i ta świadomość przynosiła mi nieopisaną ulgę.
Potem okazało się, że stoję obok Toma, mróz przenika mnie do szpiku kości, chucham na skostniałe palce i z pogodnym uśmiechem idioty powtarzam: „Kurtyna dźwiękowa, jasne? Kurtyna dźwiękowa…” Tom stał przechylony w prawo, a świat wokół mnie był otulony nieruchomą chmurą szronu i zamarzniętych ziarenek piasku. Grzejąc dłonie pod pachami, okrążyłem Toma i zobaczyłem, że strumień argonu wyborował na skraju placu olbrzymi dół. Postałem chwilę nad tym dołem, ciągle jeszcze mamrocząc o kurtynie dźwiękowej, ale już czułem, że czas najwyższy przestać, domyśliłem się, że stoję na mrozie bez dochy, przypomniałem sobie, że dochę rzuciłem dokładnie w to miejsce, gdzie teraz jest dół, spróbowałem sobie przypomnieć, czy nie miałem w kieszeniach czegoś ważnego, nic sobie nie przypomniałem, lekkomyślnie machnąłem ręką i niepewnym truchtem pobiegłem na statek.
Читать дальше