Minton powiedział mi, że jest zawodowym dyplomatą i że po raz pierwszy występuje w randze ambasadora. On i jego żona byli już na placówkach w Boliwii, Chile, Japonii, Francji, Jugosławii, Egipcie, Związku Południowej Afryki, Liberii i Pakistanie.
Byli w sobie zakochani. Bez przerwy wymieniali małe prezenty: ciekawe widoki za oknem, zabawne albo pouczające fragmenty lektury, przypadkowe wspomnienia. Byli, jak sądzę, idealnym przykładem tego, co Bokonon nazywa duprassem, a co oznacza karass składający się tylko z dwóch osób.
“Prawdziwy duprass — powiada Bokonon — jest nieprzenikniony nawet dla dzieci zrodzonych z takiego związku.”
Wyłączam zatem Mintonów ze swego karassu, z karassu Franka, z karassu Newta, z karassu Asy Breeda, z karassu Angeli, karassu Lymana Endersa Knowlesa, karassu Shermana Krebbsa. Mintonowie mieli swój własny schludny dwuosobowy karass.
— Musi pan być bardzo zadowolony — powiedziałem do Mintona.
— Z czego muszę być bardzo zadowolony?
— Z nominacji na ambasadora.
Z pełnego politowania spojrzenia, jakie wymienili Minton i jego żona, wywnioskowałem, że palnąłem jakieś głupstwo. Zaraz jednak postarali się być dla mnie uprzejmi.
— Tak — zareagował Minton. — Jestem bardzo zadowolony. To dla mnie wielki zaszczyt — powiedział z wymuszonym uśmiechem.
I tak było prawie z każdym tematem, jaki poruszyłem. W żaden sposób nie mogłem ich rozruszać.
Na przykład:
— Państwo pewnie znacie wiele języków?
— Och, sześć czy siedem, do spółki — odpowiedział Minton.
— To musi być bardzo przyjemne.
— Co takiego?
— Móc rozmawiać z przedstawicielami tylu różnych narodów.
— Bardzo przyjemne — zgodził się Minton bez entuzjazmu.
— Bardzo przyjemne — przytaknęła jego żona. I wrócili do lektury grubego maszynopisu, leżącego na poręczy między ich fotelami.
— Proszę mi powiedzieć — spytałem po chwili — czy podróżując tyle po świecie stwierdzili państwo, że w gruncie rzeczy ludzie wszędzie są tacy sami?
— Słucham? — spytał Minton.
— Czy uważa pan, że w gruncie rzeczy ludzie są wszędzie tacy sami?
Spojrzał na żonę, aby się upewnić, czy słyszała pytanie, a potem zwrócił się do mnie.
— Mniej więcej tacy sami — zgodził się.
— Uhum — powiedziałem.
Nawiasem mówiąc, Bokonon wspomina, że członkowie duprassu zawsze umierają w tym samym tygodniu. Mintonowie, kiedy przyszedł ich czas, umarli w tej samej sekundzie.
42. ROWERY DLA AFGANISTANU
Udałem się na drinka do małego barku, mieszczącego się w tylnej części samolotu. Spotkałem tam jeszcze jednego Amerykanina, H. Lowe’a Crosby z Evanston w stanie Illinois, i jego żonę Hazel.
Oboje byli tędzy, po pięćdziesiątce. Mówili z nosowym akcentem. Crosby powiedział mi, że jest właścicielem fabryki rowerów w Chicago i że ze strony swoich pracowników spotyka się z czarną niewdzięcznością. Miał zamiar przenieść swój interes na wdzięczniejsze San Lorenzo.
— Zna pan dobrze San Lorenzo? — spytałem.
— Wybieram się tam po raz pierwszy, ale słyszałem o tym kraju wiele dobrego — powiedział H. Lowe Crosby. — Panuje tam dyscyplina. Można mieć pewność, że nic się nie zmieni z roku na rok. Rząd nie zachęca tam ludzi, żeby pozowali na zaszczanych oryginałów, jakich jeszcze świat nie widział.
— Nie rozumiem.
— Jak Boga kocham, tam w Chicago dawno już przestaliśmy się zajmować produkcją rowerów. Teraz liczą się tylko stosunki międzyludzkie. Profesorkowie siedzą tylko i kombinują, jak by tu wszystkich uszczęśliwić. Nikogo nie można wyrzucić z pracy, choćby Bóg wie co wyczyniał, a jeśli ktoś w tym bałaganie przez pomyłkę zrobi rower, to związek zawodowy natychmiast oskarża nas o stosowanie okrutnych, nieludzkich metod, a rząd konfiskuje ten rower za zaległe podatki i wysyła go jako prezent dla niewidomych w Afganistanie.
— I myśli pan, że na San Lorenzo będzie lepiej?
— Jestem tego pewien. Ludzie są tam tak biedni, zastraszeni i głupi, że muszą mieć trochę zdrowego rozsądku.
Crosby spytał mnie o nazwisko i zawód. Powiedziałem mu, a wtedy jego żona Hazel przypomniała sobie, że w stanie Indiana mieszkają ludzie o tym nazwisku. I ona pochodziła z Indiany.
— Mój Boże! — zawołała — czy pan pochodzi z Indiany?
Przyznałem, że tak.
— Ja też pochodzę z Indiany — pisnęła radośnie. — Nie trzeba się tego wstydzić.
— Nie wstydzę się tego i nigdy nie spotkałem człowieka, który by się tego wstydził — powiedziałem.
— My z Indiany zawsze sobie damy radę. Lowe i ja dwukrotnie odbyliśmy podróż dookoła świata i przekonaliśmy się, że ludzie z Indiany są wszędzie na kierowniczych stanowiskach.
— To przyjemna świadomość.
— Czy zna pan dyrektora najnowszego hotelu w Stambule?
— Nie.
— Pochodzi z Indiany. I ten jakiś tam wojskowy w Tokio…
— Attache — wtrącił mąż.
— Też jest z Indiany. I nowy ambasador w Jugosławii…
— Z Indiany? — spytałem.
— Nie tylko on. Także korespondent “Life’u” w Hollywood. I ten człowiek w Chile…
— Też z Indiany?
— Wszędzie, gdzie się tylko pojedzie, widzi się ludzi z Indiany na czołowych miejscach.
— Autor Ben Hura pochodził z Indiany.
— I James Whitcomb Riley.
— Czy pan również pochodzi z Indiany? — spytałem jej męża.
— Nie. Ja pochodzę z krainy prerii. “Ojczyzny Lincolna”, jak się to mówi.
— Jeśli o to chodzi — powiedziała Hazel tryumfalnym tonem — to Lincoln też był z Indiany. Dzieciństwo spędził w okręgu Spencer.
— Zgadza się — powiedziałem.
— Nie wiem, na czym to polega — mówiła Hazel — ale ludzie z Indiany mają coś w sobie. Gdyby tak zrobić ich listę, to wszyscy byliby zdumieni.
— To prawda — potwierdziłem. Chwyciła mnie z całej siły za ramię.
— My z Indiany musimy się trzymać razem.
— Wiadomo.
— Mów do mnie “mamo”.
— Proszę?
— Zawsze jak spotykam młodego człowieka z Indiany, mówię mu, żeby nazywał mnie “mamą”.
— Aha.
— No to powiedz tak — poprosiła.
— Mamo?
Uśmiechnęła się i puściła mnie. Zupełnie jakby jakaś maszynka wykonała swoje zadanie. Nazywając Hazel “mamą” zamknąłem jakiś cykl i teraz Hazel nakręcała swoją maszynkę na następnego faceta z Indiany.
Obsesja Hazel na punkcie ludzi z Indiany była typowym przykładem fałszywego karassu, pozornego zespołu, nie mającego żadnego znaczenia z punktu widzenia zamysłu Boga i sposobów jego realizacji. Był to typowy przykład tego, co Bokonon nazywa granfalonem. Inne przykłady to partie polityczne, Córki Rewolucji Amerykańskiej, General Electric Company, Międzynarodowy Zakon Dziwaków… oraz każdy naród, zawsze i wszędzie. Bokonon zaprasza nas, abyśmy zaśpiewali razem z nim:
Jeśli chcesz wiedzieć, co to granfalon,
Spróbuj obrać ze skórki bańkę mydlaną.
H. Lowe Crosby był zdania, że dyktatura nie jest taką złą rzeczą. Nie był przy tym ani potworem, ani głupcem. Przyjmował wprawdzie wobec świata pozę prowincjonalnego klowna, ale wiele z tego, co mówił na temat niezdyscyplinowania ludzkości, było nie tylko śmieszne, ale i prawdziwe.
Jego zdrowy rozsądek i poczucie humoru odstępowały go jednak, gdy dochodziło do pytania, jaki użytek człowiek powinien robić ze swego życia na Ziemi.
Crosby był święcie przekonany, że człowiek został stworzony po to, aby produkować dla niego rowery.
Читать дальше