Nagle zobaczył ją po lewej, idącą ku niemu promenadą przy wale morskim. Jej ciemne, wilgotne włosy były związane ciasno z tyłu. Miała na sobie błękitną szatę z wodorostów, lekko rozpiętą z przodu. Musiała okrążyć wyspę od południa i nie zauważona wyszła na brzeg przy rampie obok stoczni.
— Czy mogę się przyłączyć? — zapytała. Lawler zrobił szeroki gest ręką.
— Tu jest mnóstwo miejsca.
Podeszła do niego i stanęła w tej samej pozycji co on, oparta łokciami o balustradę i pochylona do przodu, patrząc w wodę.
Powiedziała:
— Kiedy przed chwilą przepływałam tędy, wyglądał pan bardzo poważnie. Zamyślony.
— Naprawdę?
— A czy był pan zamyślony?
— Tak sądzę.
— Myśląc o czymś wielkim, doktorze?
— Właściwie nie. Po prostu myślałem. — Nie kwapił się, aby wyjaśnić jej, o czym to myślał przed chwilą. — Próbowałem pogodzić się z koniecznością opuszczenia wyspy — powiedział, improwizując naprędce. — Z koniecznością ponownego wyjazdu na wygnanie.
— Znowu? — powiedziała. — Nie rozumiem. Co pan rozumie przez to „znowu”? Czy musiał pan już kiedyś opuszczać jakąś wyspę? Sądziłam, że zawsze mieszkał pan na Sorve.
— To prawda, lecz jest to drugie wygnanie dla nas wszystkich, nieprawdaż? To znaczy, najpierw nasi przodkowie zostali wygnani z Ziemi. A teraz my musimy odejść z naszej wyspy.
Odwróciła się do niego, była zaskoczona. Nikt, kto się urodził na Ziemi, nigdy nie osiedlił się na Hydros. Ziemia została zniszczona setki lat wcześniej, nim przybyli tutaj pierwsi ludzie.
— To nie ma znaczenia. Wszyscy pochodzimy z Ziemi, jeśli cofnąć się do początków. I utraciliśmy ją. To też rodzaj wygnania. Myślę o wszystkich, o każdej istocie ludzkiej na wszystkich planetach kosmosu. — Nagle słowa posypały się jak lawina. — Widzisz, mieliśmy kiedyś świat, mieliśmy jedną planetę przodków, a teraz jej nie ma — zniszczona, zrujnowana. Skończona. Nic, tylko wspomnienie, i to bardzo mgliste wspomnienie, nic nie zostało prócz garstki drobnych fragmentów, takich jak te, które widziała pani w mojej chacie. Mój ojciec często opowiadał, że była jednym, przepięknym miejscem pełnym cudów. Najpiękniejszą planetą, jaka kiedykolwiek istniała. Świat-ogród jak mówił. Raj. Może i tak było. Są tacy, którzy mówią, że Ziemia wcale taka nie była, że było to upiorne miejsce, że ludzie nie mogli tam wytrzymać i dlatego stamtąd uciekali, tak było okropne. Nie wiem. To wszystko jest teraz legendą. Tak czy inaczej, to był nasz dom, z którego wyszliśmy, a drzwi za nami zamknięto na dobre.
— Ja nigdy nie myślę o Ziemi — powiedziała Sundira.
— A ja tak. Wszystkie inne stworzenia galaktyki mają swoje ojczyste światy, tylko my nie. Musimy żyć rozrzuceni po setkach planet, pięciuset mieszka tu, a tysiąc tam, osiedlając się w dziwnych miejscach. Jesteśmy tolerowani, lepiej lub gorzej, przez różne obce stworzenia na planetach, na których uda się nam zaczepić. Oto, co rozumiem przez wygnanie.
— Nawet gdyby Ziemia wciąż istniała, nie bylibyśmy w stanie na nią wrócić. Nie z Hydros. To Hydros jest naszym domem, nie Ziemia. A nikt nie wygania nas z Hydros.
— Tak, lecz wypędzają nas z Sorve. Przynajmniej temu nie może pani zaprzeczyć.
Wyraz jej twarzy, dotychczas kpiący i trochę niecierpliwy, teraz złagodniał.
— Pan to odczuwa jako wygnanie, ponieważ nigdy nie mieszkał pan gdzieś indziej. Dla mnie wyspa to tylko wyspa. Tak naprawdę wszystkie są do siebie podobne. Mieszkam na jednej przez chwilę, potem zaczynam odczuwać potrzebę zmiany i płynę dalej.
Przez moment poczuł rękę Sundiry na swojej.
— Wiem, dla pana to musi być coś innego. Przykro mi. Lawler odkrył, że rozpaczliwie pragnie zmienić temat.
Ten był całkowicie niewłaściwy. Zaczynał budzić w niej litość, a to znaczyło, że reagowała na coś, co odbierała jako jego użalanie się nad sobą. Rozmowa, która wystartowała z nieprawidłowej nogi, nadal podążała złym kursem. Zamiast opowiadać o wygnaniu i o wzruszającym losie biednych, bezdomnych istot ludzkich, rozsypanych jak ziarnka piasku po całej galaktyce, powinien był powiedzieć jej, jak szałowo wyglądała w wodzie, gdy dała tego ukazującego pupę nura, i zapytać, czy nie chciałaby już teraz pójść do jego chaty na małą obłapkę przed obiadem. Na to było już jednak za późno. A może nie? Po chwili spytał:
— Jak tam kaszel?
— Świetnie. Jednak chciałabym dostać jeszcze trochę tego lekarstwa. Zostało zaledwie na parę dni.
— Kiedy się skończy, proszę przyjść do mojej waragi po kolejną porcję.
— Przyjdę — powiedziała. — Chciałabym też popatrzeć na te przedmioty, które pan ma z Ziemi.
— Oczywiście, jeśli pani chce. Jeśli panią interesują, opowiem pani, co o nich wiem. Jednak większość ludzi szybko traci zainteresowanie, kiedy zaczynam opowiadać.
— Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jest pan zafascynowany Ziemią. Nie spotkałam dotąd nikogo, kto myślałby o niej tak dużo. Dla większości z nas Ziemia jest po prostu miejscem, gdzie dawno temu mieszkali nasi przodkowie. Jednak w rzeczywistości ten fakt leży poza granicami naszego rozumienia. Poza naszym zasięgiem. Myślimy jedynie o tym, jak mogli wyglądać nasi ojcowie.
— Ze mną jest inaczej — powiedział Lawler. — Nie wiem dlaczego. Myślę o wielu rzeczach znajdujących się poza moim zasięgiem. Na przykład o tym, jak to jest żyć na lądzie. W miejscu, gdzie pod stopami jest czarna ziemia i wyrastające z niej rośliny, ot tak, po prostu, na otwartym powietrzu — rośliny dwadzieścia razy wyższe od człowieka.
— Chodzi panu o drzewa? — Tak, drzewa.
— Wiem o drzewach. Są takie fantastyczne. Mają pnie tak grube, że nie można ich objąć ramionami. Całe pokryte są grubą, brązową, szorstką skórą. Niewiarygodne.
— Mówi pani tak, jak gdyby je pani widziała — powiedział Lawler.
— Ja? Nie, jak mogłabym? Urodziłam się na Hydros, jak pan. Znałam jednak ludzi, którzy żyli na światach lądowych. Kiedy byłam na Simbalimak, spędzałam dużo czasu z mężczyzną z Sunrise i on opowiadał mi o lasach i ptakach, o górach i wszystkich innych rzeczach, których nie mamy tutaj. O drzewach. Owadach. Pustyniach. To było zadziwiające.
— Tak to sobie wyobrażam — powiedział Lawler. Ta rozmowa nie uszczęśliwiała go bardziej niż poprzednia. Nie chciał słyszeć o lasach, ptakach czy górach, ani o mężczyźnie z Sunrise, z którym spędzała dużo czasu na Simbalimak.
Przyglądała mu się dziwnie. Zapadła gęsta cisza. Cisza z podtekstem, chociaż za nic nie rozumiał znaczenia tego podtekstu.
Potem powiedziała innym, szorstkim tonem:
— Pan nigdy nie był żonaty, prawda, doktorze? — Pytanie było równie nieoczekiwane jak Skrzelowiec skaczący przez konia.
— Raz. Niezbyt długo. To było dość dawno temu, fatalna pomyłka. A pani?
— Nigdy. Chyba nie wiem, jak to się robi. Związać się na zawsze z jedną osobą — to wydaje się dziwne.
— Mówią, że to możliwe — zauważył Lawler. — Nawet na własne oczy widziałem, jak to się robi. Jednak, oczywiście, sam w tym względzie mam niewielkie doświadczenie. Kiwnęła głową. Wydawała się z czymś zmagać. On również, i dobrze wiedział, co to takiego: niechęć do przekroczenia narzuconych sobie ograniczeń, po odejściu Mireyl, niechęć do narażania się na ryzyko nowego bólu. Z czasem przywykł do swego skromnego, zdyscyplinowanego życia. Więcej niż przywykł; wydawało mu się tym, czego pragnął, zaspokojeniem jego najskrytszych potrzeb. Niczego nie ryzykujesz, nic nie tracisz. Czyżby czekała, aż wykona pierwszy ruch? Tak to wyglądało. No tak, tak to wyglądało. Tylko czy on to potrafi? Czy mógłby to zrobić? Jak w pułapce otoczył się murem obojętności i wydawało się, że nie ma sposobu, aby zdołał się z niej wydostać.
Читать дальше