Ponadto mógł po prostu nie brać narkotyków.
W drodze eksperymentu spróbował pewnego ranka obejść się bez uśmierzychy. Przed południem czaszka zaczęła go dziwnie swędzieć. Późnym popołudniem cała skóra zdrętwiała, jak gdyby pokrywała j ą łuska. O zmierzchu drżał cały i pocił się z pragnienia.
Siedem kropel uśmierzychy i drżenie natychmiast zmieniło się w dobrze znane i oczekiwane odrętwienie.
Jednak zapasy narkotyku zaczęły się kurczyć. Lawler uznał to za większy problem niż brak wody. Mimo wszystko zawsze pozostawała nadzieja, że jutro spadnie deszcz. Tymczasem ziele uśmierzychy nie rosło w tych wodach.
Przedtem Lawler sądził, że znajdzie je, gdy okręt dotrze do Grayvard. Jednak nigdy nie dopłyną do Grayvard. Oszacował, że zapasy wystarczą mu na kilka następnych tygodni. Może mniej. W każdym razie niedługo się skończą.
I co wtedy? Co wtedy?
Do tego czasu spróbuje mieszać krople z odrobiną morskiej wody.
Sundira opowiedziała mu więcej o swoim dzieciństwie na Thamsilaine, o burzliwym dojrzewaniu, późniejszej wędrówce z wyspy na wyspę, o swoich ambicjach i nadziejach, wysiłkach i porażkach. Godzinami przesiadywali razem w wilgotnej ciemności, wyciągając swoje długie nogi przed siebie i splatając dłonie jak młodzi kochankowie, podczas gdy okręt dryfował łagodnie po łagodnych tropikalnych wodach. Pytała również Lawlera o jego życie, więc opowiadał historyjki ze swego nieskomplikowanego dzieciństwa oraz cichego, monotonnego, starannie zaplanowanego dorosłego życia na jedynej wyspie, jaką znał.
Aż pewnego popołudnia zszedł pod pokład, aby poszperać w skrzyniach z nowymi zapasami, i usłyszał namiętne jęki i sapania, dochodzące z ciemnego kąta ładowni. To było ich miejsce; to był kobiecy głos. Neyana pracowała przy takielunku, Lis była w kuchni, Pilya miała wolne i wałęsała się po pokładzie. Pozostawała tylko Sundira. Gdzie był Kinverson? Miał pierwszą wachtę, tak samo jak Pilya, a zatem był wolny. Lawler uświadomił sobie, że to Kinverson jest za tymi skrzyniami i wydobywa te jęki i westchnienia z chętnego ciała Sundiry.
Tak więc, cokolwiek łączyło tych dwoje — a Lawler wiedział, co to było — nie skończyło się, mimo nowej zażyłości i trzymania się za ręce.
Osiem kropel uśmierzychy pomogło mu uporać się z tym — prawie.
Zmierzył to, co pozostało z zapasów. Nie było tego dużo. Całkiem niedużo.
Żywność również stawała się problemem. Od tak dawna nie złowili żadnej ryby, że kolejny atak roju śluzicy zaczynał się wydawać prawie miłą perspektywą. Żywili się malejącymi zapasami surowej ryby i sproszkowanych glonów, jakby mieli środek arktycznej zimy. Czasami udawało się im wciągnąć ładunek planktonu za pomocą ciągniętego za okrętem pasma tkaniny, lecz jedzenie planktonu przypominało zjadanie piasku — był gorzki i niesmaczny. Dawały o sobie znać choroby związane z niedostatkami pożywienia. Gdziekolwiek Lawler spojrzał, widział popękane usta, matowe włosy, plamistą skórę, wycieńczone i wymizerowane twarze.
— To szaleństwo — mamrotał Dag Tharp. — Musimy zawrócić, zanim wszyscy pomrzemy.
— Jak? — zapytał Onyos Felk. — Gdzie jest wiatr? Kiedy w ogóle wieje, wieje ze wschodu.
— To nie ma znaczenia — powiedział Tharp. — Znajdziemy sposób. Wyrzucimy za burtę tego drania, Delagarda, i zawrócimy okręt. Co na to powiesz, doktorze?
— Powiem, że potrzebujemy deszczu i dużej ławicy ryb przepływającej blisko nas.
— Już nie jesteś z nami? Myślałem, że zależało ci na powrocie tak samo jak nam.
— Onyos ma rację — powiedział ostrożnie Lawler. — Wiatr jest przeciwko nam. Z Delagardem czy bez, możemy nie pokonać drogi powrotnej na wschód.
— Co mówisz, doktorze? Że musimy żeglować dookoła świata, aż dotrzemy do Morza Ojczystego z drugiej strony?
— Nie zapominaj o Obliczach — wtrącił się Dann Henders. — Zanim zaczniemy piąć się na drugą stronę świata, dotrzemy do Obliczy.
— Oblicza — powiedział Tharp ponuro. — Oblicza! Oblicza! Oblicza! Pieprzyć Oblicza!
— Prędzej Oblicza nas wypieprzą — powiedział Henders.
W końcu bryza nadleciała i odświeżyła powietrze, wiejąc od pomocnego wschodu na południowy wschód, niosąc zadziwiająco chłodny powiew, podczas gdy morze podnosiło się i burzyło, często przelewając się przez prawą burtę. Nagle znów pojawiły się ryby, w obfitych, srebrnych masach, a Kinverson wyciągał ciężkie sieci.
— Powoli — ostrzegał Delagard, gdy siedli do stołu. — Nie napychajcie się, bo popękacie.
Lis przeszła samą siebie, przygotowując posiłki, wyczarowując tuzin różnych sosów prawie z niczego. Jednak wciąż nie było wody, więc jedzenie stawało się wyczerpującym zadaniem. Kinverson nakłaniał ich do jedzenia świeżej ryby, aby skorzystać z zawartej w niej wilgoci. Zanurzanie świeżych, krwawiących kawałków w wodzie morskiej podnosiło ich smak, chociaż zwiększało pragnienie.
— Co się z nami stanie, jeśli będziemy pić słoną wodę, doktorze? — spytała Neyana Golghoz. — Czy umrzemy? Oszalejemy?
— Już jesteśmy szaleni — powiedział cicho Dag Tharp.
— Tolerujemy pewną ilość słonej wody — powiedział Lawler, myśląc o ilości, którą sam konsumował ostatnio. Nie miał jednak zamiaru o tym wspominać. — Gdybyśmy mieli choć trochę słodkiej wody, moglibyśmy zwiększyć jej zapas, dodając do niej dziesięć do piętnastu procent morskiej wody. To by nam nie zaszkodziło, a nawet pomogłoby uzupełnić ubytki soli, którą wypacamy z siebie przez cały czas w tym upale. Jednak nie pożyjemy długo na nie rozcieńczanej wodzie morskiej. Nasze ciała są w stanie przefiltrować ją i zamienić w czystą wodę, lecz nerki nie potrafią pozbyć się nagromadzonej soli, nie odciągając w tym celu wody z innych tkanek ciała. Bardzo szybko wyschniemy. Gorączka, wymioty, delirium, śmierć.
Dann Henders zainstalował rząd małych słonecznych kotłów destylacyjnych, napełnionych częściowo wodą morską i przykrytych przezroczystym plastikiem. Każdy kocioł miał wewnątrz naczynie, umieszczone tak, aby zbierało krople świeżej wody, które skraplały się na wewnętrznej stronie plastiku. Lecz był to długotrwały proces. Uzyskanie w ten sposób słodkiej wody w ilości wystarczającej dla zaspokojenia potrzeb wydawało się niemożliwe.
— Co będzie, jeśli wkrótce nie spadnie deszcz? — pytała Pilya Braun. — Co poczniemy?
Lawler wskazał na ojca Quillana.
— Możemy spróbować modlitw — powiedział.
* * *
Późnym wieczorem następnego dnia, gdy upał trzymał ich w mocnym uścisku, a okręt prawie w idealnym bezruchu stał na wodzie, Lawler, wracając na noc do swojej kajuty, usłyszał Hendersa i Tharpa szepczących w pokoju radiowym. Chropowate brzmienie ich głosów było dziwnie irytujące. Gdy Lawler na moment przystanął w przejściu, w dół po drabinie zszedł Onyos Felk i skinął mu głową na powitanie; potem także wszedł do pokoju radiowego. Lawler, stojąc przed drzwiami swej kajuty, usłyszał, jak Felk mówi:
— Na korytarzu jest doktor. Chcecie, abym go zaprosił do środka?
Lawler nie słyszał odpowiedzi, ale musiała być pozytywna, ponieważ Felk odwrócił się, skinął do niego i rzekł:
— Może zaszedłby pan tutaj na minutkę, doktorze?
— Już późno, Onyos. O co chodzi?
— Tylko na chwilę.
Tharp i Henders siedzieli ramię przy ramieniu w maleńkim pokoju radiowym, a kapiąca świeca rzucała na nich ponury blask. Na stole stała butelka brandy z winnych wodorostów i dwie filiżanki. Tharp zazwyczaj nie pije, przypomniał sobie Lawler.
Читать дальше