— No cóż — powiedział Delagard. Siedział cicho, marszcząc brwi. — Myślę, że w ostateczności moglibyśmy po prostu przybić do jednej z wysp, które nie są obecnie zamieszkane przez ludzi i poprosić mieszkających tam Skrzelowców o azyl. To się już zdarzało.
— Tamtejsi Skrzelowcy będą wiedzieli, że zostaliśmy wygnani stąd i dlaczego.
— Może to nie będzie miało znaczenia. Zna pan Skrzelowców równie dobrze jak ja, doktorze. Wielu z nich jest bardzo tolerancyjnych wobec nas. Dla nich jesteśmy jeszcze jednym przykładem niezbadanych kolei wszechświata, czegoś, co po prostu wyrzuciło na ich brzegi ogromne morze kosmosu. Oni rozumieją, że kwestionowanie tajemniczych zwyczajów wszechświata jest zwykłą stratą czasu. Dlatego też, jak sądzę, wzruszyli tylko ramionami i pozwolili nam wtargnąć na swoje terytorium, kiedy przybyliśmy tu po raz pierwszy.
— Najmądrzejsi z nich być może myślą w ten sposób. Reszta pogardza nami i nie chce mieć z nami nic wspólnego. Dlaczego, do diabła, mają nas wziąć Skrzelowcy z innej wyspy, jeśli Skrzelowcy z Sorve wyrzucili nas jako morderców?
— Damy sobie radę — powiedział spokojnie Delagard, nie reagując na mocne słowo. W obydwu dłoniach ściskał kubek brandy, w który wbił wzrok. — Pojedziemy na Velmise lub Salimil, lub Grayvard, jeżeli będziemy musieli, albo do jakiegoś nowego miejsca. I zostaniemy razem, budując dla siebie nowe życie. Dopilnuję tego. Może pan na mnie liczyć, doktorze.
— Czy ma pan wystarczająco dużo statków?
— Mam sześć. Po trzynaścioro na statek i nawet nie odczujemy tłoku. Niech się pan nie martwi, doktorze. Niech się pan napije.
— Już wypiłem.
— W takim razie, czy pozwoli pan, że ja się napiję?
— Ależ proszę bardzo.
Delagard zaśmiał się. Był coraz bardziej pijany. Przez chwilę pieścił mapę, jakby to była kobieca pierś, następnie podniósł ją ostrożnie i umieścił z powrotem w szafce. Butelka brandy była już prawie pusta. Nie wiadomo skąd Delagard wyjął następną i nalał sobie dużego drinka. Nalewając zachwiał się, złapał równowagę, zachichotał.
— Może pan być pewien jednego, doktorze — wybełkotał. — Zaryzykuję głowę, aby znaleźć dla nas nową wyspę i dowieźć nas tam bezpiecznie. Czy wierzy mi pan, doktorze?
— Pewnie, że tak.
— l może pan wybaczyć mi to, co zrobiłem tamtym nurkom? — spytał Delagard.
— Tak. Tak.
— Jest pan kłamcą. Nienawidzi mnie pan.
— Skończ z tym, Nid. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz musimy z tym żyć.
— Słowa prawdziwego filozofa. Proszę, jeszcze jeden.
— W porządku.
— I jeszcze jeden dla starego Nida Delagarda. Dlaczego nie? Jeszcze jeden dla starego, dobrego Delagarda. Proszę bardzo, Nid. Ależ dziękuję, Nid. Dziękuję bardzo. Do diabła, to jest świetne. Świetny… po prostu świetny… — Delagard ziewnął. Oczy zamknęły mu się, a głowa pochyliła nad stołem. — Świetny… trunek… — wymamrotał. Ziewnął znowu, cicho beknął i po chwili już spał. Lawler dopił swoją brandy i wyszedł.
Na zewnątrz było cicho, słychać było jedynie plusk fal o brzeg zatoki, do którego Lawler był tak przyzwyczajony, że prawie go nie słyszał. Do świtu brakowało jednej lub dwóch godzin. Krzyż płonął nad głową, bezlitośnie przecinając czarne niebo od horyzontu do horyzontu, jakby był lśniącą, czteroramienną konstrukcją zamocowaną dla utrzymania świata w jednym miejscu.
Umysł Lawlera osiągnął stan kryształowej klarowności. Niemal słyszał pracę swojego mózgu.
Pojął, że wcale nie żałuje wyjazdu z Sorve. Ta myśl zdziwiła go. Jesteś pijany, powiedział sobie.
Być może. Lecz w jakiś sposób, pośród nocy, otrząsnął się z szoku spowodowanego wygnaniem. Lawler nie był pewien, czy to stan stały, czy jedynie przejściowy. Lecz przynajmniej w tym momencie, nagle, był w stanie śmiało stawić czoło tej myśli. Wyjazd stąd stał się czymś, z czym mógł sobie poradzić. Było w tym nawet coś więcej. Perspektywa podróży była…
Radosna? Czy to możliwe?
Tak, radosna. Wzorzec jego życia był raz na zawsze ustalony, zamrożony — doktor Lawler z Sorve, człowiek z Pierwszej Rodziny, Lowler z Lawlerów, starzejący się z dnia na dzień; wykonuj codzienną pracę, lecz chorych najlepiej jak umiesz, pospaceruj wzdłuż wału morskiego, popływaj sobie, powędkuj troszeczkę, poświęć odpowiednio dużo czasu na przygotowanie czeladnika, jedz i pij, odwiedzaj starych przyjaciół, tych samych bardzo starych przyjaciół, których miałeś, kiedy byłeś chłopcem, potem idź spać, wstań i zaczynaj wszystko od nowa, zima czy lato, deszcz czy susza. Teraz ten wzorzec zmieni się. Będzie mieszkał gdzieś indziej. Może stanie się kimś innym. Ta myśl fascynowała go. Z zaskoczeniem stwierdził, że był nawet odrobinę wdzięczny losowi. Mimo wszystko żył tutaj już bardzo długo. Zbyt długo był sobą.
Jesteś bardzo, bardzo pijany, powtórnie powiedział sobie Lawler i roześmiał się.
Bardzo, bardzo, bardzo pijany.
Przyszedł mu do głowy pomysł, aby przespacerować się po śpiącej osadzie, odbyć rodzaj sentymentalnej podróży i pożegnać się, przyjrzeć się wszystkiemu, jakby to była ostatnia noc na Hydros, przeżyć wszystko, co mu się przytrafiło tutaj i tam, tam i tutaj, każdy epizod swego życia. Miejsca, gdzie przystawał z ojcem, wyglądając na morze, gdzie słuchał fantastycznych opowiadań starego Jolly'ego, gdzie złapał swoją pierwszą rybę. Gdzie obejmował swoją pierwszą dziewczynę. Sceny związane z przyjaźniami, miłościami, takimi jakie one były. Ta strona zatoki, w której prawie zakłuł Nicko Thalheima. l miejsce za składem kości, gdzie podglądał siwobrodego Marinusa Cadrella uprawiającego miłość z siostrą Damisa Sawtelle'a, Mariam, która była teraz w klasztorze. Przypomniało mu to, jak sam pieprzył się z Mariam, kilka lat później, w części wyspy należącej do Skrzelowców. Oboje wtedy ryzykowali i uwielbiali to.
Wszystko wracało jak fala powodzi. Mglista postać matki. Bracia; ten, który zmarł o wiele za młodo, i drugi, który poszedł na morze i odpłynął na zawsze z jego życia. Ojciec, niestrudzony, potężny, odległy, zaabsorbowany wszystkim, bez końca ćwiczący go w technice medycznej wtedy, gdy chętniej pluskałby się w zatoce; te czasy młodości, która wcale nie była beztroska, tyle zawierała godzin przymusowej nauki, nie pozostawiającej czasu na gry i zabawy. Pewnego dnia zostaniesz lekarzem powtarzał mu w kółko ojciec. Zostaniesz lekarzem. Jego żona, Mireyl, wsiadająca na pokład promu „Morvendir”. Czas cofał się. Tik — i widział dzień wycieczki na wyspę Thibeire. Tak — i już biegnie z Nestorem Vanezem, zataczając się ze śmiechu, uciekając przed rozwścieczoną samicą Skrzelowca, którą obrzucili zepsutymi jajami. Tik — i oto nadchodzi delegacja o twarzach zastygłych w smutku, która przyszła mu powiedzieć, że jego ojciec zmarł i on teraz będzie lekarzem. Tak — dowiaduje się, co to znaczy przyjąć na świat dziecko. Tik — tańczy po pijanemu na szczycie wału, w samym środku trójksiężycowej nocy, razem z Nicko i Nestorem Lyonidesem, Moirą, Meelą, i Quiggiem; młody, wesoły Valben Lawler, który teraz wydawał mu się kimś obcym, kimś, kogo znał przelotnie dawno, dawno temu. Całe czterdzieści lat życia na Sorve widziane wstecz. Tik. Tak. Tik. Tak. No cóż, zrobię sobie przed świtem długi, miły spacer w przeszłość, pomyślał. Od końca do końca wyspy. Wydało mu się jednak, że przedtem powinien na chwilę wrócić do swojej chaty — chociaż nie bardzo wiedział dlaczego.
Potknął się, pokonując niski próg, i runął jak długi. Leżał tak jeszcze dwie godziny później, gdy słońce wstało i obudziło go.
Читать дальше