— Musiała być piękna.
— Piękna? — powtórzył. — Kiedy ujrzę swojego pierwszego anioła, oczywiście, jeśli Bóg mi na to pozwoli, to będę się gapił z zachwytem na jego skrzydła, a nie na twarz. Widziałem już najpiękniejszą twarz, jaką można sobie wyobrazić. W całej okolicy nie było mężczyzny, który by się w niej nie kochał, potajemnie albo otwarcie. Mogła mieć każdego, którego zechciała. — Tu splunął na podłogę. — A ona tymczasem wyszła za mąż za tego małego holenderskiego sukinsyna! Była zaręczona z moim bratem i wtedy zjawił się ten podstępny mały bękart. Mój starszy brat nie zdążył się obejrzeć, kiedy mu ją zabrał. — Tu Marvin Breed znów pstryknął palcami.
— Możliwe, że trzeba być zdrajcą, niewdzięcznikiem, ignorantem i reakcyjnym antyintelektualistą, żeby nazywać zmarłego człowieka, równie sławnego jak Feliks Hoenikker, sukinsynem. Wiem dobrze, jaki to był rzekomo nieszkodliwy, łagodny i marzycielski facet, jak to nigdy nie skrzywdził nawet muchy, jak nie dbał o pieniądze, władzę, piękne stroje, samochody i temu podobne, że nie był taki jak inni ludzie, że był lepszy od innych, jednym słowem, że od Jezusa różnił się tylko tym, że nie był Synem Bożym…
Marvin Breed uważał, że nie musi kończyć myśli. Musiałem go poprosić, żeby to zrobił.
— Co mam przeciwko niemu? — spytał. Podszedł do okna, przez które widać było bramę cmentarza. — Co mam przeciwko niemu — mruczał, patrząc na bramę, padający śnieg i majaczący w oddali nagrobek pani Hoenikker.
— Jak, u diabła, można mówić o niewinności człowieka, który brał udział w wyprodukowaniu czegoś takiego jak bomba atomowa? Jak można nazwać dobrym człowieka, jeśli nawet nie ruszył palcem, kiedy najlepsza i najpiękniejsza kobieta świata, jego własna żona, usychała z braku miłości i zrozumienia…
Marvin Breed wzdrygnął się.
— Nieraz się zastanawiam, czy on nie urodził się już martwy. Nigdy nie spotkałem człowieka, który tak mało interesował się życiem. Czasem myślę sobie, że to jest największe nieszczęście naszego świata: wśród ludzi zajmujących najwyższe stanowiska mamy zbyt wielu nieboszczyków.
Podczas tej wizyty w zakładzie kamieniarskim miałem swoje pierwsze vin-dit. Jest to bokononistyczny termin oznaczający gwałtowne i bardzo osobiste przeżycie, popychające człowieka w kierunku bokononizmu, w kierunku przekonania, że Bóg wszechmogący wie o nas wszystko, że wreszcie ma co do każdego z nas jakieś swoje ściśle określone plany.
Moje vin-dit związane było z kamiennym aniołem spod jemioły. Taksówkarz wbił sobie do głowy, że za każdą cenę musi postawić tego anioła na grobie swojej matki. Sterczał przed tą figurą ze łzami w oczach.
Marvin Breed nadal patrzył przez okno na bramę cmentarza i kończył swoje małe przemówienie na temat Feliksa Hoenikkera.
— Możliwe, że ten mały holenderski sukinsyn był współczesnym świętym, ale niech mnie diabli porwą, jeśli on kiedykolwiek zrobił coś, czego nie chciał, i jeśli kiedykolwiek nie zdobył czegoś, czego zapragnął. — Muzyka — dodał po chwili.
— Jaka muzyka? — spytałem.
— Wyszła za niego z powodu muzyki. Powiedziała, że jego umysł jest nastrojony na odbiór najgenialniejszej muzyki, jaka istnieje, muzyki gwiazd. — Potrząsnął głową. — Bzdura!
Potem widok bramy przypomniał mu ostatnie spotkanie z Frankiem Hoenikkerem, modelarzem i dręczycielem owadów.
— Frank — powiedział. — Po raz ostatni widziałem tego biednego zwariowanego chłopaka, jak wychodził przez tę bramę. Pogrzeb jego ojca jeszcze się nie zakończył. Starego nie zdążyli złożyć do grobu, a Frank już był za bramą. Zatrzymał pierwszy przejeżdżający samochód. Był to nowy pontiac z rejestracją stanu Floryda. Auto stanęło. Frank wsiadł i od tego czasu nikt już go w Ilium nie widział.
— Słyszałem, że jest poszukiwany przez policję.
— To było nieporozumienie, jednorazowy wyskok. Frank nie był typem przestępcy. Do tego też trzeba mieć smykałkę. Jedyne, co mu dobrze wychodziło, to modele, i jedyna praca, w jakiej się utrzymał przez dłuższy czas, to było w sklepie “U Jacka”, gdzie sprzedawał modele, robił modele i udzielał porad, jak robić modele. Kiedy wyjechał stąd na Florydę, dostał pracę w sklepie z modelami w Sarasocie. Okazało się, że pod szyldem tego sklepu działała banda, która kradła cadillaki, ładowała je na stary samolot transportowy i przewoziła na Kubę. W tein sposób Frank został zamieszany w całą tę historię. Myślę, że policja nie może go znaleźć dlatego, że on już nie żyje. Musiał po prostu za dużo słyszeć, kiedy przyklejał krystal-cementem wieżyczki na krążowniku “Missouri”.
— A czy wie pan, co się dzieje z Newtem?
— Jest chyba u siostry w Indianapolis. Ostatni raz słyszałem o nim, kiedy wplątał się w tę historię z rosyjską liliputką i został wyrzucony z uczelni. Czy wyobraża pan sobie karła, który chce zostać lekarzem? Pomyśleć tylko, że w tej samej nieszczęsnej rodzinie jest ta wielka, niezgrabna dziewczyna, która ma przeszło sześć stóp wzrostu. I ten człowiek, słynący z wybitnego umysłu, przerwał jej naukę w szkole, żeby mieć kobietę, która będzie koło niego chodzić. Jedyną jej rozrywką był klarnet, na którym grała w szkolnej orkiestrze.
Po tym jak porzuciła szkołę, nikt ani razu nie zaprosił jej na randkę. Nie miała żadnych przyjaciół, a staremu nigdy nie przyszło do głowy, żeby jej dać pieniądze na jakieś rozrywki. Wie pan, co ona robiła?
— Nie.
— Często zamykała się w nocy w swoim pokoju, nastawiała sobie płyty i wtórowała im na klarnecie. Fakt, że w ogóle znalazła męża, jest dla mnie cudem stulecia.
— Ile pan chce za tego anioła? — wtrącił taksówkarz.
— Mówiłem już, że on nie jest na sprzedaż.
— Myślę, że niewielu jest teraz ludzi, którzy potrafią tak rzeźbić w kamieniu — Wtrąciłem.
— Mam siostrzeńca, który to potrafi — powiedział Breed. — Syna Asy. Zapowiadał się na wybitnego uczonego, ale kiedy zrzucono bombę na Hiroszimę, chłopak zostawił wszystko, upił się, a potem przyszedł tutaj i powiedział, że chce pracować jako kamieniarz.
— I pracuje u pana do teraz?
— Jest rzeźbiarzem w Rzymie.
— Gdyby zaproponować panu odpowiednią sumę, na pewno by go pan sprzedał, co?
— Możliwe. Ale musiałoby to być rzeczywiście dużo.
— Gdzie się umieszcza nazwisko na czymś takim? — dopytywał się taksówkarz.
— Tam już jest nazwisko, na podstawie. Nie widzieliśmy napisu, gdyż zasłaniały go cedrowe gałęzie.
— Czy nie został odebrany? — zaciekawiłem się.
— Nigdy nie został zapłacony. To cała historia. Pewien niemiecki imigrant wybierał się na Zachód i tutaj, w Ilium, jego żona zmarła na ospę. Zamówił tego anioła na jej grób i pokazał pradziadkowi, że ma pieniądze. Potem jednak obrabowano go, zabierając mu wszystko co do centa. Jedyną rzeczą, jaka mu pozostała na świecie, był kawałek ziemi w stanie Indiana, którego nigdy nie widział na oczy. Ruszył więc tam obiecując, że wróci i wykupi tego anioła.
— Ale nie wrócił? — spytałem.
— Nie. — Marvin Breed rozsunął nogą gałęzie, tak że mogliśmy zobaczyć wypukłe litery na piedestale. Było to nazwisko. — Cudaczne nazwisko — powiedział Breed. — Jeśli ten imigrant miał potomstwo, to myślę, że zmienili nazwisko. Pewnie teraz nazywają się Jones, Black albo Thompson.
— Myli się pan — mruknąłem.
Zdawało mi się, że pokój się wali, a jego ściany, sufit i podłoga zmieniają się błyskawicznie w wyloty tunelów biegnących w różnych kierunkach poprzez czas. Miałem bokononistyczną wizję jedności wszystkich czasów, całej wędrującej ludzkości, wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci.
Читать дальше