— Ludzie domagają się, abyś zszedł na dół — oznajmiłem podczas wizyty w Limie. — Dlaczego wciąż tu stoisz? Czyżbyś niczego nie słyszał?
— Nawet nie wiesz, jak bardzo marzę, żeby wmieszać się w ten tłum.
— Droga wolna.
— Tak, wiem. Ale tyle tam ludzi. Mogą mnie stratować.
— Mamy przecież specjalny pancerz, który służy do ochrony przed tłumem — wtrąciła Helen.
— Co to takiego? — zainteresował się Vornan.
— Politycy często korzystają z tego urządzenia. Jest to rodzaj pola siłowego. Aparat został zaprojektowany specjalnie na użytek ważnych osobistości. Jeśli ktoś podejdzie za blisko, pancerz potraktuje nadgorliwca lekkim wstrząsem elektrycznym. Sto procent bezpieczeństwa.
— Naprawdę macie coś takiego? — nasz gość zwrócił się w stronę Kralicka. — Chciałbym, żeby przyniesiono mi to urządzenie.
— Sądzę, że nie powinno być problemu — odparł Kralick.
Następnego dnia ambasada amerykańska w Buenos Aires dostarczyła nam tę tarczę. Ostatni raz używana była przez prezydenta w trakcie jego podróży po Ameryce Łacińskiej. Przedstawiciel ambasady zademonstrował działanie urządzenia, mocując elektrody i zasilacz na klatce piersiowej.
— Spróbujcie teraz podejść — zachęcił. Postąpiliśmy naprzód. Mężczyznę otaczała ledwie widoczna, bursztynowa mgiełka. Kolejny krok i poczuliśmy nagle, że drogę zagradza nam niewidzialna bariera. Doznanie nie było co prawda bolesne, ale niespodziewany wstrząs robił wrażenie. Zostaliśmy odepchnięci — nie dało się podejść na więcej niż trzy stopy. Na twarzy Vornana dostrzegłem wyraz zadowolenia.
— Dajcie teraz mi spróbować — poprosił.
Człowiek z ambasady pomógł Vornanowi założyć tarczę i wytłumaczył zasady obsługi. Vornan roześmiał się i powiedział:
— Teraz wy wszyscy spróbujcie mnie uderzyć. Skaczcie i wymachujcie rękoma! No dalej!
Nikt nie był w stanie sforsować niewidzialnej zapory.
— Dobrze, teraz mogę iść między ludzi — oznajmił zadowolony.
— Dlaczego pozwoliłeś mu w tym paradować? — spytałem po cichu Kralicka.
— Przecież sam prosił.
— Mogłeś powiedzieć, że szwankują baterie albo coś w tym stylu. Jesteś pewien, że tarcza nie zawiedzie w najważniejszym momencie?
— To raczej niemożliwe — odparł Kralick.
Podniósł tarczę z podłogi, rozłożył ją na części i odsunął wieczko z tyłu zasilacza.
— Urządzenie ma tylko jeden słaby punkt — taki mały zintegrowany moduł. Trudno go nawet zobaczyć gołym okiem. Wykazuje tendencję, aby w pewnych okolicznościach powodować spięcie, a tym samym awarię całej tarczy. Ale istnieje zapasowy obwód, który uruchamia się po dosłownie kilku mikrosekundach. Praktycznie rzecz biorąc jedyny sposób, aby uszkodzić tarczę to umyślny sabotaż, Leo. Powiedzmy, że ktoś przerwie awaryjny obwód i doprowadzi do spięcia w zasadniczym module. Ale nie mam pojęcia, kto mógłby coś takiego zrobić.
— Może Vornan.
— Może. Vornan jest nieobliczalny. Ale naprawdę wątpię, aby chciało mu się grzebać przy podzespołach elektronicznych. Kiedy ubierze tarczę, będzie mógł się czuć zupełnie bezpieczny.
— Nie boisz się, że teraz, kiedy nawiąże bezpośredni kontakt z ludźmi, zyska tym większy posłuch?
— Boję się — odparł Kralick.
Buenos Aires stało się areną największej histerii w dziejach wizyty Vornana. W tym właśnie mieście pojawił się fałszywy Vornan i obecność prawdziwego proroka zelektryzowała Argentyńczyków. Szeroka, trzypasmowa Avenida 9 de Julio była szczelnie zapchana, tylko pośrodku sterczał pomnik oblany masą ciał. Przez ten oszalały, falujący tłum sunęła kawalkada samochodów wioząca Vornana. On sam miał na sobie tarczę, reszta z nas nie była tak dobrze zabezpieczona. Siedzieliśmy stłoczeni w pancernych pojazdach. Od czasu do czasu Vornan wychodził na zewnątrz i wtapiał się w tłum. Tarcza działała bez zarzutu — nikt nie mógł podejść na wyciągnięcie ręki. Sama jednak obecność mesjasza doprowadzała ludzi do ekstazy. Cisnęli się ze wszystkich stron, napierali na elektryczną barierę, a Vornan rozdawał spojrzenia, uśmiechy, ukłony.
— Będziemy ponosić odpowiedzialność za to szaleństwo — powiedziałem do Kralicka. — Nie trzeba było pozwalać na wszystko.
Kralick posłał mi krzywy uśmiech i poradził, abym się choć trochę odprężył. Nie byłem w stanie. Tego wieczoru Vornan po raz kolejny udzielił wywiadu i opowiadał ludziom rzeczy utopijne. Świat potrzebuje gruntownych reform, zbyt wielka władza spoczywa w ręku zbyt wąskiego grona osób. Nadciąga era powszechnego dobrobytu, lecz najpierw trzeba wspólnej pracy oświeconych mas.
— Powstaliśmy ze śmiecia — mówił — ale możemy stać się bogami. To jest realna perspektywa. W moich czasach nie ma chorób, ubóstwa, cierpienia. Śmierć została obłaskawiona. Ale czy rodzaj ludzki musi czekać na te wszystkie dobrodziejstwa przez tysiąc lat? Musicie działać! Teraz!
Te słowa brzmiały jak wezwanie do rewolucji.
Jak dotąd Vornan nie przedstawił żadnego konkretnego programu. Artykułował jedynie ogólnikowe hasła o potrzebie przemian społecznych. Lecz i tak było to znacznie więcej niż kąśliwe, szydercze uwagi, jakie czynił podczas pierwszych miesięcy swego pobytu. Wszystko wskazywało na to, że jego destrukcyjne możliwości rosły z każdym dniem. Wyczuł, że może narobić znacznie większego zamieszania przemawiając bezpośrednio do tłumu niż drocząc się z pojedynczymi osobnikami. Kralick chyba także zrozumiał, co wisi w powietrzu. Nie mam pojęcia, dlaczego pozwalał, aby podróż trwała dalej. Milczał, chociaż Vornan zyskiwał coraz większy dostęp do kanałów informacyjnych. Kralick stał zupełnie bezczynny wobec biegu wypadków, bezczynny w obliczu rewolucji, której sam był mimowolnym współtwórcą.
Motywy, jakimi kierował się Vornan, były dla nas zagadką. Drugiego dnia naszego pobytu w Buenos Aires ponownie wszedł między wiernych. Tym razem tłum był znacznie większy. Ludzie ze ślepym fanatyzmem cisnęli się w stronę Vornana, usiłując za wszelką cenę dotknąć swojego mesjasza. W rezultacie musieliśmy go stamtąd wyciągnąć, korzystając z pomocy kołyski spuszczanej ze śmigłowca. Kiedy zdjęliśmy z niego tarczę, był blady i roztrzęsiony. To przeżycie musiało wywrzeć na nim kolosalne wrażenie, bo jeszcze nigdy nie widziałem, aby dygotał na całym ciele. Spojrzał raczej nieufnie w kierunku tarczy.
— Jesteście pewni, że nie zawiedzie w najważniejszym momencie?
Kralick zapewnił go, że tarcza została wykonana z całą precyzją i starannością, co dawało jej absolutną gwarancję. Vornan wciąż nie był do końca przekonany. Odwrócił energicznie głowę i spróbował opanować skołatane nerwy. Oznaki jego strachu w istocie podziałały na mnie pokrzepiająco. Nie mogłem go przy tym winić, że mimo korzystania z tarczy lęka się tłumu. Dziewiętnastego listopada, we wczesnych godzinach porannych, opuściliśmy Buenos Aires i obraliśmy kurs na Rio de Janeiro. Próbowałem usnąć, ale Kralick wszedł do przedziału i zbudził mnie, szarpiąc za ramię. Za jego plecami stał Vornan. Kralick ściskał w ręku zwiniętą tarczę ochronną.
— Włóż to na siebie, Leo — polecił.
— Po co?
— Musisz nauczyć się z tym sprzętem obchodzić. Będziesz nosił tarczę w Rio.
Momentalnie otrzeźwiałem.
— Słuchaj, Sandy, jeśli sądzisz, że zamierzam paradować…
— Proszę — szepnął błagalnie Vornan. — Chciałbym mieć cię tam koło siebie, Leo.
— Vornan czuł się ostatnio bardzo nieswój w obliczu ogromu tłumów — dodał Kralick — i dlatego nie chce więcej schodzić tam sam. Wybrał ciebie na towarzysza wyprawy.
Читать дальше