Pozostałe okręty? Nie było ich w polu widzenia.
— Spójrz jak spokojnie — powiedziała cicho Sundira.
— Spokojnie, tak. l pusto.
Tak musiał wyglądać świat pierwszego dnia stworzenia. Wszędzie wokół rozciągało się idealnie gładkie morze, szarobłękitne i spokojne, bez wybrzuszeń, bez fal, bez białej grzywy czy choćby najmniejszej zmarszczki: jednostajna, horyzontalna nicość. Przejście Fali pozbawiło je wszelkiej energii.
Niebo także było gładkie, szare i puste. Daleko na zachodzie widniała pojedyncza, nisko zawieszona chmura, za którą zachodziło słońce. Strumienie bladego światła sączyły się zza horyzontu. Nie było śladu burzy, która poprzedzała Falę. Zniknęła jak sama Fala.
A pozostałe okręty?
Lawler przeszedł wolno od jednej burty okrętu do drugiej i z powrotem. Jego oczy ogarniały wodę, szukając śladów nieszczęścia: pływających desek, dryfujących fragmentów ożaglowania, rozproszonych części odzieży albo rozbitków. Nie dostrzegł niczego. Już wcześniej w trakcie tej podróży, po tym poprzednim sztormie, trzydniowej wichurze, spoglądał na morze, na którym nie było widać innych okrętów. Wtedy flotylla została jedynie rozproszona przez wiatr i odnalazła się po kilku godzinach. Lawler obawiał się, że tym razem może być inaczej.
— Idzie Dag — zamruczała Sundira. — Mój Boże, spójrz na jego minę!
Tharp wychodził z luku na rufie; blady, o pustych oczach i obwisłej szczęce, miał zgarbione ramiona i luźno opuszczone ręce. Wyrwany z transu Delagard odwrócił się i warknął:
— No i co? Jakie wieści?
— Nic. Żadnych wieści. — Głos Tharpa był głuchym szeptem.
— Żadnego sygnału. Próbowałem wiele razy. Zgłoś się, „Bogini”; zgłoś się, „Gwiazdo”. „Księżyce”, zgłoście się; zgłoś się, „Krzyżu”. Tu „Królowa”. Zgłoś się, zgłoś się, zgłoś się! — powtarzał, bliski szaleństwa. — Żadnego sygnału.
Nalana twarz Delagarda przybrała barwę ołowiu. Skóra na policzkach obwisła.
— Od żadnego z nich?
— Od żadnego, Nid. Nie zgłaszają się. Ich tam nie ma.
— Masz zepsute radio.
— Złapałem kilka wysp. Kentrup. I Kaggeram. To była paskudna Fala, Nid. Naprawdę paskudna…
— Ale moje okręty…
— Nic.
— Moje okręty, Dag?
Oczy Delagarda miotały dzikie błyski. Skoczył naprzód, jakby zamierzał chwycić Tharpa za ramiona i wytrząsnąć z niego lepsze wiadomości. Jak spod ziemi wyrósł między nimi Kinverson i przytrzymał Delagarda, uspokajając go, podczas gdy armator trząsł się i dygotał.
— Wracaj na dół — rozkazał Delagard radiooperatorowi. — Spróbuj jeszcze raz.
— Nie ma sensu — powiedział Tharp.
— Moje okręty! Moje okręty! — Delagard okręcił się w miejscu i podbiegł do nadburcia. Przez chwilę Lawler myślał, że Delagard ma zamiar rzucić się za burtę. Jednak on po prostu chciał w coś uderzyć. Zaciśniętymi rękami walił jak maczugami o reling, raz po raz, uderzając ze zdumiewającą siłą, tak że prawie półmetrowy odcinek ustąpił, wygiął się i załamał pod ciosami. — Moje okręty! — wrzeszczał Delagard.
Lawler poczuł, że sam zaczyna drżeć. Okręty, tak. I wszyscy ci, którzy byli na ich pokładach. Odwrócił się do Sundiry i w jej oczach zobaczył współczucie. Wiedziała, jaki ból teraz odczuwał. Tylko czy naprawdę mogła to zrozumieć? Dla niej to obcy ludzie. A dla niego byli całą jego przeszłością, esencją jego życia, na dobre i na złe. Nicko Thalheim, ojciec Nicko, Sandor, Bamber Cadrell, Sweynerowie, Tanamindowie, Brondo, biedne szalone siostry, Volkin, Yanez, Stayvol — wszyscy, których znał; całe jego dzieciństwo, wiek chłopięcy i męski, strażnicy dzielonych przez całe życie wspomnień, wszystko zmiecione w jednej chwili. Jak mogła to zrozumieć? Czy była kiedykolwiek częścią ustabilizowanej społeczności? Kiedykolwiek? Bez namysłu opuściła swoją rodzinną wyspę i wędrowała z miejsca na miejsce, nigdy nie oglądając się wstecz. Nie można zrozumieć, co znaczy stracić coś, czego się nigdy nie miało.
— Val — powiedziała miękko.
— Zostaw mnie, dobrze?
— Gdybym tylko mogła jakoś pomóc…
— Ale nie możesz — powiedział Lawler.
Nadchodziła ciemność. Krzyż zaczynał wstępować na niebo, wisiał pod dziwnym kątem, nienaturalnie wykrzywiony, ukośnie od południowego zachodu na północny wschód. Nie było wiatru. „Królowa Hydros” pławiła się ospale w spokojnym morzu. Wszyscy pozostali na pokładzie. Nikt nie przejmował się ponownym stawianiem żagli, chociaż od przejścia Fali upłynęło już kilka godzin. Jednak w panującej ciszy i przygnębieniu niemal nie miało to znaczenia.
Delagard zwrócił się do Onyosa Felka. Pozbawionym życia głosem zapytał:
— Jak sądzisz, gdzie jesteśmy?
— Mam powiedzieć, co myślę, czy chcesz, żebym wyciągnął przyrządy?
— Cholera, po prostu zgaduj, Onyos.
— Na Morzu Pustym.
— Tyle to sam wiem. Podaj mi długość.
— Uważasz mnie za czarodzieja, Nid?
— Uważam cię za głupiego kutasa. Jednak możesz mi podać przynajmniej długość. Spójrz na ten pieprzony Krzyż.
— Widzę ten pieprzony Krzyż — powiedział Felk kwaśno. — Mówi mi, że jesteśmy na południe od równika i o wiele dalej na zachód, niż byliśmy, zanim dopadła nas Fala. Chcesz wiedzieć więcej, to pozwól mi zejść na dół i spróbować odnaleźć moje instrumenty.
— Dużo dalej na zachód? — zapytał Delagard.
— Dużo. Bardzo dużo. Odbyliśmy niezłą przejażdżkę.
— W takim razie idź po przyrządy.
Lawler patrzył, niewiele pojmując, jak Felk, po dłuższych poszukiwaniach pod pokładem, pojawił się, niosąc narzędzia swojego fachu — toporne, dziwacznie wymodelowane przyrządy nawigacyjne, które prawdopodobnie wywołałyby protekcjonalny chichot szesnastowiecznego marynarza z Ziemi. Pracował cicho, od czasu do czasu mrucząc do siebie, namierzając Krzyż, zastanawiając się i znowu mierząc. Po chwili spojrzał na Delagarda i powiedział:
— Jesteśmy dalej na zachód, niż myślałem.
— Jaka jest nasza pozycja?
Felk podał mu ją. Delagard wydawał się zdziwiony. Sam zszedł na dół, nie było go przez dłuższy czas, po czym wrócił ze swoją mapą. Lawler przysunął się, żeby zobaczyć, jak Delagard przesuwa palcem po liniach długości geograficznych.
— Aha. Tutaj. Tutaj.
— Czy widzisz, co on pokazuje? — zapytała Sundira.
— Jesteśmy w sercu Morza Pustego. Niemal równie blisko Obliczy Wód, jak jakichkolwiek innych, zamieszkanych wysp. To dokładnie środek niczego i jesteśmy tu zupełnie sami.
Nie było już żadnej nadziei na zwołanie konklawe okrętów, na skupienie woli całej społeczności Sorve przeciw Delagardowi. Społeczność Sorve została zredukowana do grupki trzynastu osób. Do tej pory każdy z pasażerów znał prawdziwy cel podróży. Niektórzy, tacy jak Kinverson czy Gharkid, wydawali się tym nie przejmować: dla takich ludzi jeden cel był równie dobry jak drugi. Po innych — Neyana, Pilya, Lis — nie należało oczekiwać, że sprzeciwią się Delagardowi w czymkolwiek, obojętnie jak dziwne byłoby to przedsięwzięcie. A co najmniej jeden, ojciec Quillan, był zagorzałym sojusznikiem Delagarda w jego pogoni za Obliczami.
W ten sposób pozostawali Dag Tharp, Dann Henders, Leo Martello, Sundira i Onyos Felk. Ten ostatni nienawidził Delagarda. Dobrze. Jeden po mojej stronie, powiedział sobie Lawler. Co do Tharpa i Hendersa, obaj mieli już za sobą sprzeczki z Delagardem o cel podróży; nie będą się obawiać kolejnej. Jednak Martello był człowiekiem Delagarda i Lawler nie był pewien, po której stronie opowie się w rozgrywce z Delagardem. Nawet Sundira była niewiadomą. Lawler nie miał prawa oczekiwać, że go poprze, pomimo bliskich stosunków, jakie zdawały ich łączyć. Równie dobrze mogła być ciekawa Obliczy i pragnąć je poznać. Przecież z zamiłowaniem badała życie Skrzelowców.
Читать дальше