— Na miłość boską, mów już! Wiem, że nie jesteś wariatem. O co chodzi? Czy dotyczy to jakiegoś nowego pomysłu co do naszego podziemnego miasta? — odpowiedział.
Zaprzeczyłem. Patrzył na mnie w osłupieniu; więc powiedziałem mu, że przez całe popołudnie czytałem materiały, pozostawione przez Weissmana. Dodałem:
— Sądzę, że odkryłem przyczynę jego samobójstwa.
— Dlaczego to uczynił?
— Myślę, że będzie lepiej, jeśli przeczytasz to sam. On wyjaśnia to lepiej, niż bym ja mógł to za niego uczynić. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie wierzę, aby był obłąkany. To nie było samobójstwo, był to rodzaj morderstwa.
Przez cały czas, kiedy mówiłem, zastanawiałem się czy nie pomyśli, że zwariowałem. Starałem się, jak mogłem najbardziej, być jak najspokojniejszym i jak najbardziej rozsądnym.
Z dużą ulgą zauważyłem, że nic takiego nie przyszło mu nawet do głowy. Powiedział tylko:
— Słuchaj, gdybyś nie miał nic przeciwko temu, zamówmy jednak drinka. Potrzebuję tego.
Zamówiliśmy więc pół butelki Nuits St. Georges i wypiliśmy je obaj. Powtórzyłem mu, najzwięźlej jak umiałem, teorie Weissmana dotyczące pasożytów umysłu. Zacząłem od przypomnienia o moim doświadczeniu na murach Karatepe i naszej dyskusji o tym. Nim zakończyłem, moje uznanie i sympatia dla Reicha wzrosły w dwójnasób. Nie byłoby rzeczą dziwną, gdyby temu, co mówię przytaknął dobrotliwie, a następnie wezwał karetkę pogotowia, prosząc o kaftan bezpieczeństwa. Moje krótkie sprawozdanie musiało brzmieć dość niepokojąco. On jednak uznał, że w pisaninie Weissmana musiało coś być, co mnie przekonało — i sam chciał być również przekonany. Pamiętam, że kiedy wróciliśmy po kolacji na górę, towarzyszyło mi pewnego rodzaju poczucie nierealności. Jeśli miałem rację, to rozmowa, którą odbyłem, była jednym z ważniejszych wydarzeń w historii ludzkości. A tymczasem byliśmy nadal zwykłymi ludźmi powracającymi do przytulnego pokoju, zagadywanymi przez tłustych, zamożnie wyglądających mężczyzn, którzy chcieli przedstawić nam swoje żony. Wszystko wyglądało zbyt normalnie i banalnie. Patrzyłem na potężną postać Reicha, spokojnie wspinającego się przede mną po schodach i zastanawiałem się, czy rzeczywiście uwierzył w opowieść science-fiction, którą mu zaserwowałem. Wiedziałem, że w dużej mierze to, czy nie oszalałem zależało od tego, czy uwierzy w to, co mówiłem.
W pokoju napiliśmy się soku pomarańczowego. Teraz Reich zrozumiał, dlaczego chciałem byśmy zachowali trzeźwość umysłu. Nie zapalił papierosa. Wręczyłem mu skoroszyt, zatytułowany Refleksje Historyczne i wskazałem na fragment, który przytoczyłem wcześniej. Przeczytałem go raz jeszcze, tym razem siedząc koło niego. Kiedy skończyłem, wstał i zaczął milcząco chodzić tam i z powrotem po pokoju. W końcu powiedziałem:
— Zdajesz sobie chyba sprawę, że jeśli nie jest to po prostu jedynie wymysł szaleńca to, mówiąc ci o tym, naraziłem twoje życie na niebezpieczeństwo?
— Nie przeraża mnie to zupełnie. Moje życie bywało już niejednokrotnie narażane. Chciałbym natomiast wiedzieć, na ile niebezpieczeństwo jest realne. Nie doświadczyłem nigdy obecności owych wampirów umysłu, tak więc brak mi możliwości osądu.
— Ja również; wiem równie mało jak ty. Materiały Weissmana pełne są rozważań na ten temat, ale niczego nie stwierdzają definitywnie. Musimy zaczynać od zera.
Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie uważnie i rzekł:
— Ty w to rzeczywiście wierzysz, nieprawdaż?
— Niestety, tak — odrzekłem.
Cała sytuacja wyglądała na zupełnie absurdalną; rozmawialiśmy ze sobą jak bohaterowie książek Ridera Haggarda; a jednak wszystko to było prawdą. Przez około pół godziny rozmawialiśmy, nie dochodząc do żadnych konkluzji; w końcu Reich powiedział:
— Jedną rzecz, w każdym razie, musimy zrobić natychmiast. Musimy to wszystko nagrać na taśmę i zdeponować dziś wieczorem w banku. Jeśli cokolwiek się nam przydarzy tej nocy, posłuży to jako przestroga dla innych. Prawdopodobieństwo, że nas obydwu uznają za wariatów, jest mniejsze, niż gdyby chodziło tylko o jednego z nas.
Miał rację. Wyjęliśmy magnetofon i zrobiliśmy to, co proponował, czytając głośno wyjątki z notatek Weissmana. Na zakończenie Reich dodał od siebie jeszcze kilka słów. Powiedział, że nie jest pewien, czy to, co pisał Weissman jest szaleństwem, czy nie. Brzmi jednak na tyle wiarygodnie, aby usprawiedliwić naszą ostrożność w tej kwestii. Nie znamy jak dotąd przyczyny śmierci Weissmana, ale posiadamy jego notatki z dnia poprzedzającego samobójstwo, w których brak jakichkolwiek znamion szaleństwa.
Kiedy nagranie było gotowe, zaplombowaliśmy plastikowe pudełko, w którym umieściliśmy taśmę i zeszliśmy na dół, by włożyć je do nocnego sejfu znajdującego się w banku A.I.U.C. Następnie zadzwoniłem do dyrektora firmy i poinformowałem go, że zdeponowałem nagranie zawierające pewne ważne koncepcje; prosiłem, aby przechował je do momentu, gdy będziemy ich potrzebowali. Nie stawiał nam żadnych przeszkód w tym względzie, uznał, że nagranie zawiera jakieś ważne informacje związane z wykopaliskami… Obiecał osobiście zająć się tą sprawą.
Poinformowałem Reicha, iż powinniśmy się solidnie wyspać; przedstawiłem mu swoją teorię mówiącą o tym, że pasożyty mają znacznie mniejszą moc panowania nad umysłem w pełni przytomnym. Postanowiliśmy zostawić włączone videotelefony pomiędzy naszymi pokojami — na wypadek, gdybyśmy potrzebowali wzajemnej pomocy. Następnie rozstaliśmy się. Bez chwili wahania wziąłem silny środek uspokajający — mimo że nie było jeszcze dziesiątej — i położyłem się spać. W momencie, kiedy głowa moja opadła na poduszkę, starałem się nie myśleć o niczym; prawie natychmiast zasnąłem. Myśli moje były uporządkowane i zdyscyplinowane. Nie miałem żadnych trudności z utrzymaniem umysłu w ryzach.
Reich obudził mnie następnego dnia o dziewiątej rano; z ulgą przyjął to, że znajdowałem się w dobrym stanie. Dziesięć minut później przyszedł na śniadanie.
Wtedy dopiero, siedząc w zalanym już słońcem pokoju i sącząc zimny sok pomarańczowy, po raz pierwszy zaczęliśmy myśleć konkretnie o pasożytach. Umysły nasze były świeże i wypoczęte. Całą rozmowę nagraliśmy. Po pierwsze — przedyskutowaliśmy kwestię tego, w jakim stopniu możemy swą wiedzę ukryć przed „nimi”. Wniosek był jeden: nie ma sposobu, żeby tę kwestię rozstrzygnąć. Weissman jednak przetrwał, skryty przed nimi, sześć miesięcy — co wskazywało, że zagrożenie nie było bezpośrednie. Co więcej „one” wiedziały, że Weissman był na ich tropie; faktycznie udało się im zapobiec próbom skierowania umysłu na ten problem. Weissman był więc od początku naznaczony. Z drugiej jednak strony — poprzedniego dnia, czytając Refleksje Historyczne, nie czułem żadnej obcej obecności, a kiedy przezwyciężyłem już początkowy strach i panikę, poczułem się wyjątkowo zdrowy, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Dojrzewałem do tego, aby podjąć rzucone mi wyzwanie. (Babcia opowiadała mi kiedyś, że w pierwszych dniach II wojny światowej ludzie czuli się wyjątkowo szczęśliwi i byli odprężeni; stan ich doskonale teraz rozumiałem).
Tak więc było dość prawdopodobne, że „one” nie zorientowały się jeszcze, iż tajemnica Weissmana ujrzała światło dzienne. Nie było to takie dziwne. Nie znaliśmy ich liczby, nie wiedzieliśmy nawet, czy pojęcie liczby można do nich stosować; jeśli jednak miały problem w kontrolowaniu umysłów pięciu miliardów ludzi, aktualnej populacji świata, to niebezpieczeństwo nie mogło być aż tak wielkie. Załóżmy — powiedział Reich — że koncepcja Junga jest prawdziwa i gatunek ludzki posiada wielki, wspólny umysł, rozległy ocean nieświadomości. Załóżmy także, że pasożyty te są stworzeniami zamieszkującymi głębię tego oceanu i unikającymi zbytniego zbliżania się do powierzchni ze strachu, by nie zostać odkrytymi. W takim wypadku mogą one przez lata nie odkryć tego, że wiemy o nich — o ile sami się nie wydamy, tak jak to uczynił Weissman, który postawił je w stan gotowości.
Читать дальше