— O ile wiem, nie są parą.
— Nie są? Ja to tak widzę — powiedział Delagard. — Widuję ich razem diabelnie często. Tak czy owak, oto nasza załoga, doktorze. W przypadku rozdzielenia się floty na morzu, mamy ze sobą ludzi, którzy nas przeprowadzą. Teraz okręt numer dwa, „Bogini Sorve”; mamy tu Brondo Katzina i jego żonę, wszystkich Thalheimów, Tanamindów…
— Chwileczkę — rzekł Lawler. — Nie skończyłem z tym pierwszym. Nie rozmawialiśmy jeszcze o ojcu Quillanie. Kolejny pożyteczny wybór. Przypuszczam, że wybrał go pan, aby być w zgodzie z Panem Bogiem.
Delagard nie zareagował na drwinę. Parsknął grzmiącym śmiechem.
— O kurwa! Nie, to mi nigdy nie przyszło do głowy. Tak, to niezły pomysł zabrać ze sobą duchownego. Jeśli ktokolwiek ma chody na górze, to z pewnością on. Jednak powodem, dla jakiego go wybrałem, jest fakt, że bardzo lubię jego towarzystwo. Uważam, że to niezwykle interesujący człowiek.
— Oczywiście — pomyślał Lawler. Po Delagardzie nigdy nie należało oczekiwać konsekwentnego postępowania w jakiejkolwiek sprawie.
W nocy miał ten drugi sen o ziemi, ten nieprzyjemny, ten, przed którym zawsze chciał się ukryć. Od dawna nie zdarzyło się, aby te dwa sny przychodziły jeden po drugim. Zaskoczyło go to, ponieważ sądził, że sen z poprzedniej nocy na jakiś czas uwolni go od tego drugiego. Tymczasem nie. Nie było od niego ucieczki. Ziemia zawsze będzie go prześladować.
Była tam, na niebie nad Sorve; cudowna, promienna, błękitno-zielona kula, wolno obracająca się i ukazująca swe lśniące morza i wspaniałe brązowe kontynenty. Była piękna ponad wszelkie wyobrażenie, jak ogromny klejnot błyszczący nad głową. Widział pasma górskie biegnące wzdłuż grzbietów kontynentów jak poszarpane, szare zęby. Na graniach dostrzegał biały i czysty śnieg. Stał na krawędzi drewnianego falochronu swej malutkiej wyspy i pozwalał unieść się w niebo. W ten sposób opuścił Hydros i znalazł się daleko w kosmosie, szybując nad błękitno-zieloną kulą, która była Ziemią. Patrzył na nią z góry niczym Bóg. Teraz widział miasta: budynek po budynku, pozbawione ostrych szczytów jak varagi, lecz szerokie i płaskie, ustawione rzędami, jeden obok drugiego, na wielkich przestrzeniach, a między nimi biegły szerokie ścieżki. Po ścieżkach poruszali się ludzie, tysiące ludzi, wiele tysięcy pomykających chyżo sylwetek, niektórzy w małych wózkach wyglądających jak łodzie mknące po lądzie. Nad nimi po niebie fruwały uskrzydlone stworzenia zwane ptakami, podobne do latających ryb Hydros, o których wiedział, że umiały wyskakiwać z wody i szybować przez krótką chwilę, te zaś pozostawały w powietrzu, wzbijając się w niebo, krążąc i krążąc nad planetą wielkimi, niestrudzonymi łukami. Wśród ptaków znajdowały się również latające maszyny. Zrobione z metalu, gładkie i jasne, o niewielkich skrzydłach i długich, cylindrycznych korpusach. Lawler widział, jak wznosiły się z powierzchni Ziemi i z niewyobrażalną prędkością pokonywały ogromne odległości, przenosząc ludzi z miasta do miasta, z wyspy na wyspę, z kontynentu na kontynent, co było przedsięwzięciem tak wielkim, że na ten widok kręciło mu się w głowie.
Dryfował w ciemnościach, wysoko nad lśniącym błękitno-zielonym światem, patrząc, czekając i wiedząc co zaraz nastąpi, zastanawiając się, czy wydarzy się również tym razem.
Oczywiście powtórzyło się. Tak samo jak przedtem, to samo, co przeżywał już tyle razy, co powodowało, że ciało oblewał mu pot, a mięśnie prężyły się w szoku i udręce. Zawsze bez żadnego ostrzeżenia. Po prostu zaczynało się: gorące, żółte słońce nagle puchło, stawało się jaśniejsze, zniekształcone i monstrualne — potargane języki ognia tryskały w niebo…
Płomienie wykwitające na wzgórzach i w dolinach, w lasach i w budynkach. Wrzące morza. Wypalone równiny. Chmury czarnego popiołu zaciemniające powietrze. Poczerniałe lądy rozdzierane na pół. Ponure nagie góry wyrastające spośród zrujnowanych pól. Śmierć, śmierć, śmierć, śmierć.
Zawsze pragnął obudzić się, zanim nadejdzie ten moment. Jednak nigdy nie zdołał, nie budził się, póki nie zobaczył wszystkiego, aż zagotowały się morza, a zielone lasy zamieniły się w popiół.
Pierwszym pacjentem następnego ranka był Sidero Volkin, jeden z robotników Delagarda, któremu żądło ognistego robaka wbiło się w łydkę, gdy stał w płytkiej wodzie przycinając palcorosty na kilu jednego z okrętów. Blisko jedna trzecia pracy Lawlera polegała na leczeniu ran, które ludzie odnosili podczas pracy w łagodnych, płytkich wodach zatoki. Te płytkie, łagodne wody zbyt często odwiedzały stworzenia lubiące żądlić, gryźć, ciąć, dźgać, zakażać lub w inny sposób ranić ludzkie istoty.
— Sukinsyn podpłynął prosto do mnie wzdłuż burty, wyprostował się i spojrzał mi prosto w oczy — powiedział Volkin. — Rąbnąłem go w głowę siekierą, a wtedy użądlił mnie w plecy ogonem. Sukinsyn. Przeciąłem go na pół, ale nic mi to, kurwa, nie dało.
Rana była wąska, lecz głęboka i już zainfekowana. Ogniste robaki to długie wijące się stworzenia, które wydają się niczym więcej niż twardymi, giętkimi rurkami z paskudnym małym pyskiem z jednej strony i ostrym żądłem z drugiej. Nie miało znaczenia, którym końcem zaatakowały człowieka. Robaki żyły w symbiozie z licznymi mikroorganizmami wrogimi człowiekowi, a przenoszone przez nie wirusy powodowały natychmiastowe zagrożenie życia oraz poważne komplikacje, gdy dostawały się do tkanki ludzkiej. Noga Volkina była obrzmiała i zaczerwieniona, a delikatne zaognione ślady zapalenia rozbiegały się po skórze od punktu wejścia jak blizny po jakimś ponurym obrzędzie.
— Będzie bolało — powiedział Lawler zanurzając długą bambusową igłę w misce z silnym antyseptykiem.
— Tak jakbym tego nie wiedział, doktorze.
Lawler sondował ranę igłą, kłując ją tu i tam, wprowadzając jak najwięcej środka antyseptycznego w spuchnięte ciało. Doker siedział bez ruchu, co jakiś czas klnąc pod nosem, gdy Lawler nakłuwał ranę, co musiało być niezwykle bolesne.
— Oto środek przeciwbólowy — oznajmił Lawler wręczając mu paczuszkę białego proszku. — Przez parę dni będzie się pan czuł okropnie, potem zapalenie ustąpi. Ponadto dziś po popołudniu wystąpi gorączka. Proszę wziąć wolny dzień.
— Nie mogę. Delagard mi nie da. Musimy przygotować statki do podróży. Jest okropnie dużo pracy.
— Niech pan weźmie wolny dzień — powtórzył Lawler. — Jeśli Delagard będzie truł panu dupę, niech mu pan powie, żeby przyszedł poskarżyć się do mnie. Za pół godziny zawroty głowy będą tak silne, że nie będzie pan w stanie wykonywać żadnej pracy. No już, niech pan idzie.
Volkin zawahał się chwilę w drzwiach.
— Serdecznie dziękuję, doktorze.
— Dobrze, dobrze. Niech pan da odpocząć tej nodze, zanim się pan przewróci.
Na zewnątrz czekał następny pacjent: jeszcze jeden pracownik Delagarda, Neyana Golghoz. Była to łagodna, krępa kobieta w wieku około czterdziestu lat. Jej włosy miały niezwykły pomarańczowy kolor, a szeroką twarz pokrywały czerwonawe piegi. Pochodziła z wyspy Kaggeram, lecz przybyła na Sorve pięć lub sześć lat temu. Neyana pracowała w charakterze konserwatora na pokładach statków floty Delagarda, podróżując stale tam i z powrotem między sąsiednimi wyspami. Sześć miesięcy temu między łopatkami pojawił się wykwit raka skóry, którego Lawler usunął chemicznie, wsuwając igły z rozpuszczalnikiem pod skórę, rozpuszczając go stopniowo, a następnie zdejmując. Proces ten nie był przyjemny dla żadnej ze stron. Lawler kazał jej wracać co miesiąc, aby sprawdzić, czy nie ma nawrotów.
Читать дальше