Odepchnął od siebie te dziwne myśli. Zwykłe fantazje, oto czym były: on i Sundira dorastali oddaleni od siebie o tysiące kilometrów i wiele lat. A nawet gdyby sprawy ułożyły się inaczej, to każdy związek, jaki zbudowaliby na Sorve, zostałby tak czy inaczej nadwątlony przez wygnanie. Wszystkie drogi wiodły do tego pływającego więzienia, łupinki kołyszącej się na środku Morza Pustego.
Dociekliwość Sundiry w końcu doprowadziła do poważnego skandalu. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat; jej ojciec nadal był merem; mieszkała sama na granicy ludzkiej osady na Khamsilaine i spędzała wśród Mieszkańców tyle czasu, na ile jej pozwalali.
— To było intelektualne wyzwanie. Chciałam się nauczyć o tym świecie wszystkiego, co mogłam. Rozumieć świat oznaczało zrozumieć Mieszkańców. Byłam pewna, że coś się tutaj dzieje, coś, czego nikt z nas nie widzi.
Opanowała biegle język Mieszkańców, co najwidoczniej nie było na Khamsilaine umiejętnością powszechną. Ojciec zrobił ją ambasadorem wyspy u Skrzelowców: wszystkie kontakty z nimi odbywały się za jej pośrednictwem. Tyle samo czasu spędzała w wiosce Mieszkańców na południowym krańcu wyspy, co we własnej społeczności. Większość z nich ledwie tolerowała jej obecność, jak to zwykle czynią Mieszkańcy; niektórzy byli otwarcie niechętni, ale kilkoro okazywało prawie przyjaźń. Sundira czuła, że zbliża się do poznania niektórych z nich jako indywidualności, a nie tylko jako niezdarnych, złowieszczych, nierozróżnialnych, obcych stworzeń, jakimi Mieszkańcy wydawali się większości ludzi.
— To był mój błąd i ich: zbytnio zbliżyłam się do nich. Budowałam na tej bliskości. Przypominałam sobie pewne rzeczy, które widziałam jako dziewczynka, kiedy razem z Tomasem szpiegowaliśmy ich w miejscach, do których nie powinniśmy byli zaglądać. Zadawałam pytania. Otrzymywałam wymijające odpowiedzi. Dręczące odpowiedzi. Zdecydowałam, że muszę znów poszpiegować.
Cokolwiek zobaczyła Sundira w ukrytych izbach Skrzelowców, nie umiała, jak się wydawało, przekazać tego Lawlerowi: może chciała dochować tajemnicy, a może po prostu nie zobaczyła tyle, aby cokolwiek zrozumieć. Wspominała o ceremoniach, komuniach, rytuałach, misteriach; jednak niejasność opisów wydawała się wynikać z jej niedoskonałości odbioru, a nie z niechęci do dzielenia się z nim tym, co wiedziała.
— Powróciłam do tych samych miejsc, do których przed laty zakradałam się z Tomasem. Tym razem złapano mnie.
Myślałam, że mnie zabiją. Zamiast tego zaprowadzili mnie do ojca i kazali mu mnie zabić. Obiecał, że mnie utopi, i wydawali się to akceptować. Wypłynęliśmy łodzią rybacką i wyskoczyłam za burtę. Ojciec jednak zorganizował łódź z Simbalimak, która czekała z drugiej strony wyspy. Aby się do niej dostać, musiałam płynąć przez trzy godziny. Nigdy nie wróciłam na Khamsilaine. I nigdy więcej nie widziałam się ani nie rozmawiałam z moim ojcem. Lawler łagodnie pogłaskał ją po policzku.
— A więc ty też wiesz coś o wygnaniu.
— Coś, tak.
— Nigdy mi o tym nie mówiłaś. Wzruszyła ramionami.
— Jakie by to miało znaczenie? Cierpiałeś tak bardzo. Czy czułbyś się lepiej, gdybym ci powiedziała, że ja też musiałam opuścić moją rodzinną wyspę?
— Możliwe.
Dzień lub dwa później znów spotkali się w ładowni i znowu opowiadała mu o życiu, które zostawiła za sobą. Rok na Simbalimak — poważny romans, o którym już wcześniej wspominała, i dalsze próby zgłębienia tajemnic Skrzelowców, które skończyły się prawie tak samo katastrofalnie jak nielegalne obserwacje na Khamsilaine — a potem wyprowadziła się z Morza Lazurowego na Shaktan. Lawler nie był pewien, czy powodem jej odejścia były naciski Skrzelowców, czy też zerwanie romansu, i wcale nie miał ochoty o to pytać.
Z Shaktan na Velmise, z Velmise na Kentrup, w końcu z Kentrup na Sorve: niespokojne życie i chyba niezbyt szczęśliwe. Kolejna odpowiedź zawsze przynosiła nowe pytanie. Nowe próby penetracji tajemnic Skrzelowców i nowe kłopoty. Następne romanse, nie prowadzące do niczego. Samotna, niepełna, tułacza egzystencja. Dlaczego przybyła na Sorve?
— A dlaczego nie? Chciałam wyjechać z Kentrup. Sorve była jednym z wielu możliwych miejsc. Znajdowała się blisko, mogła mnie przyjąć. Zostałabym przez chwilę i ruszyłabym dalej.
— Czy chciałaś, żeby tak wyglądało całe twoje życie? Zatrzymać się gdzieś na krótko, przenieść gdzieś indziej i znów odpłynąć?
— Tak sądzę — powiedziała.
— Czego szukałaś?
— Prawdy.
Lawler czekał, nie komentując. Powiedziała:
— Nadal sądzę, że dzieje się tutaj coś, o czym nie mamy pojęcia. Mieszkańcy tworzą jednolite społeczeństwo. Takie samo na każdej wyspie. Istnieje jakiś związek między jedną społecznością Mieszkańców a drugą, między Mieszkańcami a nurkami, między Mieszkańcami a platformami, między Mieszkańcami a jamochłonami. O ile wiem, również między Mieszkańcami i śluzicą. Chcę wiedzieć, co to za związek.
— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?
— Hydros to miejsce, na którym będę musiała spędzić resztę życia. Czy nie sądzisz, że powinnam poznać je tak dokładnie, jak tylko zdołam?
— A zatem nie martwi cię to, że Delagard porwał nas i wlecze ze sobą?
— Nie. Im więcej zobaczę, tym lepiej zrozumiem tę planetę.
— Nie boisz się rejsu do Obliczy? Pływania po niezbadanych wodach?
— Nie — powiedziała. A po chwili dodała: — Tak, może trochę. Pewnie, że się boję. Jednak tylko trochę.
— Jeżeli część z nas spróbowałaby powstrzymać Delagarda, czy przyłączyłabyś się do nas?
— Nie — odparła bez wahania.
Przez kilka dni nie było w ogóle wiatru, a okręt stał jak martwy w zupełnie gładkiej wodzie pod nadbrzmiałym słońcem, które rosło z każdą chwilą. W tym tropikalnym rejonie powietrze było suche i gorące, tak że często z trudem chwytali oddech. Delagard dokonywał cudów za sterem, kazał stawiać żagle w tę lub tamtą stronę, w ten lub inny sposób, aby złapać choć najsłabszą bryzę, więc przez cały czas jakoś posuwali się naprzód, płynąc powoli na południowy zachód, coraz dalej w głąb tych jałowych pustkowi oceanu. Bywały też jednak i takie okropne dni, kiedy wydawało się, że nigdy więcej żaden poryw powietrza nie napełni żagli i na wieki zostaną uwięzieni tutaj, aż zamienią się w wyschnięte szkielety.
— Stoi nieruchomo jak namalowany — powiedział Lawler. — Malowany statek na malowanym morzu.
— Co to? — zapytał ojciec Quillan.
— Poemat. Z Ziemi, stary wiersz. Jeden z moich ulubionych.
— Cytowałeś z niego już wcześniej, prawda? Pamiętam jego rytm. Coś o wodzie, wodzie dookoła.
— I ani kropli do picia — powiedział Lawler.
Woda pitna prawie się już skończyła. Na dnie większości beczek nie było nic prócz kleistych cieni. Lis odmierzała racje w kroplach.
Lawler miał prawo do dodatkowej racji dla celów medycznych. Zastanawiał się, jak poradzić sobie z problemem przyjmowania swoich dziennych porcji nalewki z uśmierzychy. Substancja ta powinna być rozpuszczana w dużej ilości wody, bo inaczej stawała się niebezpieczna; nie mógł jednak pozwolić sobie na luksus zużywania tak dużych ilości wody dla osobistych słabości. W takim razie co robić? Wymieszać ją z wodą morską? Przez jakiś czas mógłby sobie radzić w ten sposób; jednak gdyby trwało to zbyt długo, nerki ucierpiałyby w wyniku kumulacji soli. Zawsze mógł mieć nadzieję, że w najbliższym czasie spadnie deszcz i będzie mógł przepłukać nerki świeżą wodą.
Читать дальше