Robert Heinlein - Luna to surowa pani

Здесь есть возможность читать онлайн «Robert Heinlein - Luna to surowa pani» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Poznań, Год выпуска: 1992, ISBN: 1992, Издательство: Rebis, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Luna to surowa pani: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Luna to surowa pani»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

W książce uważanej za jedną z jego najbardziej fascynujących i zmuszających do myślenia, mistrz współczesnej SF opowiada dziwną historię z jeszcze bardziej dziwnego świata — XXI-wiecznej Luny, kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Wybucha tam rewolucja zesłanych do Luny nieszczęśników przeciwko nadzorującemu ich komputerowi. Powstanie rozszerza się, dopóki nie następuje to, co jest nieuniknione…

Luna to surowa pani — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Luna to surowa pani», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Sukienka była na nią za ciasna. Lgnęła do jej ciała jak natryskana emalia, tylko na dole, na udach, rozszerzała się od statycznej elektryczności. Odpięła pasek od sakwy i niosła ją teraz pod pachą. Buty wyrzuciła albo schowała do sakwy; na bosaka wyglądała na niższą.

Dobrze wyglądała. Co więcej, nie wyglądała na podburzającą tłumy agitatorkę.

Z szerokim uśmiechem na twarzy, prężąc ciało, czekała, aż skończę ją podziwiać. Dwaj mali chłopcy stanęli obok mnie i dorzucili swoje wyrazy zachwytu, tupiąc nogami. Dałem im po parę groszy i kazałem zmykać. Wyoming podpłynęła do mnie i wzięła mnie pod rumie.

— Okay? Ujdzie?

— Wyoh, wyglądasz jak jedna z tych panienek na godziny, kiedy czekają na klientów.

— Ty szajsowaty żółtodziobie! Wyglądam na tanią panienkę? Ty turysto!

— Nie złość się, ślicznotko. Powiedz, czego ci trzeba. Mogę ci dać wszystko. Jeśli chcesz floty, to mam własną stocznię.

— Hm… — Szturchnęła mnie solidnie w żebra i uśmiechnęła się. — Poniosło mnie, kolego. Jeśli kiedyś wylądujemy w łóżku — na co się nie zanosi — to na pewno nie za forsę. Poszukajmy tego hotelu.

Znaleźliśmy go, i wykupiłem klucz. Wyoming robiła lubieżne miny, ale nie musiała. Nocny recepcjonista nawet nie podniósł oczu znad robótki; za żadne skarby nie zaprowadziłby nas do pokoju. Kiedy do niego weszliśmy, Wyoming zasunęła zasuwy.

— Jak tu ładnie!

Nic dziwnego, wybuliłem za niego 32 hongkongijskie dolary. Widocznie spodziewała się kabiny do obłapiania, ale nawet dla konspiracji nie umieściłbym jej w czymś takim. Ten pokój był właściwie bardzo wygodnym salonikiem z prywatną łazienką i nieograniczonym przydziałem wody. A także z telefonem i samoobsługową windą do podawania posiłków, która bardzo przypadła mi do gustu.

Wye otworzyła sakwę.

— Widziałam, ile za to zapłaciłeś. Rozliczymy się i… Wyciągnąłem dłoń i zamknąłem jej sakwę.

— Mieliśmy nie mówić o forsie.

— Co? O, merde, chodziło mi o ciupcianie. Zapłaciłeś za mój nocleg, i przyzwoitość wymaga…

— Daj spokój.

— Eee… po połowie? Fifty-fifty?

— Niet. Wyoh, jesteś daleko od domu. Nie wyrzucaj pieniędzy, bo jeszcze ci się przydadzą.

— Manuelu O’Kelly, jeśli nie pozwolisz mi zapłacić mojej połowy, to pójdę sobie stąd!

Skłoniłem się.

— Do swidania, gospoża, i spokojnej noczi. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. — Podszedłem do drzwi i położyłem dłoń na zasuwie.

Spiorunowała mnie wzrokiem i zamknęła wściekle sakwę.

— Jasny gwint! Zostaję.

— Proszę bardzo.

— Naprawdę, jestem ci bardzo wdzięczna. Ale… Cóż, nie przywykłam do tego, żeby nieznajomi wyświadczali mi takie przysługi. Jestem Wolną Kobietą.

— Chyba powinienem ci tego pogratulować.

— Nie bądź złośliwy. Jesteś człowiekiem stanowczym i szanuję cię za to — cieszę się, że jesteś po naszej stronie.

— Tego nie byłbym taki pewien.

— Co?

— Spokojnie. Nie jestem też po stronie gubernatora. I nie doniosę na was… bo prześladowałby mnie duch Krasnala, niech Boh zachowa jego wielką duszę. Ale wasz program nie jest praktyczny.

— Ależ, Mannie, nic nie rozumiesz! Jeśli wszyscy…

— Nie tak ostro, Wye; nie czas teraz na politykę. Jestem zmęczony i głodny. Kiedy ostatnio jadłaś?

— O, rany! — Nagle zrobiła się mała, młodziutka, zmęczona. — Sama nie wiem. Chyba w autobusie. Racje skafandrowe.

— Co byś powiedziała na stek a la Kansas City, krwisty, z pieczonymi kartoflami, sosem Tycho, sałatką, kawą… i z drinkiem na zaostrzenie apetytu?

— Brzmi niebiańsko!

— Też tak sądzę, ale o tej porze i w tej norze będziemy mieli szczęście, jeśli dostaniemy zupę z alg i hamburgery. Co pijasz?

— Wszystko. Etanol.

— Okay. — Podszedłem do windy i nacisnąłem guzik. — Proszę o menu. — Wyświetliło się, a ja zamówiłem żeberka z dodatkami plus dwa strudle jabłkowe z bitą śmietaną. Wystukałem jeszcze najważniejsze — pół litra wódki stołowej i lód.

— Czy zdążę się wykąpać? Czy mogę?

— Śmiało, Wye. Będziesz ładniej pachnieć.

— Ty świnio. Po dwunastu godzinach w skafandrze też byś śmierdział — straszne są te autobusy. Będę się śpieszyć.

— Momencik, Wye. Czy ta farbka jest wodoodporna? Może ci się Jeszcze przydać, kiedy stąd wyjdziemy… o ile stąd wyjdziemy, a nie wyprowadzą nas.

— Nie jest wodoodporna. Ale kupiłeś trzy razy więcej, niż potrzebowałam. Przepraszam, Mannie; zawsze biorę ze sobą kosmetyki, kiedy podróżuję w sprawach organizacji — różnie bywa. Choć nie bywało jeszcze tak źle, jak dziś. Ale tym razem nie miałam czasu na pakowanie, a i tak spóźniłam się na kapsułę i o mało co uciekł mi autobus.

— Idź się szorować.

— Yes, sir, panie kapitanie. Eee, nie musisz myć mi pleców… ale zostawię drzwi otwarte, żebyśmy mogli porozmawiać. Tylko dla towarzystwa, niczego ci nie proponuję.

— Jak uważasz. Widywałem już nagie kobiety.

— Musiało to być dla nich niezapomniane przeżycie. — Wyszczerzyła zęby i znów szturchnęła mnie w żebra — mocno — weszła do łazienki i włączyła wannę. — Mannie, czy chciałbyś pierwszy wykąpać się w tej wodzie? Do farbki i tego smrodku, na który się użalałeś, nie muszę mieć czystej.

— Woda bez ograniczeń, kotku. Nie żałuj sobie.

— Och, co za luksus! W domu kąpię się w tej samej wodzie przez trzy dni pod rząd. — Gwizdnęła cicho i wesoło. — Mannie, czy jesteś bogaty?

— Niezupełnie bogaty, ale nie narzekam.

Winda zabrzęczała; otworzyłem drzwiczki, przyrządziłem górnicze martini, czyli wódkę z lodem, podałem Wye jej szklankę, wróciłem do pokoju i usadowiłem się tak, żeby jej nie widzieć — zresztą i tak niewiele bym zobaczył; po szyję kryła ją kąpielowa piana.

— Połnoj żyzni! — zawołałem.

— I za pełnię twojego życia, Mannie. Oto lekarstwo dla mnie. — Zażyła lekarstwo i mówiła dalej: — Mannie, jesteś żonaty. Ja?

— Da. To widać?

— Raczej tak. Jesteś dla dam uprzejmy, choć niezbyt entuzjastyczny, i jesteś niezależny. A więc jesteś żonaty, i to od dawna. Masz dzieci?

— Siedemnaście podzielone przez cztery.

— Małżeństwo klanowe?

— Liniowe. Wślubiłem się, kiedy miałem czternaście lat, i jestem piąty z dziewięciu. Czyli nominalnie mam siedemnaścioro dzieci. To duża rodzina.

— Musi wam się miło żyć. W Hongkongu niewiele mamy rodzin liniowych. Mnóstwo klanów i grup i sporo poliandrii, ale liniówka jakoś nigdy się nie przyjęła.

— Rzeczywiście, miło się nam żyje. Nasze małżeństwo ma już prawie sto lat. Zaczęło się w Johnson City, na początku zsyłek — dwadzieścia jeden ogniw, z tego dziewięć żywych, i ani jednego rozwodu. Och, kiedy na urodziny czy wesele zjeżdżają się wszyscy potomkowie, krewni i powinowaci, robi się istny dom wariatów, bo dzieciaków mamy, oczywiście, więcej niż siedemnastkę; kiedy przechodzą do innej rodziny, przestajemy je liczyć, bo inaczej miałbym „dzieci”, które mogłyby być moimi dziadkami. To dobre życie, bez nerwów. Pomyśl choćby o mnie. Nawet jeśli przez tydzień nie pokażę się i nie zadzwonię, to nikt nie będzie na mnie czekać z wałkiem. Kiedy wrócę, ucieszą się, że jestem. W małżeństwach liniowych rozwody są rzadkością. To chyba najlepszy model.

— Chyba rzeczywiście. Jak dobieracie nowych członków? Czy jest jakaś rotacja płci? Czy robicie to w stałych odstępach?

— Nie, po prostu wtedy, kiedy chcemy. Przestrzegaliśmy rotacji aż do zeszłego roku, kiedy dobraliśmy najnowsze ogniwo. Była kolej na chłopaka, a wślubiliśmy dziewczynę. Ale to był wyjątkowy przypadek.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Luna to surowa pani»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Luna to surowa pani» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Robert Heinlein - Sixième colonne
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Luna e o doamnă crudă
Robert Heinlein
Robert Heinlein - En terre étrangère
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Révolte sur la Lune
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Piętaszek
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Viernes
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Csillagközi invázió
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Fanteria dello spazio
Robert Heinlein
libcat.ru: книга без обложки
Robert Heinlein
Robert Heinlein - Citizen of the Galaxy
Robert Heinlein
Отзывы о книге «Luna to surowa pani»

Обсуждение, отзывы о книге «Luna to surowa pani» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x