Kilkanaście osób zaczęło domagać się głosu, a jeszcze więcej dyskutowało przy wtórze walenia prezydialnego młotka. Nic więc nie zauważyłem i obejrzałem się dopiero słysząc krzyk jakiejś kobiety.
Wszystkie drzwi były teraz otwarte, a w najbliższych ujrzałem trzech uzbrojonych mężczyzn — w żółtych mundurach gwardii gubernatorskiej. W głębi sali, przy głównym wejściu, ktoś mówił przez laryngomegafon; zagłuszał wrzawę i nasze głośniki.
— KONIEC ZABAWY! — ryczał. — NIE RUSZAĆ SIĘ Z MIEJSCA. JESTEŚCIE ARESZTOWANI. NIE RUSZAĆ SIĘ. ZACHOWAĆ SPOKÓJ. WYCHODZIĆ POJEDYNCZO, Z PUSTYMI DŁOŃMI WYCIĄGNIĘTYMI PRZED SIEBIE.
Krasnal uniósł stojącego obok niego faceta i cisnął nim w najbliższych gwardzistów; dwaj z nich upadli, trzeci wystrzelił. Ktoś wrzasnął przeraźliwie. Chuda rudowłosa dziewczynka, może jedenasto — lub dwunastoletnia, rzuciła się do kolan trzeciego gwardzisty i uderzyła w nie, zwinięta w kłębek; goryl upadł. Krasnal machnął ręką do tyłu, chowając Wyoming Knott za osłonę swego cielska, krzyknął przez ramię: — Pilnuj Wyoh, Man — trzymaj się mnie! — i ruszył ku drzwiom, rozsuwając tłum na boki jak dzieci.
Znów rozległy się krzyki, a w moje nozdrza wtargnął pewien smród — ten sam, który poczułem tego dnia, gdy straciłem rękę; ze zgrozą uświadomiłem sobie, że goryle używają nie paralizatorów, a laserów. Krasnal dotarł do drzwi i w każdą wielką dłoń schwycił po gwardziście. Ruda mała gdzieś znikła. Goryl, którego przewróciła, gramolił się na czworaki. Grzmotnąłem go lewą ręką w twarz i aż mnie zabolało w barku, gdy złamałem mu szczękę. Chyba zatrzymałem się na moment, bo Krasnal popchnął mnie i wrzasnął:
— Ruszaj się, Man! Zabierz ją stąd!
Prawym ramieniem uchwyciłem talię Wyoming, przerzuciłem ją ponad uciszonym gorylem i za drzwi — nie bez trudu; chyba nie chciała, żeby ją ratowano. Za drzwiami znów zwolniła; pchnąłem ją mocno w pośladki, i musiała pobiec, żeby nie upaść. Obejrzałem się.
Krasnal trzymał swoich gwardzistów za karki; wyszczerzył zęby, waląc ich czaszkami o siebie. Pękły jak skorupki jajek, a on krzyknął do mnie:
— Git!
Pobiegłem za Wyoming. Nie mogłem już pomóc Krasnalowi, nikt nie mógł mu już pomóc. Nie chciałem też, by jego ostatni wyczyn poszedł na marne. Bo widziałem, że zabijając gwardzistów stał na jednej nodze. Z drugiej pozostało mu tylko udo.
Dogoniłem Wyoh w połowie rampy na poziom 6. Wciąż biegła i musiałem przytrzymać drzwi śluzy, żeby wejść razem z nią. Tam schwyciłem ją, zerwałem z jej kędziorów czerwoną czapeczkę i wepchnąłem ją do mojej sakwy.
— Tak będzie lepiej. — Moja czapka gdzieś się zgubiła.
Wyoh miała przerażoną minę. Ale odpowiedziała:
— Da. Rzeczywiście.
— Zanim otworzymy te drzwi — powiedziałem — uzgodnijmy, dokąd uciekamy. I co ja mam robić? Zostać tu i zatrzymywać ich? Czy iść z tobą?
— Nie wiem. Zaczekajmy na Krasnala.
— Krasnal nie żyje.
Rozwarła szeroko oczy, ale nic nie powiedziała. Ja mówiłem dalej:
— Zatrzymałaś się u niego? Czy u kogoś innego?
— Zamówiłam pokój w hotelu — Gostinica „Ukraina”. Nie wiem, gdzie to jest. Nie miałam czasu, żeby wykupić klucz.
— Mmm… Tam na pewno nie pójdziemy. Wyoming, nie wiem, co tu się święci. Od miesięcy nie widziałem w L-City gwardii gubernatorskiej… a zawsze , kiedy ich widywałem, eskortowali jakiegoś VIP-a. Eee, mógłbym wziąć cię do mnie do domu, ale mnie też mogą szukać. Tak czy tak, na razie musimy zniknąć z publicznych korytarzy.
Coś huknęło w drzwi z poziomu 6. Przez bulaj zajrzała mała twarzyczka.
— Zmykajmy stąd — dodałem i otworzyłem drzwi. To była mała dziewczynka, nie sięgała mi nawet do pasa. Spojrzała na nas z pogardą i powiedziała:
— Całujcie się gdzie indziej. Blokujecie śluzę. — Przecisnęła się pomiędzy nami, a ja otworzyłem dla niej drugie drzwi.
— Posłuchajmy jej rady — powiedziałem. — Proponuję, żebyś wzięła mnie pod ramię i udawała, że jestem mężczyzną twoich marzeń. Idziemy. Powoli, spacerkiem.
I poszliśmy. To był boczny korytarz, dość pusty, tylko jak zawsze pod nogami plątały się dzieciaki. Gdyby goryle Kurzajki chcieli nas tropić, w stylu ziemskich policjantów, to co najmniej setka dzieciaków mogłaby im powiedzieć, w którą stronę poszła ta wysoka blondynka — o ile w Lunie znalazłby się dzieciak, który w ogóle odezwałby się do fagasów gubernatora.
Jakiś chłopak, już prawie na tyle dorosły, aby docenić wdzięki Wyoming, zatrzymał się przed nami i gwizdnął rozradowany. Uśmiechnęła się i odpędziła go machnięciem ręki.
— W tym sęk — szepnąłem jej do ucha. — Rzucasz się w oczy jak Terra w pełni. Musimy skryć się w jakimś hotelu. Jest tu jeden za skrzyżowaniem — nic nadzwyczajnego, głównie kabiny do obłapiania. Ale jest blisko.
— Nie mam ochoty na obłapianie.
— Wyoh, proszę cię! To nie była propozycja. Możemy wziąć osobne pokoje.
— Przepraszam. Czy jest tu jakieś WC? I drogeria?
— Masz kłopoty?
— Nie takie. Pytam o WC, bo chcę się schować — rzeczywiście rzucam się w oczy — a o drogerię, bo potrzebuję kosmetyków. Farbę do skóry. I do włosów.
To pierwsze zaraz się znalazło. Kiedy zamknęła się w WC, poszukałem drogerii, zapytałem, ile farby do skóry potrzeba na dziewczynę takiego wzrostu — uniosłem dłoń do podbródka — o masie 48 kg. Kupiłem taką porcję sepii, poszedłem do następnej drogerii i kupiłem tyle samo. W pierwszym sklepie było tanio, w drugim drogo — wyszło na zero. W trzecim sklepie kupiłem czarną farbę do włosów i czerwoną sukienkę.
Wyoming miała na sobie czarne szorty i pulower — to praktyczny strój do podróży i dobrze wygląda na blondynce. Ale jako człowiek, który przez całe życie był żonaty, znam się co nieco na damskich ciuchach i nigdy nie widziałem, żeby kobieta o skórze koloru ciemnej sepii — lub tak ufarbowanej — z własnej woli ubrała się na czarno. W dodatku wtedy elegantki z Luna City nosiły spódnice. Ta kreacja wyglądała jak spódniczka na szelkach, z taką jakby klapką skrywającą brzuch i biust, a kosztowała tyle, że musiała być elegancka. Rozmiar wybrałem raczej na chybił trafił, ale materiał był dość elastyczny.
Spotkałem po drodze trzech znajomych, ale nie powiedzieli niczego dziwnego. Nikt nie był podniecony, handel szedł jak zwykle; sam prawie przestałem wierzyć, że kilka minut temu o jeden poziom niżej, kilkaset metrów na północ, wybuchły zamieszki. Na razie nie zastanawiałem się nad tym — wolałem się nie denerwować.
Zaniosłem zakupy Wye, zadzwoniłem do drzwi i podałem je do środka, potem na pół godziny zaszyłem się w pubie, wypiłem pół litra piwa i oglądałem TV. Nadal żadnego zamieszania, żadnych przerw w programie i „wiadomości z ostatniej chwili”. Wyszedłem i zadzwoniłem do drzwi WC.
Wyoming wyszła — a ja nie poznałem jej. A potem poznałem i zatrzymałem ją, aby wyrazić mój zachwyt. Nie mogłem się powstrzymać — gwizdałem, strzelałem palcami, wzdychałem i omiatałem ją wzrokiem jak radarem.
Wyoh była teraz bardziej śniada ode mnie i w tym odcieniu wyglądała naprawdę ślicznie. Miała widocznie w swojej sakwie zestaw alarmowy, bo jej oczy były teraz ciemniejsze, z ciemniejszymi rzęsami, a usta miała ciemnoczerwone i większe. Włosy najpierw ufarbowała, a potem nasmarowała pomadą, żeby rozprostować kędziory, które trzymały się jeszcze na tyle, że wyglądało to naturalnie. Nie wyglądała na Murzynkę — ani na Europejkę. Typowa Lunatyczka, tzn. mieszaniec.
Читать дальше