CZĘŚĆ TRZECIA
OBLICZA WÓD
Okręt szybko sunął w górę, zdając się lecieć swobodnie w powietrzu. Pod stopami Lawler czuł wydłużone kołysanie oceanicznego świata; potężne, huśtające, planetarne przepływy, gdy kolosalna ściana wody, na której grzbiecie się znajdowali, niosła ich naprzód. Byli jedynie słomką unoszoną przez fale. Byli pojedynczym atomem rzuconym w próżnię. Byli zupełnie niczym, a wszystkim był ogrom rozszalałego oceanu.
Na śródokręciu znalazł miejsce, gdzie mógł wpełznąć i znaleźć oparcie, wciskając się między jedną z przegród a grubą warstwę koców. Nie miał jednak wielkiej nadziei na przetrwanie. Ta ściana wody była zbyt wielka, morze zbyt wzburzone, a okręt zbyt kruchy.
Po dźwiękach i ruchach okrętu Lawler starał się domyślić, co dzieje się na górze.
„Królowa Hydros” mknęła po powierzchni morza, pochwycona przez Falę i bezwolnie unoszona przez nią na jej niższym garbie. Nawet gdyby Delagard zdołał włączyć swój magnetron na czas, w niewielkim lub żadnym stopniu nie ochroniłoby to okrętu przed uderzeniem nadchodzącej fali i porwaniem przez nią. Jakakolwiek była prędkość Fali, z taką prędkością poruszał się teraz okręt, gdyż wielka masa wody pchała go przed sobą. Lawler nigdy nie widział tak ogromnej Fali. Zapewne w całej krótkiej, stupięćdziesięcioletniej historii ludzkości na Hydros nikt nie widział czegoś takiego. Prawdopodobnie skutkiem jakiegoś wyjątkowego ustawienia Trzech Księżycy i siostrzanego świata, jakiegoś diabolicznego połączenia się sił grawitacyjnych powstało to niewyobrażalne wybrzuszenie wody, które przetoczyło się po brzuchu planety.
Okręt wciąż był na wodzie. Lawler nie miał pojęcia jakim cudem. Jednak był pewien, że wciąż unoszą się jak podskakujący korek na powierzchni wody, ponieważ czuł równomierne przyśpieszenie, z jakim Fala posuwała się naprzód. Jej nieugięta siła wtłaczała go w przegrodę i przyciskała do niej, tak że nie mógł się ruszyć. Gdyby się już przewrócili, rozumował, Fala minęłaby ich do tego czasu, pozostawiając ich, by cicho tonęli na zawietrznej. Jednak nie. Płynęli. Znajdowali się na Fali, opadając raz po raz to w górę, to w dół, w górę, w dół, a wszystkie nie przytwierdzone przedmioty skakały i tłukły się dokoła. Słyszał klekoczące dźwięki, jakby okrętem potrząsała ręka giganta, co było prawdą. Znowu, znowu i znowu. Zaczął walczyć o oddech, zachłystując się, jakby to on sam, a nie pokład był wciąż zanurzany i wypychany do góry. Dół, góra, dół, góra. Serce waliło mu w piersiach. Miał zawroty głowy, rodzaj pijackiej lekkości, odbierającej mu wszelkie poczucie lęku. Zbyt gwałtownie rzucano nim, aby czuł strach: nie było nań miejsca w jego umyśle.
Kiedy wreszcie zatoniemy? Teraz? Teraz? Teraz?
Czyżby Fala miała ich nigdy nie uwolnić i bez końca unosić wokół świata, wiecznie obracając jak koło swoją straszliwą mocą?
Aż nadszedł czas, kiedy wszystko znów się uspokoiło. Jesteśmy wolni, pomyślał, dryfujemy. Jednak nie. Złudzenie. Po chwili wirowanie zaczęło się na nowo, jeszcze intensywniejsze niż przedtem. Lawler czuł, jak krew odpływa mu z głowy do stóp, ze stóp do głowy, z głowy do stóp, ze stóp do głowy. Bolały go płuca. Nozdrza płonęły przy każdym wdechu.
Słychać było głuche uderzenia i trzaski, które wydawały się dobiegać z wnętrza okrętu, spowodowane fruwającymi wszędzie meblami, oraz głośniejsze uderzenia i trzaski, które zdawały się pochodzić z zewnątrz. Słyszał odległe okrzyki, czasami jęki. A także ryk wiatru, a przynajmniej złudzenie ryku wiatru. Zagłuszał go potężniejszy huk samej Fali. Ponadto rozróżniał wysoki, bulgoczący syk przechodzący w chrapliwy warkot, którego źródła Lawler nie umiał zidentyfikować; może wywoływała go jakaś gniewna konfrontacja wody z niebem. A może Fala miała warstwy o różnej gęstości i te jej składniki, utrzymywane razem przez przeważającą siłę przyspieszenia, ścierały się ze sobą.
Potem nareszcie nadeszła kolejna chwila ciszy, która zdawała się trwać bez końca. Toniemy, pomyślał Lawler. Jesteśmy pięćdziesiąt metrów pod powierzchnią i schodzimy niżej. Wkrótce potopimy się. Ciśnienie wody z zewnątrz rozsadzi banieczkę, jaką jest okręt, morze wtargnie do środka i wszystko się skończy.
Czekał na implozję i strumień wody. To będzie szybka śmierć. Potężne uderzenie ściany wody w klatkę piersiową zablokuje dopływ krwi do mózgu: w jednej chwili straci przytomność. Nigdy nie pozna zakończenia tej historii, powolnego opadania na dno, trzasku miażdżonych desek, wizyt głębinowych stworów, które będą się przyglądać, zastanawiać i w końcu pożywiać.
Jednak nic się nie stało. Dryfowali w czasie, poza czasem, w ciszy, w spokoju. Przyszło mu do głowy, że może już nie żyją, że może to jest przyszłe życie, w które nigdy nie mógł uwierzyć, i roześmiał się, spoglądając dokoła, mając nadzieję dojrzeć ojca Quillana, by móc go zapytać:
— Czy właśnie tego oczekiwałeś? Bezkresnego dryfowania w próżni? Leżysz sobie w miejscu, gdzie umarłeś, wciąż przytomny, a wokół ciebie ogromna cisza?
Uśmiechnął się ze swojej głupoty. Przyszłe życie nie byłoby jedynie kontynuacją obecnego. To było nadal stare życie. Oto jego znajome stopy; oto ręce, ze znikającymi bliznami na dłoniach; a to szmer jego oddechu. Nadal był żywy. Okręt musiał wciąż być na powierzchni. Fala chyba wreszcie odeszła.
— Val? — usłyszał głos. — Val, nic ci się nie stało?
— Sundira?
Czołgała się do niego wąskim korytarzykiem, zagraconym teraz rozmaitymi przedmiotami, które wyrwały się z mocowań. Twarz miała bardzo bladą. Wyglądała na zamroczoną. W jej oczach zastygł lęk. Lawler podniósł się i uwolnił spod płyty, która spadła nie wiadomo skąd i wylądowała na jego piersiach, a on nawet tego nie zauważył. Zaczął gramolić się z przytulnego schronienia. Spotkali się w połowie drogi.
— Jezu — powiedziała cicho. — Och, Jezu Chryste! Zaczęła płakać. Lawler wyciągał do niej ręce i nagle zdał sobie sprawę, że sam również płacze. Obejmowali się i płakali razem w tej dziwnej, przypominającej sen ciszy.
Otwarto jeden luk, przez który wpadał teraz słup światła. Trzymając się za ręce, wyszli razem na powietrze.
Okręt utrzymywał się na wodzie normalnie, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Pokład był mokry i lśniący jak nigdy przedtem. Wyglądał, jakby armia, złożona z miliona robotników, szorowała go przez milion lat. Sterówka, podstawa kompasu, nadbudówka i mostek były na swoim miejscu. Maszty, co było zdumiewające, również pozostały na miejscu, chociaż fokmaszt utracił jedną reję.
Kinverson był już na pokładzie, przy pomoście dźwigowym, a Delagard stał na dziobie, skurczony i nieruchomy, zupełnie zaszokowany. Wydawało się, że wrósł w pokład, jakby stał w tym samym miejscu przez cały czas, gdy okręt miotał się w uścisku Fali. Za nim, przy prawej burcie, stał Onyos Felk, równie oszołomiony i nieruchomy.
Jeden po drugim wychodzili z ukrycia pozostali: Neyana Golghoz, Dann Henders, Leo Martello, Pilya Braun. Potem Gharkid, utykając nieco wskutek jakiegoś nieszczęśliwego zderzenia pod pokładem, oraz Lis Niklaus i Ojciec Quillan. Poruszali się ostrożnie, ciągnąc nogi jak lunatycy, upewniając się, że okręt nie został uszkodzony; dotykając rei, gniazd masztów, dachu nadbudówki. Brakowało tylko Daga Tharpa. Lawler domyślił się, że musiał pozostać na dole, aby nawiązać łączność z pozostałymi okrętami.
Читать дальше