Tak więc było ich czworo, w najlepszym wypadku sześcioro przeciwko pozostałym. Nawet nie połowa załogi. Za mało, pomyślał Lawler.
Zaczynał podejrzewać, że Delagarda nie uda się poskromić. Delagard stanowił zbyt wielką siłę, aby dało się go okiełznać. Był jak sama Fala: mogło nie podobać ci się to, że cię porywa, ale nic nie można było na to poradzić. Naprawdę nic.
Po katastrofie Delagard uwijał się z niewyczerpaną energią po pokładzie, przygotowując okręt do dalszej podróży. Naprawiono maszty, postawiono żagle. Jeśli wcześniej Delagard był energicznym, zdecydowanym człowiekiem, teraz wydawał się demoniczną, nieubłaganą siłą natury. Lawler pomyślał, że porównanie z Falą jest bardzo odpowiednie. Po utracie bezcennych okrętów Delagard najwyraźniej przekroczył jakiś próg, za którym odnowił zapasy siły woli. Wściekły, nieobliczalny, tryskający energią Delagard działał teraz jakby w środku wiru siły kinetycznej, uniemożliwiającego jakiekolwiek zbliżenie się do niego. Zrób to! Zrób tamto! Zamocuj to! Przesuń tamto! Nie dawał okazji do tego, aby ktoś taki jak Lawler podszedł do niego i powiedział:
— Nie pozwolimy ci popłynąć tam, gdzie chcesz, Nid. Następnego ranka po przejściu Fali na twarzy Lis Niklaus pojawiły się nowe sińce i zadrapania.
— Nie powiedziałam mu ani słowa — skarżyła się Lawlerowi, kiedy próbował naprawić szkody. — Jak tylko dotarliśmy do naszej kajuty, wściekł się i zaczął mnie bić.
— Czy to zdarzało się już przedtem?
— Nie aż tak, nie. On teraz zachowuje się jak szaleniec. Może sądził, że mam zamiar powiedzieć coś, co mu się nie spodoba. Oblicza, Oblicza, Oblicza, tylko o tym myśli. Mówi o nich we śnie. Negocjuje układy, odstrasza konkurentów, obiecuje cuda… sama nie wiem.
Mimo iż była dużą, mocno zbudowną kobietą, nagle wydała mu się drobna i wątła, jakby Delagard wysysał z niej życie.
— Im dłużej z nim jestem, tym bardziej mnie przeraża. Myślisz, że to tylko bogaty właściciel stoczni, którego nie interesuje nic poza piciem, jedzeniem, pieprzeniem i zdobywaniem coraz większego bogactwa, Bóg wie po co. A kiedy czasem pozwoli ci zajrzeć nieco głębiej w swoją duszę, zobaczysz tam diabły!
— Diabły?
— Diabły, wizje, fantazje. Nie wiem. On myśli, że ta wielka wyspa uczyni z niego imperatora, może nawet Boga, że wszyscy będą go słuchać, nie tylko tacy jak my, ale i inni mieszkańcy wysp, nawet Skrzelowcy. I mieszkańcy innych światów. Czy wiesz, że chce zbudować kosmoport?
— Tak — powiedział Lawler. — Mówił mi o tym.
— On to zrobi. Zawsze ma to, czego chce. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie przestaje. Nawet we śnie myśli. Naprawdę. — Lis ostrożnie dotknęła czerwieniejącego miejsca pomiędzy kością policzkową a lewym okiem.
— Czy sądzisz, że uda ci się go powstrzymać?
— Nie jestem pewien.
— Uważaj. Zabije cię, jeśli wejdziesz mu w drogę. Nawet ciebie, doktorze. Zabije cię tak, jakby zabijał rybę.
Morze Puste zdawało się odpowiednią nazwą dla tego morza, czystego i bezbarwnego, bez wysp, raf koralowych i sztormów, a nawet chmur. Gorące słońce rzucało długie, pomarańczowe błyski na apatyczne, szkliste, błękitnoszare fale. Horyzont wydawał się oddalony o milion kilometrów. Wiatr był słaby i nierówny. Przypływy pojawiały się rzadko i były bardzo niewielkie, nie większe niż zmarszczki na płaskiej tafli morza. Okręt łatwo je przeskakiwał.
Nie było tu również zbyt bogatego życia morskiego. Kinverson na próżno zarzucał liny; sieci Gharkida rzadko wyławiały jakieś użyteczne wodorosty. Czasami przepływała obok migocząca ławica ryb lub w oddali dokazywały jakieś większe stworzenia, ale rzadko podpływały na tyle blisko, aby dać się schwycić. Zapasy suszonej ryby i glonów szybko się wyczerpywały. Delagard zarządził zmniejszenie dziennych racji. Wyglądało na to, że dalej będą podróżować głodni i spragnieni. W czasie gwałtownej ulewy, która poprzedziła nadejście Fali, nie było czasu wystawić zbiorników na wodę. Teraz, pod tym spokojnym, bezchmurnym niebem poziom wody w beczkach malał z każdym dniem.
Lawler poprosił Onyosa Felka, aby pokazał mu na mapie ich położenie. Kartograf, jak zwykle, nie był pewny swojej nawigacji, ale pokazał na mapie punkt na Morzu Pustym, prawie w połowie drogi między równikiem a przypuszczalnym położeniem Obliczy Wód.
— Czy to możliwe? — zapytał Lawler. — Czy naprawdę możemy być tak daleko?
— Fala posuwała się z niewiarygodną prędkością. Niosła nas przez cały dzień. To cud, że okręt nie rozleciał się.
Lawler spoglądał na mapę.
— Jesteśmy za daleko, żeby zawrócić, nie sądzisz?
— A kto mówi o powrocie? Ty? Ja? Na pewno nie Delagard.
— A gdybyśmy chcieli? — powiedział Lawler. — Mówię, gdyby.
— Lepiej zrobimy, płynąc naprzód — rzekł ponuro Felk. — Nie mamy wyboru. Za nami jest ogromna, pusta przestrzeń. Jeżeli zawrócimy w stronę znanych nam wód, prawdopodobnie umrzemy z głodu, zanim gdziekolwiek dopłyniemy. Odnalezienie Obliczy to chyba nasza jedyna szansa. Może znajdziemy tam żywność i świeżą wodę.
— Tak sądzisz?
— A skąd mogę wiedzieć? — odparł Felk.
* * *
Leo Martello zagadnął go:
— Masz wolną chwilę, doktorze? Chciałbym ci coś pokazać.
Lawler był w kajucie i sortował papiery. Miał trzy skrzynie danych medycznych o sześćdziesięciu czterech byłych Mieszkańcach Sorve, którzy prawdopodobnie zaginęli na morzu. Lawler zawzięcie walczył z Delagardem o prawo zabrania ich ze sobą, gdy flota opuszczała Sorve i ten jeden raz zwyciężył. Co teraz? Zatrzymać je? Po co? Na wypadek gdyby pięć zaginionych okrętów powróciło wraz z kompletnymi załogami? Albo zachować je dla jakiegoś przyszłego historyka wyspy?
Takim historykiem równie dobrze mógł zostać Martello. Może on zdołałby ująć te bezużyteczne dokumenty w kolejne pieśni swojego poematu.
— O co chodzi, Leo?
— Pisałem o Fali — powiedział Martello. — O tym, co nam się przydarzyło i gdzie teraz jesteśmy, dokąd płyniemy i tak dalej. Myślałem, że może chciałbyś przeczytać, co do tej pory napisałem.
Uśmiechnął się ochoczo. Jego lśniące brązowe oczy jaśniały podnieceniem. Lawler zrozumiał, że Martello musi być ogromnie dumny z siebie i oczekuje aplauzu. Zazdrościł mu jego żywiołowości, otwartej natury, bezgranicznego entuzjazmu. W tej desperackiej, skazanej na klęskę wyprawie Martello potrafił doszukać się poezji. Zdumiewające.
— Czy troszeczkę nie przyspieszasz biegu wydarzeń? — zapytał Lawler. — Ostatnio byłeś dopiero przy emigracji z Ziemi na pierwsze skolonizowane światy.
— To prawda. Jednak uważam, że w końcu dotrę do tej części poematu, która mówi o naszym życiu na Hydros, a której ogromnym fragmentem będzie ta podróż. Tak więc pomyślałem, dlaczego nie opisać jej teraz, gdy mam ją na świeżo w pamięci, zamiast czekać pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, aż będę stary.
Rzeczywiście, dlaczego nie, pomyślał Lawler.
Od kilku tygodni Martello zapuszczał włosy na golonej dotąd głowie: odrastały gęste, bujne i brązowe. Dzięki temu wyglądał dziesięć lat młodziej. Jeśli ktokolwiek na tym okręcie miał przeżyć jeszcze pięćdziesiąt lat, to prawdopodobnie był to Martello. Nawet siedemdziesiąt. Dużo czasu na pisanie poezji. Jednak owszem, lepiej już teraz przelać wrażenia na papier.
Lawler wyciągnął dłoń.
— Dobrze, spójrzmy na to — powiedział.
Przeczytał kilka linijek udając, że przegląda resztę. Podobnie jak poprzedni fragment, który pokazał mu Martello, był to długi, zarejestrowany strumień świadomości, równie dziwaczny i ckliwy, ten jednak miał przynajmniej walor osobistego przeżycia.
Читать дальше