MUSZĘ lepiej poznać te stworzenia. Dopóki wiem o nich mało, mogą mnie zniszczyć. Jeśli poznam je bliżej, być może znajdę sposób, by uświadomić ludzkości zagrożenie wiszące nad nią”…
Fragment, który przytoczyłem obecnie jest oczywiście tym urywkiem, od którego zacząłem czytanie. Wybrałem jego środkową część. Refleksje Historyczne są w istocie rozwlekłymi dywagacjami nad naturą owych pasożytów umysłu i ich rolą w historii ludzkości… Praca Weissmana ma postać dziennika czy też zbioru luźnych przemyśleń. Nie udało mu się uniknąć ogromnej ilości powtórzeń. Był człowiekiem, który mimo że próbuje ściśle trzymać się pewnej linii przewodniej w swoich rozważaniach, to jednak nieustannie z niej zbacza.
Zaskoczony byłem jego umiejętnością koncentrowania się na tak długie okresy. Ja na jego miejscu z pewnością znacznie gorzej radziłbym sobie z panowaniem nad nerwami. Sądzę jednak, że wynikało to z tego, iż sądził, że jest teraz względnie bezpieczny. Wyszedł zwycięsko z pierwszego pojedynku i był oszołomiony odniesionym zwycięstwem. Głównym problemem stało się teraz — jak pisał — przekonanie innych ludzi do jego odkrycia. Jednak, jak się wydaje, nie sądził, by była to szczególnie nagląca sprawa. Miał świadomość, że jeśli opublikowałby wyniki swego odkrycia wprost — uznano by go po prostu za szaleńca. Jako naukowiec, w każdym razie, miał wpojony nawyk ciągłego weryfikowania faktów i gromadzenia ich jak największej liczby, zanim się je opublikuje. To co mnie zastanawiało — i do dziś niepokoi — to fakt, że nie starał się ze swego odkrycia nikomu zwierzyć, nawet żonie. Już samo to wskazuje na osobliwy stan jego umysłu; czyżby był tak pewny, że nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo, że zaczął lekceważyć czas? Czy też euforia, jaka go ogarnęła, była następną sztuczką ze strony pasożytów? Bez względu na to, co się stało, kontynuował pisanie swych notatek w przekonaniu, że wygra tę walkę — aż do dnia, w którym „one” doprowadziły go do samobójstwa.
Nietrudno zgadnąć, jakie uczucia towarzyszyły mi podczas czytania dziennika Weissmana. Początkowo nie dowierzałem temu, o czym pisał — stan ten w gruncie rzeczy powracał wciąż na nowo w trakcie dalszego czytania — później przyszła ekscytacja i strach. Sądzę, że uznałbym to wszystko za obłęd, gdyby nie moje przeżycia na murach Karatepe. Byłem przygotowany na to, by uwierzyć w istnienie wampirów umysłu. Ale — co dalej?
W przeciwieństwie do Weissmana nie miałem w sobie tyle sił, by zatrzymać to odkrycie w tajemnicy. Byłem nim przerażony; wiedziałem, że najbezpieczniej byłoby spalić te notatki i udawać, że ich nigdy nie czytałem. Byłem pewien, że „one” zostawiłyby mnie wówczas w spokoju. Byłem bliski obłędu; przez cały czas, kiedy czytałem, nerwowo rozglądałem się wokół — i dopiero później uświadomiłem sobie, że przecież jeśli miałbym być obserwowany, to tylko od wewnątrz. Była to myśl, której nie mogłem znieść, dopóki nie natrafiłem na ustęp, w którym Weissman porównuje ich metodę „podsłuchu” do nasłuchu radiowego. Zorientowałem się, że ta metafora ma pewne uzasadnienie. Znajdowały się, najwidoczniej, bardzo głęboko w umyśle; w rzeczywistości zadomowiły się w krainie najgłębszych wspomnień. Gdyby zbliżyły się bardziej ku świadomości, mogłyby być zauważone. Wyciągnąłem stąd wniosek, że prawdopodobnie odważają się zbliżyć ku powierzchni dopiero późną nocą, kiedy umysł jest zmęczony i wyczerpany. Wyjaśniałoby to zdarzenie, jakie przeżyłem na murze w Karatepe.
Wiedziałem już, jaki będzie mój następny ruch. Będę musiał wszystko opowiedzieć Reichowi; był jedynym człowiekiem, którego darzyłem zaufaniem i sympatią na tyle, by móc mu o tym powiedzieć. Być może tragedia Weissmana wynikała z tego, że nie miał nikogo bliskiego, komu mógłby zaufać i kogo mógłby obdarzyć sympatią — tak jak ja Reicha. Gdy zamierzałem to powiedzieć Reichowi, uznałem, że najbezpieczniejszym momentem ku temu będzie ranek, kiedy obydwaj będziemy mieli wypoczęty umysł. Zarazem wiedziałem, że nie potrafię utrzymać języka za zębami przez całą noc.
Tak więc, skontaktowałem się z Reichem za pomocą naszego prywatnego kodu. Był na wykopaliskach. Kiedy jego twarz pojawiła się na ekranie videotelefonu, natychmiast poczułem się, jakbym oddalił od siebie groźbę obłędu. Spytałem, co by powiedział na wspólną kolację wieczorem? Zapytał, czy mam jakiś szczególny powód — na co odparłem, że nie. — Po prostu — dodałem — czuję się lepiej i brak mi towarzystwa. Szczęście mnie nie opuściło; kilku dyrektorów A.I.U. było właśnie na wykopaliskach i mieli zamiar wrócić do Diyarbakiru rakietą o szóstej. Miał być u mnie o wpół do siódmej.
Kiedy wyłączyłem aparat, po raz pierwszy zrozumiałem, dlaczego Weissman milczał. Lęk, aby nie zostać „podsłuchanym” przez „nie” był tak silny, że zmuszał go do zachowania szczególnych środków ostrożności; do rozważnych i chłodnych reakcji, do trzymania myśli w ryzach, do kierowania ich na obszary zwyczajnych spraw.
Zamówiłem posiłek w restauracji dyrektorskiej, z której mogliśmy korzystać. Wydawało mi się, że tam będzie jakoś bezpieczniej o tym wszystkim mówić. Na godzinę przed jego przybyciem położyłem się znowu na łóżku, zamknąłem oczy i spróbowałem się odprężyć i oczyścić umysł.
To dziwne, ale nie sprawiło mi to wówczas wielkiego kłopotu. Ćwiczenie polegające na koncentrowaniu się na własnym umyśle bardzo dodaje odwagi. Były sprawy, które natychmiast zacząłem rozumieć. Jako niepoprawny „romantyk” zawsze byłem ofiarą nudy. Nuda ta ma swe źródło w nieufności wobec świata; ma się wrażenie, że nie można go zignorować, spuścić z oczu, zapomnieć. Tak więc siedzi się, gapi w sufit — zamiast słuchać muzyki, czy myśleć o historii — a wszystko to z dziwnego poczucia obowiązku. Więc dobrze, teraz byłem przekonany, że moim obowiązkiem jest ignorowanie świata zewnętrznego. Wiedziałem, o co chodziło Karelowi: pasożytom zależało, abyśmy nie wiedzieli o ich obecności. Przez samo uświadomienie sobie ich obecności zyskiwało się bowiem nowe siły i poczucie sensu.
Reich przybył dokładnie o wpół do siódmej i stwierdził, że wyglądam znacznie lepiej. Przyniósł ze sobą Martini, opowiedział o tym, co działo się na wykopaliskach od czasu mego wyjazdu. — Głównie sprzeczano się o to, w którym rogu zacząć kopanie pierwszego tunelu… O siódmej zeszliśmy na kolację. Dostaliśmy stolik na uboczu, koło okna — mimo to wiele osób kłaniało nam się; w ostatnich dwóch miesiącach staliśmy się osobistościami o międzynarodowej sławie. Kiedy zajęliśmy miejsce przy stoliku, zamówiliśmy mrożony melon; Reich sięgnął po listę win. Zabrałem mu ją, mówiąc:
— Nie chcę, byś dziś wieczorem pił więcej. Później ci powiem, dlaczego. Będziemy obaj potrzebowali trzeźwego umysłu.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Co się dzieje? Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku?
— Musiałem. To, co mam do powiedzenia, musi na razie pozostać tajemnicą.
Uśmiechając się, odparł:
— Jeśli tak, to może lepiej byłoby sprawdzić, czy nie ma pod stołem ukrytych mikrofonów?
Odpowiedziałem mu na to, że nie ma takiej potrzeby, gdyż w to co powiem i tak nikt by nie uwierzył. Patrzył na mnie zupełnie już zdezorientowany, zacząłem więc mówić.
— Czy wydaję ci się całkiem normalny i czy jestem przy zdrowych zmysłach?
— Oczywiście, że tak.
— A gdybym ci powiedział, że za pół godziny będziesz w to wątpił?
Читать дальше