— Tak. Oczywiście.
— W porządku. To oznacza, że podróżujemy na oddzielnych statkach. Czy rozumiesz, o co mi chodzi?
— Tak — odparł chłopiec. — Tak, rozumiem. Wolałbym być z panem, ale rozumiem. — Uśmiechnął się. — Mieliśmy dziś rozmawiać o zapaleniach opłucnej, prawda?
— Tak, o zapaleniach opłucnej — powiedział Lawler. Rozwinął swoją zużytą, zatartą mapę anatomiczną. Josc wyprostował się, czujny, skupiony, chętny. Ten chłopiec był natchnieniem. Przypominał Lawlerowi o tym, o czym ostatnio zaczął zapominać: że jego zawód to więcej niż zajęcie — to powołanie.
— Zapalenia i wycieki opłucnej. Objawy, etiologia, terapia. — Jakby słyszał głos swojego ojca; głęboki, miarowy, nieubłagany, dzwoniący w mózgu jak wielki gong. — Nagły ostry ból w klatce piersiowej, na przykład…
— Obawiam się, że nowiny nie są zbyt pomyślne powiedział Delagard.
— Och?
Znajdowali się w biurze Delagarda w stoczni. Było południe, pora, kiedy Lawler miał przerwę w pracy. Delagard poprosił, aby go odwiedził. Na stole stała otwarta butelka brandy z winnych wodorostów, ale Lawler odmówił drinka. Nie w godzinach pracy — powiedział. Zawsze starał się zachować jasność umysłu, kiedy leczył, wyjątkiem była uśmierzycha: mówił sobie, że to ziele nie wywoływało ujemnych skutków. Jeżeli już, to raczej działało dodatnio.
— Mam już pewne wiadomości. Jak dotąd niezbyt pomyślne. Velmise nie przyjmie nas, doktorze.
To było jak cios w żołądek.
— Powiedzieli to panu?
Delagard popchnął przez stół kartkę pergaminu z wiadomością.
— Dag Tharp przyniósł mi ją pół godziny temu. To od mojego syna Kendiego z Velmise. Pisze, że ubiegłej nocy odbyło się zebranie rady i głosowanie nad naszym wnioskiem. Limit emigrantów wyznaczony na ten rok wynosi sześć osób. Wziąwszy pod uwagę niezwykłe okoliczności, zgadzają się zwiększyć tę liczbę do dziesięciu. Więcej nie przyjmą.
— A nie siedemdziesiąt osiem.
— Nie, nie siedemdziesiąt osiem. To z powodu tej starej historii z Shalikomo. Wszystkie wyspy obawiają się zbyt dużej liczebności i rozgniewania Skrzelowców. Oczywiście dziesięć to więcej niż nic. Gdybyśmy wysłali dziesięć osób na Velmise, dziesięć na Salimil, i jeszcze dziesięć na Grayvard…
— Nie — powiedział Lawler. — Chcę, abyśmy trzymali się razem.
— Wiem. W porządku.
— Jeżeli nie popłyniemy na Velmise, jaka jest następna najlepsza możliwość?
— Właśnie teraz Dag rozmawia z Salimil. Mam tam również syna. Może okaże się bardziej przekonujący niż Kendy. Albo ludzie z Salimil będą mniej rygorystyczni.
Chryste, myślałby kto, że prosiliśmy Velmise, aby ewakuowała całe cholerne miasto, żeby zrobić dla nas miejsce. Mogli nas przyjąć. Przez jakiś czas byłoby ciężko, ale dalibyśmy sobie radę. Takie Shalikomo nie zdarza się dwa razy. — Delagard przekartkował plik leżących przed nim pergaminowych kartek, po czym podał je Lawlerowi. — Pieprzyć Velmise. Coś wymyślimy. Chciałbym, aby pan to przejrzał.
Lawler spojrzał na kartki. Każda strona zawierała listę nazwisk, nabazgranych dużym wyraźnym pismem Delagarda.
— Co to jest?
— Mówiłem panu dwa tygodnie temu. Mam sześć statków, co daje trzynaście osób na każdym. W rzeczywistości mamy jeden statek z jedenastoma osobami, dwa po czternaście i pozostałe trzy po trzynaście osób każdy. Za chwilę zobaczy pan dlaczego. To są listy pasażerów, które przygotowałem.
Delagard postukał palcem w pierwszą z nich.
— Proszę, to jest ta, która powinna pana najbardziej interesować.
Lawler szybko przebiegł wzrokiem listę zawierającą następujące nazwiska:
Ja i Lis
Gospo Struvin
Doktor Lawler
Quillan
Kinverson
Sundira Thane
Dag Tharp
Onyos Felk
Dann Henders
Natim Gharkid
Pilya Braun
Leo Martello
Neyana Golghoz
— Ładna? — spytał Delagard.
— Co to jest?
— Powiedziałem panu. Wykaz pasażerów. To nasz okręt, „Królowa Hydros”.
Lawler ze zdumieniem spojrzał na Delagarda.
— Nid, ty draniu. Naprawdę, umiesz zadbać o siebie.
— O czym pan mówi?
— Mówię o tej wspaniałej robocie, jaką wykonałeś, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo i wygodę podczas rejsu. I nawet nie krępujesz się pokazać jej mnie, prawda? Nie, założę się, że jesteś z niej dumny. Masz na swoim okręcie jedynego lekarza, najzręczniejszego radiowca, jedynego człowieka, którego można uznać za inżyniera, oraz osobę znającą się na mapach. A Gospo Struvin jest najlepszym kapitanem pańskiej floty. Nie najgorsza załoga na podróż Bóg wie dokąd i Bóg wie jak długą. Dodajmy morskiego myśliwego — Kinversona, który jest tak silny, że czasem wydaje się nadczłowiekiem, a na oceanie czuje się równie dobrze jak pan w swojej stoczni. To diabelnie dobry zespół. No i nie ma denerwujących dzieci, starców ani chorowitych. Nieźle, przyjacielu.
Na chwilę, ale tylko na chwilę, w małych błyszczących oczkach Delagarda pojawił się gniewny błysk.
— Proszę posłuchać, doktorze. To jest okręt flagowy. To może nie być łatwa podróż, jeżeli będziemy musieli podróżować aż do Grayvard. Musimy przetrwać.
— Bardziej niż inni?
— Jest pan jedynym lekarzem. Chce pan być na wszystkich okrętach jednocześnie? Proszę spróbować. Myślałem, że jeśli pan musi być na tym czy innym okręcie, to równie dobrze może być na moim.
— Oczywiście. — Lawler przejechał palcem po krawędzi kartki. — Jednak nawet stosując zasadę Delagard-ma-pierwszeństwo, nie mogę pojąć niektórych kryteriów wyboru. Na co przyda się panu Gharkid? To przecież kompletne zero.
— On się zna na wodorostach. To jedyna rzecz, na której się zna. Może nam pomóc szukać żywności.
— To brzmi rozsądnie. — Lawler popatrzył na gruby brzuch Delagarda. — Nie chcielibyśmy zgłodnieć na morzu, no nie? Ech? Ech? — l znów spoglądając na listę, powiedział: — A Braun? Golghoz?
— Dobrzy pracownicy. Pilnują własnych spraw.
— Martello? Poeta?
— On jest nie tylko poetą. Wie, co trzeba robić na pokładzie. Poza tym, dlaczego nie poeta? To będzie coś w rodzaju odysei. Pieprzonej odysei. Emigruje cała wyspa. Będziemy mieć kogoś, kto spisze naszą historię.
— Bardzo ładnie — rzekł Lawler. — Wziąć własnego Homera, tak aby potomni usłyszeli całą opowieść o wielkiej podróży. To mi się podoba.
Sprawdził jeszcze raz listę.
— Widzę, że ma pan tutaj cztery kobiety na dziesięciu mężczyzn.
Delagard uśmiechnął się.
— Proporcja kobiet i mężczyzn wymyka się spod mojej kontroli. Na wyspie mamy trzydzieści sześć kobiet i czterdziestu dwóch mężczyzn. Jednakże proszę nie zapominać, że jedenaście dam należy do tego pieprzonego Zakonu. Wysyłam je na morze zdane tylko na siebie. Niech się domyśla, jak żeglować, jeżeli potrafią. Mamy więc tylko dwadzieścia pięć kobiet i dziewcząt, statków jest pięć, matki powinny zostać z dziećmi, i tak dalej, i tak dalej. Obliczyłem, że mamy miejsce dla czterech kobiet na naszym statku.
— Rozumiem wybór Lisy. W jaki sposób wybrał pan pozostałe?
— Braun i Golghoz pracowały już w moich załogach, na liniach do Salimil i Velmise. Jeśli mam mieć kobiety na pokładzie, niech to będą takie, które umieją zrobić co należy.
— A Sundira? Prawda, umie doskonale naprawiać sprzęt. To ma sens.
— Właśnie — powiedział Delagard. — A ponadto jest kobietą Kinversona, nieprawdaż? Jeśli jest użyteczna, a oprócz tego są parą, to dlaczego ich rozdzielać?
Читать дальше