— To prawda — przytaknął Vornan. — Nie ufam innym. Tylko przy tobie czuję się bezpiecznie.
Potrafił być diabelnie przekonujący. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden niedbały gest, a byłem gotów stawić czoła milionom fanatyków. Powiedziałem, że zgoda, a on dotknął mojej dłoni i cicho lecz dobitnie wyszeptał słowo podziękowania. Zaraz potem zniknął za załomem korytarza. W tym momencie pojąłem rozmiary własnego szaleństwa. Gdy Kralick podał mi tarczę, na znak protestu stanowczo potrząsnąłem głową.
— Nie mogę. Lepiej zawołaj Vornana. Powiedz, że zmieniłem zdanie.
— Dajże spokój, Leo. Nie ma się co bać.
— On sam, beze mnie, nie pójdzie?
— Właśnie.
— No to mamy kłopot z głowy — powiedziałem. — Ja nie włożę tarczy i tym sposobem Vornan będzie musiał zostać z nami. Odetniemy go od źródła, z którego czerpie swoją siłę. Czy nie na to właśnie czekaliśmy?
— Nie.
— Nie?
— Chcemy, aby Vornan był wśród ludzi. Oni go kochają i potrzebują. Nie możemy zabierać tłumowi bohatera.
— Niech zatem biorą swojego bohatera, ale beze mnie.
— Nie zaczynaj wszystkiego od początku, Leo. Vornan wybrał ciebie. Zrozum, że jeśli nasz gość nie wystąpi w Rio, może to znacznie zaważyć na naszych kontaktach międzynarodowych i wywołać jeszcze Bóg wie co. Nie możemy do tego dopuścić.
— I dlatego ja mam być ofiarą rzuconą wilkom na pożarcie?
— Tarcze to sto procent bezpieczeństwa, Leo. Głowa do góry! Pomyśl sobie, że to ostatni raz.
Kralick zalał mnie potokiem słów i w rezultacie postanowiłem, że mimo wszystko dotrzymam danego słowa. Mknęliśmy na wschód, ponad dzikim dorzeczem Amazonki, a Kralick zapoznawał mnie z tajnikami obsługi tarczy ochronnej. Kiedy zaczęliśmy obniżać lot, byłem już prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie. Swoją zgodą na udział w eskapadzie sprawiłem Vornanowi niezmierną radość. Z własnej woli począł opowiadać o podnieceniu, jakie towarzyszy mu w trakcie obcowania z tłumem, i o władzy, jaką sprawuje wówczas nad ludźmi. Mówiłem niewiele, za to słuchałem pilnie. Obserwowałem go z natężoną uwagą, notując w pamięci rysy twarzy, każdy cień uśmiechu. Poczułem bowiem nagle, że jego wizyta w naszej epoce powoli dobiega końca.
Tłum, jaki oczekiwał nas w Rio, przeszedł najśmielsze oczekiwania. Vornan zaplanował już wcześniej, że występ odbędzie się na plaży. Sunęliśmy po ulicach odświętnego miasta w stronę morza. W zasięgu wzroku nie widać było jednak plaży, a jedynie bezmiar głów, ciągnący się od białych wieżowców nad oceanem do krawędzi fal, a nawet dalej, w wodę. Nie byliśmy w stanie przebić tej masy. Pozostawała więc jedynie droga powietrzna.
— Ci ludzie przybyli, aby mnie zobaczyć — oznajmił Vornan z nieskrywaną dumą i radością. — Gdzie jest megafon?
Kralick wyposażył naszego gościa w dodatkowe urządzenie: automatycznego tłumacza. Gdy tak wisieliśmy nad bezkresną dżunglą ciemnych, uniesionych ramion, Vornan mówił, a jego słowa tonęły w pogodnym, letnim powietrzu. Za tłumaczenie nie mogę ręczyć, ale słowa, których używał, chwytały za serce. Mówił o świecie, z którego przybył, świecie wolnym od konfliktów i walk, opowiadał o spokoju i harmonii. Każda istota ludzka, mówił, jest jedyna w swoim rodzaju, wartościowa. Porównał swoją epokę z naszym ponurym i udręczonym światem. Takie kłębowisko, jakie widzę tu w dole, ciągnął, nie mogłoby zaistnieć u nas, gdyż tylko głód potrafi utrzymać ludzi razem, a w moich czasach o głodzie nie może być mowy. Dlaczego, pytał, wybraliśmy takie życie? Dlaczego nie oczyścić naszych głów ze schematów, szablonów i niepotrzebnej dumy, pozbyć się dogmatów i idoli, zniszczyć łańcuchy, które skuwają ludzkie serca? Niech każdy pokocha drugiego jak brata. Niech znikną fałszywe pragnienia i żądza władzy. Niech zapanuje nowa era powszechnej miłości i dobroci.
W tych hasłach nie było nic nowego. Podobne idee głosiło już wielu proroków. Ale Vornan mówił z tak zniewalającą szczerością i ferworem, że nic nie wydawało się banalne. Nie poznawałem tego człowieka — dawnego prześmiewcy naszego świata. Czy to ten sam człowiek, który traktował ludzi jak zabawki? Rozczulający mówca? Święty? Słuchając jego słów byłem bliski łez. A wrażenie, jakie wywarł na zgromadzonych nad brzegiem morza i zasiadających przed ekranami, trudno było przecenić.
Vornan sprawował absolutną władzę. Jego zgrabna sylwetka, zwodniczo chłopięcy sposób wyrażania myśli podbiły świat. Byliśmy w jego mocy. Szczerością zamiast kpiny zawojował wszystkich.
Skończył przemowę i zwrócił się do mnie:
— A teraz zejdźmy na dół, pomiędzy ludzi, Leo.
Założyliśmy tarcze. Dygotałem z przerażenia. Vornan zerknął zza włazu śmigłowca na falujący poniżej tłum szaleńców, zawahał się i cofnął nieco. Ale oni wciąż czekali, wołając go głosami pełnymi uwielbienia.
— Idź pierwszy — szepnął. — Proszę.
Z samobójczą brawurą zjechałem sto stóp w dół, na plażę. Dotknąłem ziemi i poczułem pod stopami miękki piasek. Ludzie ruszyli w moim kierunku, lecz zobaczywszy, że nie jestem ich prorokiem, przystanęli. Kilka osób odbiło się od mojej tarczy. Poczułem, że jestem nietykalny. Strach opuścił mnie zupełnie, gdy spostrzegłem, jak bursztynowa poświata odpycha tych, co podeszli zbyt blisko.
Teraz przyszła kolej na Vornana. Niski jęk wydobył się z dziesięciu tysięcy gardeł i powoli urósł do przeszywającego ryku. Rozpoznali go. Stanął obok mnie promieniejąc władzą, dumą, radością. Wiedziałem, co myśli: całkiem nieźle mi poszło. Niewielu dane jest zostać bogiem za życia.
— Chodź za mną — powiedział.
Uniósł ramiona i ruszył przed siebie, majestatycznie, budząc nabożny lęk. Podążałem nieco z tyłu, jak niższy rangą kapłan. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Tłum wyznawców runął w kierunku swojego proroka. Twarze wykrzywione, oczy błyszczące. Nikt jednak nie był w stanie dotknąć Vornana. Przeszliśmy dziesięć stóp, dwadzieścia, trzydzieści. Tłum rozstępował się przed nami, a z tyłu znów gęstniał. Chroniony tarczą, czułem mimo wszystko siłę, z jaką napierał. Otaczał nas pewnie milion Brazylijczyków, może pięć milionów. To była najwspanialsza chwila Vornana. Kroczył wciąż przed siebie, kiwał głową, uśmiechał się, wyciągał rękę, łaskawie przyjmował składany mu hołd.
Olbrzymi, czarnoskóry, błyszczący od potu mężczyzna wynurzył się nagle przed nami, zagradzając drogę. Zastygł na tle błękitnego nieba.
— Vornan! — krzyknął głosem jak grzmot. — Vornan! Wyciągnął obie ręce w kierunku Vornana.
I złapał go za ramię.
Ten obraz mam wyryty w pamięci: smoliście czarna dłoń, która chwyta jasnozielony rękaw. I Vornan, który powoli obraca się, marszczy brwi, spogląda na obcą rękę, nagle pojmuje, że tarcza przestała go chronić.
— Leo! — krzyknął.
Powstał prawdziwy kocioł. Usłyszałem krzyki ekstazy. Tłum ogarnęło szaleństwo.
Za moimi plecami zwisał uchwyt drabinki. Chwyciłem się i podciągnąłem w górę. Byłem bezpieczny. Spojrzałem w dół, dopiero gdy siedziałem już na pokładzie śmigłowca. Na plaży ujrzałem falujące kłębowisko ludzi i przeszedł mi dreszcz po plecach.
Tłum pochłonął kilkaset ofiar. Po Voranie zaginął wszelki ślad.
Teraz to już koniec, a jednocześnie to dopiero początek. Nie wiem, czy zniknięcie Vornana umocni nas, czy zniszczy. Przez jakiś czas jeszcze pozostanie to tajemnicą.
Читать дальше