— Stąd można jechać tylko na dół — burknął Knowles. — To jest ostatnie piętro. Gdyby pani chciała jechać do góry, nie mógłbym pani w niczym pomóc. Tak, tak!
— Więc jedźmy na dół — powiedziała panna Faust.
— Już się robi. Czy ten dżentelmen przybył złożyć swoje uszanowanie doktorowi Hoenikkerowi?
— Tak — odpowiedziałem. — Czy pan go znał?
— Bardzo blisko. Wie pan, co powiedziałem, kiedy umarł?
— Nie.
— Powiedziałem, że doktor Hoenikker nie umarł.
— Tak?
— On przeniósł się w inny wymiar. Tak, tak!
Nacisnął guzik i ruszyliśmy w dół.
— Czy znał pan też dzieci doktora Hoenikkera? — spytałem.
— Dzieci, kupa śmieci. Tak, tak!
29. ODESZLI, ALE PAMIĘĆ O NICH POZOSTAŁA
Miałem jeszcze jedną rzecz do załatwienia w Ilium. Chciałem zrobić zdjęcie grobu starego Hoenikkera. Wróciłem więc do swego pokoju, stwierdziłem, że Sandra sobie poszła, wziąłem aparat fotograficzny i wsiadłem do taksówki.
Nadal padał mokry śnieg, szary, dokuczliwy. Pomyślałem sobie, że w tym śniegu nagrobek może być bardzo fotogeniczny i może się nawet nadać na obwolutę mojej książki.
Na cmentarzu dozorca powiedział mi, jak trafić na działkę rodziny Hoenikkerów.
— Trafi pan łatwo — powiedział. — Stoi tam najwyższy pomnik.
Dozorca nie skłamał. Pomnik stanowił alabastrowy phallus wysokości dwudziestu stóp i na trzy stopy gruby. Był cały oblepiony śniegiem.
— Na Boga! — krzyknąłem, wysiadając z taksówki z aparatem fotograficznym w ręku. — Pomnik bardzo odpowiedni dla ojca bomby atomowej! — I wybuchnąłem śmiechem.
Poprosiłem taksówkarza, żeby stanął obok pomnika, tak aby zdjęcie dawało wyobrażenie o jego rozmiarach. Poprosiłem go też, żeby odgarnął śnieg zakrywający nazwisko zmarłego.
Zrobił to, o co go prosiłem.
I wtedy na kolumnie ukazało się wypisane sześciocalowymi literami, jak Boga kocham, słowo MATKA.
— Matka? — spytał kierowca z niedowierzaniem. Zgarnąłem jeszcze trochę śniegu i odkryłem następujący wierszyk:
Matko, modlę się z całej mocy,
Abyś strzegła nas we dnie i w nocy.
Angela Hoenikker
Pod tym wierszykiem był jeszcze jeden:
Mama wcale nie umarła,
Ona tylko śpi!
Powinniśmy się uśmiechnąć,
Otrzeć gorzkie łzy.
Franklin Hoenikker
A jeszcze niżej w kolumnę był wpuszczony cementowy kwadrat z odciskiem dłoni niemowlęcia i słowa:
— Jeśli to jest matka — powiedział taksówkarz — to co, u diabła, postawili ojcu? — Taksówkarz robił nieprzyzwoitą aluzję do kształtu pomnika.
Znaleźliśmy ojca w pobliżu. Jego nagrobek — zgodnie z testamentem, jak później stwierdziłem — stanowił marmurowy sześcian o boku czterdziestu centymetrów.
OJCIEC, głosił napis.
Kiedy wyjeżdżaliśmy już z cmentarza, taksówkarz zaniepokoił się nagle stanem grobu swojej matki. Spytał, czy nie będę miał nic przeciwko temu, jeśli nadłożymy trochę drogi, aby tam zajechać.
Na grobie jego matki stał śmiesznie mały kamień, zresztą nie sądzę, żeby miało to jakieś znaczenie.
Taksówkarz spytał, czy zgodzę się na jeszcze chwilę zwłoki, aby zajechać do zakładu kamieniarskiego naprzeciwko cmentarza.
Nie byłem jeszcze wówczas bokononistą i zgodziłem się z pewnym ociąganiem. Bokononista zgodziłby się z radością pojechać wszędzie, gdzie mu zaproponują. Jak powiada Bokonon: “Nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca, udzielanymi nam przez Boga.”
Przedsiębiorstwo kamieniarskie nosiło nazwę Avram Breed i S-wie. Taksówkarz rozmawiał ze sprzedawcą, a ja błądziłem wśród pomników — pomników in blanco, pomników nikogo jeszcze nie upamiętniających.
W salonie wystawowym napotkałem przykład zawodowego niejako poczucia humoru: nad kamiennym aniołem ktoś zawiesił jemiołę. U jego stóp leżały cedrowe gałązki, a wokół marmurowej szyi zawieszono naszyjnik z kolorowych choinkowych lampek.
— Jaka jest cena tego anioła? — spytałem właściciela zakładu.
— On nie jest na sprzedaż. Ma przeszło sto lat. Wyrzeźbił go mój pradziadek Avram Breed.
— To pańskie przedsiębiorstwo jest tak stare?
— Tak jest.
— I pan nazywa się Breed?
— Czwarte pokolenie w tym interesie.
— Czy nie jest pan krewnym doktora Asy Breeda, dyrektora Laboratorium Badawczego?
— Jestem jego bratem. — Przedstawił mi się jako Marvin Breed.
— Świat jest mały — zauważyłem.
— Szczególnie, kiedy go się przywiezie na cmentarz.
Marvin Breed był człowiekiem gładkim, pospolitym, sprytnym i sentymentalnym.
— Wracam właśnie z biura pańskiego brata. Jestem pisarzem i przeprowadziłem z nim wywiad na temat doktora Hoenikkera — powiedziałem.
— To był kawał zwariowanego sukinsyna. To znaczy, nie mój brat, tylko ten Hoenikker.
— Czy to on kupił od pana ten nagrobek dla żony?
— Nie, to jego dzieci. On nie miał z tym nic wspólnego. Jemu nigdy nie przyszło do głowy, żeby zamówić dla niej jakiś nagrobek. A potem, mniej więcej w rok po jej śmierci, przyszła tu trójka młodych Hoenikkerów: wielka dziewczyna, chłopak i małe dziecko. Zażądali największego kamienia, jaki tylko można kupić, i dwoje starszych przyniosło swoje wierszyki. Chcieli, żeby je umieścić na nagrobku.
Może się pan śmiać z tego kamienia, jeśli pan chce — mówił Marvin Breed — ale dla tych dzieciaków była to największa pociecha, jaką można kupić za pieniądze. Przychodziły tu potem z kwiatami bardzo często.
— Musiało to kosztować kupę forsy.
— Kupili to za pieniądze z nagrody Nobla. Dwie rzeczy kupili za te pieniądze: domek na przylądku Cod i ten pomnik.
— Pieniądze za dynamit — mruknąłem z podziwem, zestawiając w myśli wybuchową siłę dynamitu z niewzruszonym spokojem nagrobka i letniego domku.
— Co proszę?
— Nobel wynalazł dynamit.
— Tak, różne rzeczy się zdarzają…
Gdybym był wtedy bokononistą, to zastanawiając się nad wymyślnie splecionym łańcuchem wydarzeń, który sprowadził pieniądze za dynamit do tej akurat firmy kamieniarskiej, wyszeptałbym pewnie: “Tak kręci się ten świat!”
Są to słowa, jakie szepczą bokononiści, kiedy zastanawiają się nad skomplikowanym i nieodgadnionym funkcjonowaniem maszynerii świata.
Wtedy jednak byłem jeszcze chrześcijaninem i powiedziałem tylko:
— Życie bywa czasem zabawne.
— A czasem nie — dodał Marvin Breed.
Spytałem Marvina Breeda, czy znał Emily Hoenikker, żonę Feliksa, matkę Angeli, Franka i Newta, kobietę spoczywającą pod monstrualnym nagrobkiem.
— Czy ją znałem? — jego głos zabrzmiał tragicznie. — Pyta pan, czy ją znałem? Oczywiście, że ją znałem. Tak, znałem Emily. Chodziliśmy razem do szkoły w Ilium. Byliśmy oboje w poczcie sztandarowym naszej klasy. Jej ojciec miał tu sklep muzyczny. Emily potrafiła grać na wszystkich instrumentach, jakie były w tym sklepie. Zakochałem się w niej do tego stopnia, że porzuciłem piłkę nożną i zacząłem uczyć się gry na skrzypcach. I wtedy przyjechał na wakacje mój starszy brat, student Instytutu Technologii, a ja popełniłem ten błąd, że przedstawiłem go swojej dziewczynie. — Marvin Breed pstryknął palcami. — Nawet się nie obejrzałem, jak mi ją zabrał. Rozwaliłem skrzypce za siedemdziesiąt pięć dolarów o gałkę mosiężnego łóżka, a potem poszedłem do kwiaciarni, włożyłem zmiażdżone skrzypce do przezroczystego pudła, w jakim przesyła się tuzin róż, i wysłałem jej przez posłańca.
Читать дальше