Jak ponuro wyglądali, jak smutno! Sweynerowie, Dag Tharp, gromadka Thalheimów, Sawtellesowie, Sidero Volkin i jego żona Elka, Dann Henders, Martin Yanez, młody Josc Yanez, Lis, Leo Martello, Pilya Brown, Leynila Stayvol, Sundira Thane. Znał ich wszystkich tak dobrze, z wyjątkiem kilku. Byli jego rodziną, tak jak to powiedział Delagardowi w tę pijaną noc. Tak. Tak było. Wszyscy na tej wyspie.
— Przyjaciele — powiedział — lepiej stawmy czoło rzeczywistości. Nie podoba mi się to tak samo jak wam, ale nie mamy wyboru. Skrzelowcy mówią, że musimy odejść? W porządku. To ich wyspa. Mają przewagę liczebną, mają siłę. My wkrótce będziemy mieszkać gdzie indziej i tyle. Chciałbym móc powiedzieć wam coś weselszego, ale nie mogę. Nikt nie może. Nikt.
Czekał na jakąś gwałtowną odpowiedź ze strony Thalheima, Tanaminda lub Damisa Sawtella. Nie mieli jednak nic więcej do powiedzenia. Trudno było coś dodać. Cała ta gadanina o zbrojnym oporze była tylko pustą retoryką. Spotkanie zakończono bez podsumowania. Nie mieli wyboru — musieli ustąpić; teraz każdy to widział.
Lawler stał przy wale między stocznią Delagarda a elektrownią Skrzelowców, obserwując zmieniające się kolory zatoki. Było późne popołudnie w drugim tygodniu od czasu ultimatum. Nagle zobaczył pływającą w morzu Sundirę Thane. W połowie ruchu ramieniem spojrzała w górę i pomachała mu. Lawler ukłonił się i pomachał ręką. Jej długie, smukłe nogi błysnęły w nożycowatym ruchu i pomknęła naprzód, wyginając ciało w nagłym, zwinnym skręcie.
Przez moment Lawlerowi mignęły nad wodą blade, chłopięce pośladki, a potem Sundira śmignęła dalej, tuż pod powierzchnią, jak smukły, nagi, smagły duch, odpływający od brzegu spokojnymi i mocnymi ruchami. Lawler podążał za nią wzrokiem, aż zniknęła mu z pola widzenia. Pływa jak Skrzelowiec, pomyślał. Czy ona w ogóle potrzebuje oddychać?
Mireyl była równie dobrym pływakiem, pomyślał.
Lawler zmarszczył brwi. Zdziwiło go, że jego była żona niespodziewanie pojawiła się z przeszłości. Nie myślał o niej od wieków. A potem przypomniał sobie, że wspominał ją ubiegłej nocy, w czasie swej pijackiej wędrówki. Mireyl, tak. Dawna historia.
Teraz prawie ją widział. Nagle znów miał dwadzieścia trzy lata, był młodym, świeżo upieczonym lekarzem, a ona stała przed nim: jasnowłosa i jasnoskóra, zwarta, szeroka w biodrach i ramionach, o nisko położonym środku ciężkości; nie kobieta, a mocny mały pocisk, okrągły, muskularny i śmiały. Nie widział jednak wyraźnie jej twarzy. W ogóle nie pamiętał jej twarzy.
Była cudowną pływaczką. W wodzie poruszała się jak oszczep. Nigdy się nie męczyła i mogła pozostać zanurzona bardzo, bardzo długo. Mimo iż był silny i sprawny, Lawler musiał ciężko pracować, aby dogonić ją w wodzie. Często odwracała się w końcu ze śmiechem i czekała na niego, a on podpływał do niej, obejmował ciasno i trzymał blisko przy sobie.
Znowu pływali. Zbliżył się do niej, a ona wyciągnęła do niego ramiona. Wokół nich pływały w wodzie drobne lśniące stworki, giętkie i przyjazne.
— Powinniśmy się pobrać — powiedział.
— Naprawdę?
— Tak, powinniśmy.
— Żona lekarza. Nigdy nie sądziłam, że będę żoną lekarza — zaśmiała się. — Jednak ktoś musi nią być.
— Nie, nie ktoś. Ja chcę, abyś ty nią była. Wywinęła się z jego objęć i zaczęła płynąć.
— Złap mnie, to za ciebie wyjdę!
— To nie fair. Miałaś fory.
— Nigdy nie jest fair! — krzyknęła do niego. Uśmiechnął się szeroko i popłynął za nią, płynąc szybciej niż kiedykolwiek przedtem, i tym razem dogonił ją gdzieś w połowie zatoki. Nie wiedział, czy dlatego, że płynął powyżej swych możliwości, czy też dlatego, że ona pozwoliła się złapać. Prawdopodobnie z obu powodów, zdecydował. Tak więc lekarz miał żonę.
— Czy jesteś szczęśliwa? — pytał.
— O tak, tak.
— Ja też.
Trwały związek. Tak przynajmniej uważał. Ona jednak stawała się niespokojna. Po pierwsze, przybyła na Sorve z innej wyspy, a potem chciała jechać dalej, chciała zobaczyć świat, a on był przywiązany do Sorve swoim zawodem, swoim zdyscyplinowanym temperamentem, milionem niewidzialnych więzi. Nie rozumiał jej niespokojnej natury: sądził, że tęsknota za innymi wyspami jest jedynie przejściowa, że wyrośnie z niej, gdy tylko ułoży się ich wspólne życie na Sorve.
Teraz inna scena. W porcie jedenaście miesięcy po ich ślubie. Mireyl wsiada na międzywyspowy prom Delagarda udający się na Morvendir, przystaje na molo, odwraca się i macha do niego. Lecz nie uśmiecha się. On też nie, niepewnie kiwając jej ręką. Potem ona odwraca się plecami i znika.
Lawler nigdy więcej o niej nie słyszał. To było dwadzieścia lat temu. Miał nadzieję, że jest szczęśliwa, gdziekolwiek była.
W oddali zobaczył ławice latających ryb, wyskakujących z wody i miotających się gwałtownymi przelotami. Ich łuski migotały czerwienią i złotem jak drogie kamienie z bajek jego dzieciństwa. Nigdy nie widział drogich kamieni — nic podobnego nie istniało na Hydros — trudno jednak było wyobrazić sobie, by mogło być coś piękniejszego niż latające ryby w powietrzu o zachodzie słońca. Nie umiał też wyobrazić sobie piękniejszej scenerii niż zatoka Sorve w wieczornych kolorach. Jaki wspaniały letni wieczór! Były też inne pory roku, kiedy powietrze nie było takie miękkie i łagodne — gdy wyspa wpływała na wody polarne, smagana ciężkimi porywami wiatru, zamiatana ostrym jak nóż mokrym śniegiem. Okresy, kiedy jest sztormowa pogoda, tak że nikt nie odważy się wyjść dalej niż na krawędź zatoki po ryby i rośliny, a wszyscy jedzą suszoną rybę i mąkę glonów oraz suszone pasma morskich wodorostów, i tłocząc się w swoich chatach niecierpliwie czekają na powrót ciepła. Ale lato! Ach, lato, kiedy wyspa przesuwała się na wody tropikalne! Nie było nic lepszego. Dlatego wygnanie wyspy w środku lata było tym bardziej bolesne: podstępnie ukradziono im najpiękniejszą porę roku.
Czyż nie taka była jednak historia rodzaju ludzkiego od jego początku? — pomyślał. Jedno wygnanie za drugim, począwszy od raju. Eksmisja za eksmisją.
Patrząc teraz na zatokę w całej jej krasie, Lawler poczuł na nowo ostry ból utraty. Jego życie na Sorve z każdą chwilą nieodwracalnie uciekało w przeszłość. Ciągle była w nim jeszcze ta dziwna radość na myśl o rozpoczęciu nowego życia gdzieś indziej, którą poczuł pierwszej nocy. Jednak nie przez cały czas.
Myślał o Sundirze. Jak by to było, gdyby się z nią przespał.
Nie było sensu udawać, że go nie pociągała. Te długie, gładkie nogi, ta zwinna, smukła, atletyczna sylwetka. Jej energia, jej pewny siebie sposób bycia. Wyobrażał sobie, jak głaszcze palcami wnętrza jej ud, gładką i chłodną skórę. Jak wtula głowę w zagłębienie między jej ramieniem i szyją. Te nieduże, twarde piersi w jego dłoniach, małe sutki, twardniejące pod dotykiem palców. Jeśli Sundira kochała się choć w połowie z takim wigorem, jaki wkładała w pływanie, musiała być nadzwyczajna.
To dziwne uczucie — znowu pożądać kobiety. Przez długi czas Lawler był samowystarczalny: poddać się pragnieniu znaczyło stracić część pracowicie skonstruowanej zbroi. Lecz perspektywa opuszczenia wyspy pobudziła wszystko, co leżało spokojnie na dnie jego duszy.
Po chwili uświadomił sobie, że minęło co najmniej dziesięć minut, może nawet więcej, a on nie widział Sundiry wynurzającej się na powierzchnię. Nawet świetny pływak nie mógł tego dokonać, jeśli był człowiekiem. Nagle zaniepokojony, Lawler wpatrywał się w powierzchnię wody.
Читать дальше