Arkadij Strugacki - Koniec akcji „Arka”

Здесь есть возможность читать онлайн «Arkadij Strugacki - Koniec akcji „Arka”» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1974, Издательство: Iskry, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Koniec akcji „Arka”: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Koniec akcji „Arka”»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Klasyczne SF opowiadające o próbie kontaktu.
Ziemska cywilizacja odkrywa na jednej z planet, zwanej Pantą, istoty inteligentne słabo — w stosunku do Ziemian — zaawansowane technologicznie. Niestety, gwiazda macierzysta ich układu ma się wkrótce zmienić w supernową. W związku z czym Ziemianie znajdują w innym układzie planetę z pozoru wyglądająca na kompletnie jałową i uznają ją za zdatną do adaptacji dla mieszkańców Panty.
Kryptonimem „Arka” została właśnie nazwana operacja mająca na celu takie przekształcenie owej planety, aby nadawała się do zamieszkania dla istot z Panty, i przeniesienie ich tam przed wybuchem gwiazdy.
W trakcie prac znaleziona zostaje stara ziemska rakieta, a w niej dwa trupy. Ustalone zostają ich personalia i okazuje się, że rakietą podróżowało małżeństwo i że na kilkanaście miesięcy przed katastrofą urodziło im się dziecko (Małysz), którego trupa nigdzie nie ma.
Tymczasem na planecie zaczynają się problemy. Jałowy i pusty z pozoru glob zaczyna budzić wątpliwości naukowców. Już nie wydaje się niezamieszkany…

Koniec akcji „Arka” — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Koniec akcji „Arka”», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

To ta cisza. Cisza i pustka. Van der Hoose co wieczór mi to tłumaczy bardzo przystępnie. To nie natura, ale człowiek nie znosi pustki. Kiedy znajdzie się w próżni, stara się czymś ją wypełnić. Wypełnia ją zwidami, nie istniejącymi głosami, jeżeli nie jest w Stanie zapełnić jej czymś konkretnym. Nie istniejących dźwięków w ciągu tych trzech dni nasłuchałem się wystarczająco. Należy przypuszczać, że niedługo zaczną się zwidy.

Maszerowałem korytarzem, mijając puste kajuty, bibliotekę, arsenał, a kiedy przechodziłem obok ambulatorium, poczułem słaby zapach — ostry i zarazem nieprzyjemny, coś w rodzaju amoniaku. Przystanąłem i zacząłem węszyć. Zapach był znajomy, ale jednocześnie niepojęty. Zajrzałem do gabinetu chirurgicznego. Włączony i zawsze gotowy do działania cybernetyczny chirurg — ogromna biała ośmiornica zawieszona pod sufitem — zimno spojrzał na mnie zielonkawymi oczami i gotowy do czynu poruszył manipulatorami. Tu zapach był ostrzejszy. Włączyłem awaryjną wentylację i pomaszerowałem dalej. Zdumiewające, do jakiego stopnia zaostrzyła się moja zdolność odbierania wszelkich bodźców! Co jak co, ale węch miałem zawsze do niczego…

Swój patrolowy marsz zakończyłem w kuchni. Tu też było mnóstwo zapachów, ale nie miałem nic przeciwko nim. Cokolwiek by tam mówiono, w kuchni powinno pachnieć. Na innych statkach czy to kuchnia, czy mostek — na jedno wychodzi. U mnie tego nie ma i nie będzie. Zaprowadziłem własne porządki. Czystość czystością, a w kuchni powinno ładnie pachnieć. Smakowicie. Apetycznie. Ja zaś mam obowiązek czterokrotnie w ciągu dnia układać menu i to, proszę zwrócić uwagę, przy całkowitym braku apetytu, ponieważ apetyt i ta pusta cisza najwidoczniej są nie do pogodzenia…

Na ułożenie jadłospisu potrzebne mi było przynajmniej pól godziny. To było trudne pół godziny, ale zrobiłem co w mojej mocy. Następnie włączyłem kucharza, zaprogramowałem go odpowiednio i poszedłem rzucić okiem na pracę moich wychowanków.

Już na progu mostku zobaczyłem, że coś się stało. Wszystkie trzy robocze ekrany na moim pulpicie notowały przerwanie prac. Podbiegłem do pulpitu, włączyłem wizję. Serce mi zamarło — plac budowy był pusty. Nic podobnego jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Nawet nie słyszałem, żeby coś podobnego w ogóle mogło się zdarzyć. Potrząsnąłem głową i rzuciłem się do wyjścia. Roboty ktoś uprowadził… Zabłąkany meteor… Przysunął Tomowi w łeb… Program oszalał… Niemożliwe, niemożliwe! Wpadłem do komory kesonowej i złapałem dochę. Nie trafiałem w rękawy, gdzieś zginęły zapinki i przez cały ten czas, póki walczyłem z dochą niby baron Munchhausen ze swoim wściekłym futrem, widziałem oczyma duszy straszliwy obraz — ktoś nieznany i nie istniejący prowadzi mojego Toma jak pieska na smyczy, a reszta robotów pokornie sunie prosto w mgłę, w kipiące trzęsawisko, pogrąża się w burym błocie i znika na zawsze… Z rozmachem kopnąłem błonę nogą i wyskoczyłem na zewnątrz.

Pociemniało mi w oczach. Roboty były tu, pod samym statkiem. Tłoczyły się przy towarowym włazie, przechylając się leciutko, jak gdyby każdy z nich chciał pierwszy znaleźć się w ładowni. To było niemożliwe, to było straszne. Jakby chciały najszybciej ukryć się pod pokładem, schować się przed kimś, uratować. Robotologii znane są przypadki wścieklizny u robotów, niezwykle rzadkie, ale żeby się wściekł robot budowlany, o tym nie słyszałem nigdy. Jednakże nerwy miałem tak napięte, że byłem przygotowany nawet na to. Ale nic się nie stało. Kiedy Tom mnie zauważył, przestał się kręcić i zapalił sygnał „Czekam na polecenia”. Ruchami rąk poleciłem mu kategorycznie „Wracać na miejsce, kontynuować program”. Tom posłusznie włączył tylny bieg i pojechał z powrotem na budowę. Jack i Reks rzecz jasna ruszyli za nim. Ciągle jeszcze stałem obok włazu, w gardle mi wyschło, kolana miałem jak z waty i za wszelką cenę pragnąłem usiąść.

Ale nie usiadłem. Zacząłem się doprowadzać do jakiego takiego porządku. Docha była zapięta krzywo, uszy mi zamarzały, a na czole i policzkach lodowaciał pot. Powoli, starając się kontrolować każdy swój ruch, otarłem twarz, zapiąłem się jak należy, nasunąłem na oczy kaptur i wciągnąłem rękawiczki. Wstyd przyznać, rzecz jasna, ale czułem strach. Właściwie to już nie był strach, to były resztki przeżytego strachu, zmieszane ze wstydem. Cybernetyk, który przestraszył się własnych robotów… Było dla mnie oczywiste, że nigdy nikomu o tym nie opowiem. Rany boskie, przecież mi się nogi trzęsły, zresztą jeszcze i teraz są jakieś takie miękkie i najbardziej na świecie chciałbym wrócić na statek, a tam spokojnie i rzeczowo przemyśleć całą sprawę, spróbować zrozumieć, o co chodzi. Zajrzeć do fachowej literatury. A zupełnie szczerze, to chyba boję się zbliżyć do swoich podopiecznych…

Zdecydowanym ruchem wepchnąłem ręce do kieszeni i pomaszerowałem na plac budowy. Wychowankowie pracowali jak gdyby nigdy nic. Tom jak zawsze uprzedzająco grzecznie zapytał o nowe polecenia. Jack wznosił fundamenty dyspozytorni, tak jak mu to nakazywał program. Reks chodził zygzakami po gotowej już części pasa startowego i sprzątał. Tak, coś musi być nie w porządku z ich programami. Na pas startowy przywlekli mnóstwo kamieni… Nie było tu tych kamieni, zresztą są zupełnie niepotrzebne — i bez kamieni jest dosyć budulca. Tak, od momentu kiedy Tom się wtedy zatrzymał, przez całą ostatnią godzinę robili wyraźnie nie to co trzeba. Jakieś gałęzie poniewierają się na pasie… Schyliłem się, podniosłem gałązkę i przespacerowałem się tam i z powrotem uderzając tą gałązką po cholewie. A może póki jeszcze nic się nie stało, zatrzymać ich, choćby w tej chwili, nie czekając na termin przeglądu? Czyżbym rzeczywiście coś poknocił w programach? Nie do pojęcia… Rzuciłem gałązkę na kupę kamieni, które zgromadził Reks, zawróciłem i poszedłem na statek.

Rozdział II

PUSTKA l GŁOSY

Przez następne dwie godziny byłem bardzo zajęty, tak zajęty, że nie pamiętałem ani o ciszy, ani o pustce. Na początek odbyłem naradę z Hansem i Wadikiem. Hansa wyrwałem ze snu, na wpół przytomny stękał i mamrotał coś od rzeczy na temat deszczu i niskiego ciśnienia. Wadika musiałem dłuższy czas zapewniać, że nie żartuję i nie robię z niego balona. To było tym trudniejsze, że bez przerwy dusił mnie nerwowy śmiech. Wreszcie przekonałem go, że bynajmniej nie żarty mi w głowie i że śmieję się z zupełnie innych powodów. Wtedy Wadik również spoważniał i zawiadomił mnie, że u niego także starszy robot co pewien czas spontanicznie przystaje, ale w tym akurat nie ma niczego dziwnego — mechanizmy pracują na granicy dopuszczalnych norm technicznych i nie zdążyły się jeszcze zaakomodować. Być może przyczyna leży w tym strasznym zimnie. Być może, mogłem tak przypuszczać. Prawdę mówiąc liczyłem, że Wadik mi to wyjaśni. Wtedy Wadik wywołał genialną Ninon z EZ-8 i przedyskutowaliśmy tę hipotezę we trójkę, nic nie wymyśliliśmy i genialna Ninon poradziła mi, żebym porozmawiał z głównym inżynierem z Bazy, który zjadł zęby właśnie na robotach budowlanych, i właściwie jest ich twórcą. No, tyle to i ja sam wiedziałem, jednakże wcale mi się nie uśmiechało prosić głównego o konsultację już na trzeci dzień po rozpoczęciu samodzielnej pracy, tym bardziej że mi nie przychodziła do głowy żadna elementarnie sensowna hipoteza.

Krótko mówiąc usiadłem przy swoim pulpicie, rozłożyłem program i zacząłem go sprawdzać — komendę za komendą, grupę za grupą, pole za polem. Trzeba przyznać, że żadnych defektów nie znalazłem. Za tę część programu, którą robiłem sam, gotów byłem i przedtem ręczyć głową, a teraz na dodatek również swoim nieskalanym imieniem. Z polami standardowymi sprawa wyglądała gorzej. Znaczna ich część była mi mało znana, a gdybym zaczął każde standardowe pole kontrolować od początku, cały grafik prac poleciałby do diabła. Dlatego zdecydowałem się na kompromis. Tymczasem wyłączyłem z programu wszystkie pola, które chwilowo nie były potrzebne, uprościłem program do ostatecznych granic, wprowadziłem go do systemu sterującego i już położyłem palec na klawiszu rozruchu, kiedy nagle dotarło do mnie, że od pewnego czasu znowu coś słyszę — coś już zupełnie dziwnego, niepojętego i zdumiewająco znanego.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Koniec akcji „Arka”»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Koniec akcji „Arka”» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Arkadij Strugacki - Piknik pored puta
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Biały stożek Ałaidu
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Pora deszczów
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Trudno być bogiem
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Piknik na skraju drogi
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Przenicowany świat
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Alfa Eridana
Arkadij Strugacki
Arkadij Strugacki - Poludnie, XXII wiek
Arkadij Strugacki
Отзывы о книге «Koniec akcji „Arka”»

Обсуждение, отзывы о книге «Koniec akcji „Arka”» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x