Łagodna letnia bryza, nadciągająca z południa, przyniosła zapach jej wilgotnych od morskiej wody włosów i zatrzepotała jej szatą, przypominając Lawlerowi, że dziewczyna pod nią jest naga. Pomarańczowe światło zachodzącego słońca, odbijające się od jej nagiej skóry, zmieniło porastające ją blade, delikatne, prawie niewidoczne włoski w złoto, tak że jej piersi lśniły w wycięciu sukni. Jej ciało było wciąż wilgotne po pływaniu. Małe, kremowe sutki stwardniały od łagodnego wieczornego chłodu. Wydawała się miękka, zgrabna, powabna.
Pragnął jej, nie było co do tego wątpliwości. No dobrze. Zaczynaj, w takim razie. Nie masz już piętnastu lat. Trzeba powiedzieć jej: „Zamiast czekać do rana, chodźmy teraz do mojej chaty, to dam pani lekarstwo. A potem zjemy razem obiad i wypijemy drinka albo dwa. Wie pani. Chciałbym poznać panią lepiej”, i tak dalej. Lawler niemal słyszał te słowa w powietrzu, jakby już je wypowiedział.
Lecz właśnie wtedy nadszedł ścieżką Gabe Kinverson, po całym dniu spędzonym na morzu. Wciąż miał na sobie strój rybacki: ciężkie, podobne do namiotu szaty, mające go chronić przed cięciami macek mięsoryby. Pod pachą niósł złożony żagiel. Zatrzymał się i stał przez chwilę jakieś tuzin kroków dalej; przysadzisty, kanciasty jak skała, emanujący dziwną, z trudem powściąganą siłą, przemocą i niebezpieczeństwem.
— Tutaj jesteś — powiedział do Sundiry. — Szukałem cię. Dobry wieczór, doktorze.
Mówił spokojnie, łagodnie, zdawkowo. Głos Kinversona nigdy nie był tak groźny jak jego wygląd. Skinął na Sundirę, a ona poszła za nim bez wahania.
— Miło się rozmawiało, doktorze — powiedziała, spoglądając przez ramię na Lawlera.
— To prawda — odpowiedział.
Kinverson chce tylko, żeby naprawiła mu żagiel, mówił sobie Lawler.
Na pewno. Na pewno.
* * *
Znowu przyśnił mu się jeden ze snów o ziemi. Miewał dwa takie sny, jeden bardzo nieprzyjemny, a drugi nie najgorszy. Co najmniej raz na miesiąc nawiedzał go jeden z nich, czasami obydwa.
Tym razem był to ten milszy, ten, w którym Lawler był na Ziemi i spacerował po stałym lądzie. Był boso, a niedawno padał deszcz i gleba była jeszcze ciepła i miękka. Kiedy poruszał palcami w jedną i w drugą stronę, gdy je wbił w podłoże, zobaczył tryskające spomiędzy nich strumyczki ziemi, tak jak piasek, kiedy spacerował po płyciznach zatoki. Gleba Ziemi była jednak ciemniejsza od piasku i dużo cięższa. Lekko uginała się pod stopami w bardzo dziwny sposób.
Szedł przez las. Wszędzie wokół rosły drzewa, podobne do zdrewniałych wodorostów, o długich pniach i gęstych koronach w górze, nad jego głową, były jednak o wiele masywniejsze niż jakiekolwiek wodorosty, które widział, a ich liście znajdowały się tak wysoko, że nie był w stanie rozróżnić ich kształtów. W koronach drzew trzepotały ptaki. Wydawały dziwnie melodyjne dźwięki, muzykę, której nie słyszał nigdy przedtem i nigdy nie pamiętał po obudzeniu. Wszelkiego rodzaju dziwne stworzenia przebiegały las, niektóre chodziły na dwóch nogach, niektóre pełzały na brzuchach, a jeszcze inne stały na sześciu lub ośmiu niewielkich szczudłach. Kłaniał się im, a one oddawały mu pozdrowienie przechodząc obok, te ziemskie stworzenia.
Dotarł do miejsca, gdzie las się kończył, i ujrzał wznoszącą się przed nim górę. Wyglądała jak ciemne szkło nakrapiane nieregularnymi plamkami lustrzanej jasności, a w ciepłym, złotym blasku słońca jarzyła się cudowną poświatą. Góra wypełniła pół nieba. Rosły na niej drzewa. Wydawały się tak maleńkie, że mógł je brać do ręki. Wiedział jednak, że wyglądały tak tylko dlatego, że góra znajdowała się daleko od niego, a w rzeczywistości drzewa te były przynajmniej tak duże jak w lesie, który niedawno opuścił, albo jeszcze większe.
Jakoś zdołał obejść podnóże góry. Po drugiej stronie znalazł zagłębienie — małą dolinkę, a za nią widział ciemne kontury miejsca, o którym wiedział, że było miastem, pełnym ludzi — tłumów większych, niż mógł sobie wyobrazić. Szedł w tamtą stronę myśląc, że pójdzie między ludzi z Ziemi i powie im, kim jest i skąd pochodzi, a także zapyta ich, jak żyją, i o to, czy znają jego prapradziadka, Harry Lawlera, a może jego ojca czy dziadka.
Jednak chociaż szedł i szedł, miasto nie przybliżało się ani trochę. Przez cały czas widniało na horyzoncie, tam, po drugiej stronie doliny. Szedł godzinami, dniami i tygodniami. Miasto wciąż pozostawało poza jego zasięgiem, wciąż cofając się przed nim, kiedy się zbliżał — a gdy wreszcie budził się, był znużony i obolały jak po wielkim wysiłku i czuł się tak, jakby wcale nie spał.
Rankiem przyszedł do chaty Lawlera Josc Yanez, młody uczeń Lawlera, na codzienną naukę. Na wyspie obowiązywały surowe przepisy czeladnicze: nie wolno pozwolić aby zanikła jakakolwiek umiejętność. Po raz pierwszy od założenia osady zdarzyło się, że uczniem doktora nie był kolejny Lawler. Ród kończył się na nim — po jego odejściu jakaś inna rodzina będzie musiała przejąć odpowiedzialność.
— Kiedy wypłyniemy — zapytał Josc — czy będziemy w stanie zabrać ze sobą wszystkie zapasy medyczne?
— Tyle, na ile pozwoli ładowność okrętów — odparł Lawler. — Sprzęt, większość leków, przepisy.
— A rejestry chorych?
— Jeśli będzie miejsce. Nie wiem.
Josc miał siedemnaście lat, był wysoki i chudy. Był chłopcem o radosnej duszy, otwartej twarzy, łatwo się uśmiechał i umiał postępować z ludźmi. Wydawał się mieć uzdolnienia w kierunku zawodu lekarza. Uwielbiał drugie godziny nauki w stopniu, w jakim sam Lawler, jako niespokojny i buntowniczy chłopiec, nigdy ich nie lubił. W drugim roku nauki Josc, jak podejrzewał Lawler, znał już połowę podstawowych zasad technicznych — resztę oraz sztukę diagnozowania pozna w swoim czasie. Pochodził z rodziny żeglarzy; jego starszy brat, Martin, był jednym z kapitanów promów Delagarda. Przejmowanie się kartami medycznymi pacjentów było typowe dla Josca. Lawler wątpił, aby je mogli zabrać ze sobą: statki Delagarda nie wyglądały na ładowne, a były przecież inne, ważniejsze rzeczy niż stare zapiski medyczne. Przed opuszczeniem wyspy i on i Josc będą musieli powierzyć historie choroby pacjentów swojej pamięci. Jednak to nie stanowiło żadnego problemu. Większość z nich Lawler już znał na pamięć. Podobnie, jak sądził, było z Joscem.
— Mam nadzieję, że trafię na ten sam statek co pan — powiedział chłopiec. Lawler, obok jego brata Martina, był największym bohaterem Josca.
— Nie — odpowiedział mu Lawler. — Będziemy musieli być na innych statkach. Jeśli ten, na którym ja będę, zgubi się na morzu, przynajmniej ty zostaniesz, aby leczyć.
Josc wyglądał jak rażony gromem. Dlaczego? Dlatego, że statek Lawlera mógłby zaginąć na morzu, a jego bohater zginąć? Czy też na myśl o tym, że pewnego i być może niezbyt odległego dnia naprawdę zostanie lekarzem społeczności? Prawdopodobnie chodziło właśnie o to. Lawler przypomniał sobie, jak się czuł, kiedy po raz pierwszy zrozumiał, że jego praktyka czeladnicza, ta wyczerpująca, nie kończąca się nauka i ćwiczenia, służyła poważnemu celowi: że pewnego dnia ma zająć miejsce ojca w gabinecie i robić to wszystko, co on robił. Miał wtedy jakieś czternaście lat. A zanim ukończył dwadzieścia, ojciec już nie żył, a on został lekarzem.
— Posłuchaj, nie martw się — powiedział Lawler. — Nic mi się nie stanie. Jednak musimy wziąć pod uwagę nawet najgorsze ewentualności, Josc. Ty i ja przechowujemy w pamięci całą wiedzę medyczną tej osady. Musimy o nią dbać.
Читать дальше