Tygodnie treningu nie poszły na marne. Pozwoliłem, aby mój umysł poddał się wpływowi tego doświadczenia, tak jak drzewo ugina się pod podmuchami wiatru albo jak chory człowiek pochyla się nad swą chorobą. Tym razem odniosłem wrażenie, że obserwuje mnie coś co przypomina ośmiornicę, stwór pozostający w bezruchu, a nie — jak dotąd — szybko poruszający się rekin. Skupiłem się na swoich sprawach udając, że nic nie dostrzegam. Podszedłem nawet do skrzyń z notatkami i zajrzałem do środka, pozwalając górnej warstwie mego umysłu zareagować ze zwykłą mi obojętnością na bruliony dotyczące psychologii. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że udało mi się wykształcić w sobie nową umiejętność. Byłem zupełnie inną osobą niż ta, którą dwa miesiące temu wcześniej nazwałbym „Gilbertem Austinem”; oderwałem się od swego wcześniejszego „ja” tak, jak twórca marionetki „porzuca” swe dzieło. Będąc pod obserwacją pasożytów zlałem się ze swoim starym „ja” i byłem, można by rzec, pasażerem podróżującym we własnej, starej jaźni. Nie bałem się tego, że mogę się jakoś zdradzić. Zbyt dobrze panowałem nad sobą. Podłączyłem się do obwodu starego „Gilberta Austina” — i to on właśnie przechadzał się po pokoju, dzwonił do Hampstead, pytając o zdrowie pani Weissman, w końcu dzwoniąc do pewnej firmy z prośbą o zabranie mebli (które były moją własnością), jak i kartotek — i sprzedaż ich. Następnie zszedłem do właściciela, aby z nim porozmawiać; resztę dnia spędziłem w British Museum, gawędząc z Hermanem Bellem, szefem działu archeologii. Przez cały czas miałem świadomość, że jestem stale pod obserwacją pasożytów, choć obecnie już nieco mniej uważną. Od chwili, kiedy zleciłem zabranie kartotek, ich zainteresowanie moją osobą wyraźnie spadło.
Przez blisko czterdzieści osiem godzin zmuszałem swój umysł do myślenia wyłącznie o sprawach zawodowych, związanych z wykopaliskami w Karatepe. Nie było to wcale takie trudne (jak to wiedzą moi bardziej wtajemniczeni Czytelnicy). Była to tylko kwestia zidentyfikowania się z pewną częścią mojej osoby, w sposób, w jaki to czyni aktor ze szkoły Stanisławskiego. Wraz z Bellem przeżywałem jego ekscytację dotyczącą wykopalisk i temu podobnych rzeczy. Odwiedziłem przyjaciół w Londynie, dałem się zwabić na „małe przyjęcie”, na którym miałem być główną atrakcją wieczoru. (Potem się okazało, że było to ogromne przyjęcie; pani domu zawiadomiła około stu osób, kiedy tylko obiecałem, że przyjdę). Umyślnie dopuszczałem, aby mój umysł funkcjonował po staremu, czyli — prawdę mówiąc — źle. Pozwoliłem sobie na nadmierną ekscytację, potem na przygnębienie. Już gdy wracałem, na pokładzie samolotu pozwoliłem sobie na dywagacje na temat tego, czy to wszystko nie było głupią stratą czasu i powziąłem decyzję, że już nigdy więcej nie dam się wmanewrować w rolę gwiazdy. Kiedy helikopter A.I.U. wylądował w Diyarbakirze, odniosłem wrażenie, że horyzont znowu był czysty; na wszelki wypadek ukrywałem jednak swe myśli jeszcze przez następne czterdzieści osiem godzin. Na szczęście Reich był na wykopaliskach, a więc nie było okazji, by zmniejszyć czujność. Kiedy tylko wrócił, opowiedziałem mu całą historię. Powiedziałem, że wydaje mi się, iż usunięcie kartotek do przechowalni prawdopodobnie spowodowało zmniejszenie ich zainteresowania moją osobą. Żaden z nas jednak nie zamierzał wpadać w pułapkę nadmiernej pewności siebie.
Doświadczenie to pozwoliło nam sformułować inną teorię dotyczącą pasożytów. Najprawdopodobniej nie obserwowały one człowieka przez cały czas. Jeśli jednak tak było, to dlaczego ludzie po prostu „nie zdrowieją”, kiedy w pobliżu nie ma żadnych pasożytów, tak jak to miało miejsce w naszym przypadku?
Problem ten nie dawał nam spokoju przez następne dwadzieścia cztery godziny. To Reich znalazł wreszcie odpowiedź na to pytanie. Rozmawiał przypadkowo z żoną Everetta Reubke, prezydenta A.I.U.; jej mąż udał się właśnie w czterodniową podróż na Księżyc, która miała być rodzajem „kuracji wypoczynkowej”. Przyznała, że stan jego nerwów nie przedstawiał się najlepiej.
— Ale dlaczego? — zapytał Reich. — Przecież interesy idą świetnie!
— O tak! — odpowiedziała. — Ale kiedy jest się prezydentem tak wielkiego koncernu jak A.I.U., wpada się w nawyk martwienia się o wszystko i czasem nie można się od tego uwolnić.
To było to! Nawyk! Gdy się o tym pomyśli, jest to tak oczywiste i jasne! Od lat psychologowie mówili, że człowieka można porównać do maszyny. Lord Leicester przyrównał istotę ludzką do staroświeckich zegarów, poruszanych przez sprężyny. Pojedynczy uraz z dzieciństwa może stać się źródłem trwającej całe życie nerwicy. Z kolei jedno czy dwa szczęśliwe zdarzenia w dzieciństwie mogą na zawsze uczynić z człowieka optymistę. Organizm niszczy zarazki choroby w przeciągu tygodnia — patologia umysłu czy lęk trwać może przez całe życie. Dlaczego? Ponieważ siły życiowe umysłu mają tendencję do inercji. Funkcjonuje on w oparciu o nawyki; są one niezwykle odporne na przełamanie, szczególnie te negatywne.
Mówiąc innymi słowy, istota ludzka — jeśli została raz odpowiednio uwarunkowana przez pasożyty umysłu — upodabnia się do nakręconego zegara. Wystarczy go raz do roku nakręcić. Poza tym, jak stwierdził Weissman, ludzie warunkują się wzajemnie, oszczędzając pracy pasożytom. Postawy rodziców wobec życia przekazywane są dzieciom. Jeden ponury i pesymistyczny pisarz, dysponujący przekonywającym stylem, oddziaływuje na całe pokolenie twórców, którzy z kolei odciskają swe piętno na prawie każdej wykształconej osobie w danym kraju.
Im więcej wiedzieliśmy o pasożytach, tym jaśniejsze stawało się dla nas to, jak przerażająco prosta jest cała sprawa i jak niewiarygodne szczęście mieliśmy, wpadając na „ich” trop. Musiało upłynąć wiele czasu, zanim zrozumieliśmy jak bardzo nieadekwatne i nieprecyzyjne jest słowo „szczęście” (podobnie zresztą jak większość abstrakcyjnych pojęć z naszego języka) — i że tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego.
Spędzaliśmy, naturalnie, mnóstwo czasu dyskutując, kogo jeszcze moglibyśmy wtajemniczyć w nasz sekret. Był to problem nie lada. Zrobiliśmy dobry początek, ale jeden fałszywy krok mógłby zniszczyć wszystko. Po pierwsze, musieliśmy mieć pewność, że wybieramy ludzi, o umysłowości przygotowanej na przyjęcie tego, co mieliśmy im do przekazania. Nie była to już kwestia tego, by nie wzięto nas za wariatów — tym się zbytnio nie przejmowaliśmy — ale tego, by jakiś lekkomyślnie wybrany sojusznik nie zdradził całej sprawy.
Czytaliśmy wiele z zakresu psychologii i filozofii, szukając osób, których umysłowość rokowałaby dobrze w walce z pasożytami. Znaleźliśmy ich pewną ilość, ale wciąż byliśmy ostrożni. Szybko pojęliśmy z Reichem zasady fenomenologii. Sprzyjał temu fakt, iż żaden z nas nie był filozofem, a więc nie mieliśmy żadnych wcześniejszych nastawień, które trzeba by było przezwyciężać. Ziarno myśli Husserla padło na podatny grunt. Ponieważ była to jednak bitwa, musieliśmy wypracować sposób szkolenia innych ludzi w zakresie takiej dyscypliny umysłowej, która by ich przygotowała do walki z pasożytami. Nie wystarczyło polegać na ich zwykłej inteligencji. Należało tych ludzi nauczyć obrony przed pasożytami umysłu w możliwie jak najkrótszym czasie.
Chodzi, mianowicie, o rzecz następującą: jeśli ktoś choć raz nauczy się właściwie korzystać ze swego umysłu, reszta jest już rzeczą łatwą. To kwestia przełamania nawyku, który ludzie utrwalili przez miliony lat; nawyku koncentrowania całej uwagi na świecie zewnętrznym, traktowania „wyobraźni” jako rodzaju mechanizmu ucieczkowego zamiast uznania, że jest to krótka wyprawa do rozległych obszarów umysłu. Trzeba przyzwyczaić się do myślenia o tym, jaki jest rzeczywisty mechanizm funkcjonowania umysłu. „Umysł” rozumiem tu nie w potocznym znaczeniu tego słowa, ale szerzej — łącznie z uczuciami i percepcją. Stwierdziłem, że najtrudniejszą chyba rzeczą na początku jest uświadomienie sobie, że „uczucia” są po prostu inną formą percepcji. Mamy tendencję do upychania uczuć w osobne szufladki. Patrzę na człowieka i „widzę” go, jest to coś obiektywnego. Natomiast dziecko patrzy na niego i mówi: — Och, cóż to za wstrętny człowiek! Dziecko wyraża swoje uczucia wobec niego i wówczas mówimy, że to jest coś „subiektywnego”. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak głupia jest taka klasyfikacja i jak bardzo zniekształca nasze myślenie. W pewnym sensie uczucia dziecka są również spostrzeganiem. Tak, jak w bardziej istotnym sensie nasze „widzenie” jest „uczuciem”.
Читать дальше