Sukienka była na nią za ciasna. Lgnęła do jej ciała jak natryskana emalia, tylko na dole, na udach, rozszerzała się od statycznej elektryczności. Odpięła pasek od sakwy i niosła ją teraz pod pachą. Buty wyrzuciła albo schowała do sakwy; na bosaka wyglądała na niższą.
Dobrze wyglądała. Co więcej, nie wyglądała na podburzającą tłumy agitatorkę.
Z szerokim uśmiechem na twarzy, prężąc ciało, czekała, aż skończę ją podziwiać. Dwaj mali chłopcy stanęli obok mnie i dorzucili swoje wyrazy zachwytu, tupiąc nogami. Dałem im po parę groszy i kazałem zmykać. Wyoming podpłynęła do mnie i wzięła mnie pod rumie.
— Okay? Ujdzie?
— Wyoh, wyglądasz jak jedna z tych panienek na godziny, kiedy czekają na klientów.
— Ty szajsowaty żółtodziobie! Wyglądam na tanią panienkę? Ty turysto!
— Nie złość się, ślicznotko. Powiedz, czego ci trzeba. Mogę ci dać wszystko. Jeśli chcesz floty, to mam własną stocznię.
— Hm… — Szturchnęła mnie solidnie w żebra i uśmiechnęła się. — Poniosło mnie, kolego. Jeśli kiedyś wylądujemy w łóżku — na co się nie zanosi — to na pewno nie za forsę. Poszukajmy tego hotelu.
Znaleźliśmy go, i wykupiłem klucz. Wyoming robiła lubieżne miny, ale nie musiała. Nocny recepcjonista nawet nie podniósł oczu znad robótki; za żadne skarby nie zaprowadziłby nas do pokoju. Kiedy do niego weszliśmy, Wyoming zasunęła zasuwy.
— Jak tu ładnie!
Nic dziwnego, wybuliłem za niego 32 hongkongijskie dolary. Widocznie spodziewała się kabiny do obłapiania, ale nawet dla konspiracji nie umieściłbym jej w czymś takim. Ten pokój był właściwie bardzo wygodnym salonikiem z prywatną łazienką i nieograniczonym przydziałem wody. A także z telefonem i samoobsługową windą do podawania posiłków, która bardzo przypadła mi do gustu.
Wye otworzyła sakwę.
— Widziałam, ile za to zapłaciłeś. Rozliczymy się i… Wyciągnąłem dłoń i zamknąłem jej sakwę.
— Mieliśmy nie mówić o forsie.
— Co? O, merde, chodziło mi o ciupcianie. Zapłaciłeś za mój nocleg, i przyzwoitość wymaga…
— Daj spokój.
— Eee… po połowie? Fifty-fifty?
— Niet. Wyoh, jesteś daleko od domu. Nie wyrzucaj pieniędzy, bo jeszcze ci się przydadzą.
— Manuelu O’Kelly, jeśli nie pozwolisz mi zapłacić mojej połowy, to pójdę sobie stąd!
Skłoniłem się.
— Do swidania, gospoża, i spokojnej noczi. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. — Podszedłem do drzwi i położyłem dłoń na zasuwie.
Spiorunowała mnie wzrokiem i zamknęła wściekle sakwę.
— Jasny gwint! Zostaję.
— Proszę bardzo.
— Naprawdę, jestem ci bardzo wdzięczna. Ale… Cóż, nie przywykłam do tego, żeby nieznajomi wyświadczali mi takie przysługi. Jestem Wolną Kobietą.
— Chyba powinienem ci tego pogratulować.
— Nie bądź złośliwy. Jesteś człowiekiem stanowczym i szanuję cię za to — cieszę się, że jesteś po naszej stronie.
— Tego nie byłbym taki pewien.
— Co?
— Spokojnie. Nie jestem też po stronie gubernatora. I nie doniosę na was… bo prześladowałby mnie duch Krasnala, niech Boh zachowa jego wielką duszę. Ale wasz program nie jest praktyczny.
— Ależ, Mannie, nic nie rozumiesz! Jeśli wszyscy…
— Nie tak ostro, Wye; nie czas teraz na politykę. Jestem zmęczony i głodny. Kiedy ostatnio jadłaś?
— O, rany! — Nagle zrobiła się mała, młodziutka, zmęczona. — Sama nie wiem. Chyba w autobusie. Racje skafandrowe.
— Co byś powiedziała na stek a la Kansas City, krwisty, z pieczonymi kartoflami, sosem Tycho, sałatką, kawą… i z drinkiem na zaostrzenie apetytu?
— Brzmi niebiańsko!
— Też tak sądzę, ale o tej porze i w tej norze będziemy mieli szczęście, jeśli dostaniemy zupę z alg i hamburgery. Co pijasz?
— Wszystko. Etanol.
— Okay. — Podszedłem do windy i nacisnąłem guzik. — Proszę o menu. — Wyświetliło się, a ja zamówiłem żeberka z dodatkami plus dwa strudle jabłkowe z bitą śmietaną. Wystukałem jeszcze najważniejsze — pół litra wódki stołowej i lód.
— Czy zdążę się wykąpać? Czy mogę?
— Śmiało, Wye. Będziesz ładniej pachnieć.
— Ty świnio. Po dwunastu godzinach w skafandrze też byś śmierdział — straszne są te autobusy. Będę się śpieszyć.
— Momencik, Wye. Czy ta farbka jest wodoodporna? Może ci się Jeszcze przydać, kiedy stąd wyjdziemy… o ile stąd wyjdziemy, a nie wyprowadzą nas.
— Nie jest wodoodporna. Ale kupiłeś trzy razy więcej, niż potrzebowałam. Przepraszam, Mannie; zawsze biorę ze sobą kosmetyki, kiedy podróżuję w sprawach organizacji — różnie bywa. Choć nie bywało jeszcze tak źle, jak dziś. Ale tym razem nie miałam czasu na pakowanie, a i tak spóźniłam się na kapsułę i o mało co uciekł mi autobus.
— Idź się szorować.
— Yes, sir, panie kapitanie. Eee, nie musisz myć mi pleców… ale zostawię drzwi otwarte, żebyśmy mogli porozmawiać. Tylko dla towarzystwa, niczego ci nie proponuję.
— Jak uważasz. Widywałem już nagie kobiety.
— Musiało to być dla nich niezapomniane przeżycie. — Wyszczerzyła zęby i znów szturchnęła mnie w żebra — mocno — weszła do łazienki i włączyła wannę. — Mannie, czy chciałbyś pierwszy wykąpać się w tej wodzie? Do farbki i tego smrodku, na który się użalałeś, nie muszę mieć czystej.
— Woda bez ograniczeń, kotku. Nie żałuj sobie.
— Och, co za luksus! W domu kąpię się w tej samej wodzie przez trzy dni pod rząd. — Gwizdnęła cicho i wesoło. — Mannie, czy jesteś bogaty?
— Niezupełnie bogaty, ale nie narzekam.
Winda zabrzęczała; otworzyłem drzwiczki, przyrządziłem górnicze martini, czyli wódkę z lodem, podałem Wye jej szklankę, wróciłem do pokoju i usadowiłem się tak, żeby jej nie widzieć — zresztą i tak niewiele bym zobaczył; po szyję kryła ją kąpielowa piana.
— Połnoj żyzni! — zawołałem.
— I za pełnię twojego życia, Mannie. Oto lekarstwo dla mnie. — Zażyła lekarstwo i mówiła dalej: — Mannie, jesteś żonaty. Ja?
— Da. To widać?
— Raczej tak. Jesteś dla dam uprzejmy, choć niezbyt entuzjastyczny, i jesteś niezależny. A więc jesteś żonaty, i to od dawna. Masz dzieci?
— Siedemnaście podzielone przez cztery.
— Małżeństwo klanowe?
— Liniowe. Wślubiłem się, kiedy miałem czternaście lat, i jestem piąty z dziewięciu. Czyli nominalnie mam siedemnaścioro dzieci. To duża rodzina.
— Musi wam się miło żyć. W Hongkongu niewiele mamy rodzin liniowych. Mnóstwo klanów i grup i sporo poliandrii, ale liniówka jakoś nigdy się nie przyjęła.
— Rzeczywiście, miło się nam żyje. Nasze małżeństwo ma już prawie sto lat. Zaczęło się w Johnson City, na początku zsyłek — dwadzieścia jeden ogniw, z tego dziewięć żywych, i ani jednego rozwodu. Och, kiedy na urodziny czy wesele zjeżdżają się wszyscy potomkowie, krewni i powinowaci, robi się istny dom wariatów, bo dzieciaków mamy, oczywiście, więcej niż siedemnastkę; kiedy przechodzą do innej rodziny, przestajemy je liczyć, bo inaczej miałbym „dzieci”, które mogłyby być moimi dziadkami. To dobre życie, bez nerwów. Pomyśl choćby o mnie. Nawet jeśli przez tydzień nie pokażę się i nie zadzwonię, to nikt nie będzie na mnie czekać z wałkiem. Kiedy wrócę, ucieszą się, że jestem. W małżeństwach liniowych rozwody są rzadkością. To chyba najlepszy model.
— Chyba rzeczywiście. Jak dobieracie nowych członków? Czy jest jakaś rotacja płci? Czy robicie to w stałych odstępach?
— Nie, po prostu wtedy, kiedy chcemy. Przestrzegaliśmy rotacji aż do zeszłego roku, kiedy dobraliśmy najnowsze ogniwo. Była kolej na chłopaka, a wślubiliśmy dziewczynę. Ale to był wyjątkowy przypadek.
Читать дальше