— A ojciec Quillan? Co on ma do tego?
— On dopinguje Delagarda. Zdecydował, nie pytaj mnie dlaczego, że Oblicza to rodzaj raju i że Bóg — jego Bóg, Ten, którego przez całe życie stara się znaleźć — pomie-szkuje tam sobie, kiedy przypadkiem znajdzie się w tej okolicy. Tak więc ojczulek zapalił się, że Delagard zabierze go tam i wreszcie będzie mógł powiedzieć Jemu „cześć”.
Sundira patrzyła na niego skonsternowanym spojrzeniem kobiety, która właśnie odkryła, że niewielki wąż pełznie w górę po wewnętrznej stronie jej uda.
— Sądzisz, że obaj są szaleni?
— Każdy, kto mówi o takich rzeczach jak „przejęcie kontroli” czy „zdobycie władzy”, wydaje mi się szalony — powiedział Lawler. — Podobnie jak każdy, kto pragnie „szukać Boga”. W moim przekonaniu to bezsensowne pomysły. A według mnie, każdy, kto wyznaje bezsensowne idee, jest szaleńcem. A tak się składa, że jeden z nich dowodzi tą flotyllą.
Kiedy Lawler wrócił na pokład, niebo już pociemniało, a południowa wachta uwijała się przy takielunku, zręcznie skracając żagiel pod kierunkiem Onyosa Felka. Ostry, północny wiatr już wiał z dużą siłą, a w każdej chwili mógł przerodzić się w wyjący wicher. Nachodził silny sztorm, zbliżający się od północy postrzępioną, czarną masą turbulencji. Lawler widział ją maszerującą w oddali, ciskającą w dół potoki deszczu i pokrywającą powierzchnię morza ogromnymi grzebieniami białej piany. Błyskawica przecięła niebo — rzadki widok na Hydros — przerażający, zygzakowaty, żółty błysk. Niemal natychmiast nastąpił po niej głęboki, przeciągły łoskot gromu.
— Wiadra! Beczki! Idzie woda! — krzyczał Delagard.
— Taak, dość wody, aby posłać nas na dno — mruknął Dag Tharp, przebiegając truchtem obok Lawlera.
— Dag! Poczekaj! Radiooperator odwrócił się.
— O co chodzi, doktorze?
— Kiedy skończy się burza, obaj musimy porozmawiać z pozostałymi. Pytałem Delagarda. Zabiera nas do Obliczy Wód, Dag.
— Chyba żartujesz.
— Chciałbym. — Lawler spojrzał w górę na gwałtownie zmieniające się niebo. Przybrało dziwnie metaliczny odcień, złowieszczo ponury, szarawy, a na obrzeżach wielkiej czarnej chmury burzowej, która teraz wisiała nieco na południe od okrętów, migotały syczące języki błyskawic. Ocean zaczynał wyglądać równie okropnie jak w czasie tamtego trzydniowego sztormu. — Posłuchaj, teraz nie mamy czasu o tym gadać. Jednak on ma mnóstwo zwariowanych argumentów na poparcie tego, co robi. Musimy go powstrzymać.
— A jak to zrobimy? — zapytał Tharp. Na sterburcie gwałtownie uniosła się olbrzymia fala.
— Porozmawiamy z kapitanami. Zwołamy zgromadzenie wszystkich okrętów. Powiemy wszystkim, co się dzieje. W razie potrzeby poddamy to pod głosowanie i w jakiś sposób odsuniemy Delagarda. — Lawler wyraźnie widział cały plan oczyma duszy: spotkanie wszystkich ludzi z Sorve, odkrycie zatajanej prawdy o ich podróży, ujawnienie chorych ambicji właściciela okrętu, szczery apel do zdrowego rozsądku społeczności. Jego reputacja jako uosobienie logiki i zdrowego rozsądku przeciw wspaniałej wizji Delagarda i jego trudnego, upartego charakteru. — Nie możemy tak po prostu pozwolić mu, żeby ciągnął nas, gdzie mu się żywnie podoba. Trzeba go powstrzymać.
— Kapitanowie są wobec niego lojalni.
— A czy pozostaną lojalni, kiedy dowiedzą się, dokąd naprawdę zmierzamy?
Następna fala uderzyła w okręt, mocnym, zamaszystym ciosem, który zmusił go do przechyłu na lewą burtę. Rwący wodospad fal przewalił się z hukiem przez nadburcie. W chwilę później oślepił ich błysk błyskawicy i niemal natychmiast usłyszeli rozdzierający uszy huk pioruna, a potem deszcz runął na nich litą ścianą wody.
— Porozmawiamy później! — krzyknął Lawler do Tharpa. — Później. Kiedy minie sztorm!
Radiooperator pobiegł w stronę dziobu. Lawler przywarł do nadburcia, zalewany wodą, krztusząc się, kiedy waliła na niego z kilku stron naraz: zarówno z wściekle falującego, spienionego morza, jak i z czarnego jak sadza nieba. Usta i nozdrza miał wypełnione mieszanką słodkiej i słonej wody. Na pół utopiony, odwracając głowę, chwytał oddech, krztusił się, charczał i kaszlał, aż znów odzyskał oddech. Okręt pogrążył się w całkowitych ciemnościach. Nie było widać morza, tylko błyskawice ukazywały wszędzie wokół rozległe, ziejące, czarne jamy, podobne do tajemnych izb, otwierających się, aby ich pochłonąć. Na pokładzie wciąż majaczyły ciemne postacie biegające tam i z powrotem jak oszalałe, podczas gdy Delagard i Felk wykrzykiwali rozkazy. Już zrzucono żagle. „Królowa Hydros”, gwałtownie kołysząc się i przysiadając pod impetem burzy, pokazała wichrowi swe nagie maszty. To wznosiła się wysoko na fali, to zapadała w rozwierające się przepaści, z potwornym hukiem uderzając w ich pieniste dno. W oddali Lawler słyszał krzyki przerażenia. Miał wrażenie, że te ogromne ilości wody nieubłaganie walą na nich ze wszystkich stron.
A potem, pośród potwornego zgiełku burzy, z przerażającą furią walącej w nich jak w bęben, w przeraźliwym wyciu wichru, łoskocie grzmotów i werblach deszczu pojawił się inny dźwięk, bardziej przerażający niż wszystko, co go poprzedzało: cisza, całkowity brak hałasu, opadająca jak magiczna kurtyna na tumult. Wszyscy na okręcie usłyszeli ją w tej samej chwili i zatrzymali się, spoglądając po sobie ze zdumieniem, oszołomieniem i zgrozą.
Ta dziwna cisza trwała może przez dziesięć sekund: lecz ten czas wydawał się wiecznością.
A potem usłyszeli jeszcze dziwniejszy dźwięk — po prostu niesamowity i budzący tak niepohamowane przerażenie, że Lawler z trudem powstrzymywał chęć padnięcia na kolana. To był niski, huczący dźwięk, którego intensywność wzrastała z sekundy na sekundę, tak że po kilku chwilach wypełniał powietrze jak krzyk z krtani większej niż galaktyka. Ogłuszył Lawlera. Ktoś podbiegł do niego — później zdał sobie sprawę, że to była Pilya Braun — i szarpnął go gwałtownie za ramię. Wskazując na nawietrzną zawołała coś do niego. Lawler gapił się na nią, nie rozumiejąc ani słowa; powtórzyła, i tym razem jej głos, nieskończenie cichy w monstrualnym ryku rozdzierającym niebo, dotarł do niego dość wyraźnie.
— Co robisz na pokładzie? — zapytała. — Zejdź na dół! Zejdź na dół! Czy nie widzisz, to Fala!
Lawler spojrzał w mrok i zobaczył długi, wysoki i połyskujący złotym, wewnętrznym ogniem kształt, leżący w oddali na piersi oceanu: jaskrawą linię rozciągającą się na horyzoncie, coś wyższego od najwyższych ścian, z czego rozchodziły się strumienie blasku. Patrzył na to z zachwytem. Dwie postacie przebiegły obok, wykrzykując ostrzeżenia, a Lawler skinął im głową: tak, tak, widzę, rozumiem. Wciąż nie był w stanie oderwać oczu od tej odległej, prącej naprzód rzeczy. Dlaczego lśniła w ten sposób? Jaką miała wysokość? Skąd nadeszła? Było w niej piękno: śnieżnobiałe języki piany wzdłuż grzbietu, krystaliczny blask jej serca, czystość niepowstrzymanego, postępującego ruchu. Nadchodząc, pochłaniała sztorm, narzucając swój tytaniczny porządek chaosowi burzy. Lawler obserwował ją prawie do ostatniej chwili. Potem popędził do przedniego luku. Zatrzymał się na moment, aby spojrzeć w tył, i zobaczył Falę górującą nad okrętem niczym jakiś bóg dosiadający morza. Zanurkował w otwór i zamknął go za sobą. Kinverson podniósł się obok niego, aby zasunąć rygle. Bez słowa Lawler zjechał po drabince pod pokład okrętu i skulił się obok towarzyszy, czekając na uderzenie.
Читать дальше