Umacniali więc, co się dało, odsysali piasek i przecinali przejścia w kamieniach. Udało im się przedostać do bocznego tunelu, który przetrwał w dość dobrym stanie, ale wkrótce i on się zawalił. Richard Wald, właśnie odpracowujący swoją turę w dyżurce, obserwował to wszystko na monitorach, kiedy otrzymał przekaz od Janet z pokładu Winka.
— Mam coś dla Henry’ego — oświadczyła.
— Jest w Świątyni. Chcesz, żebym cię połączył?
— Tak, proszę. Ty także powinieneś tego posłuchać.
Kierownik tej misji jawił się obecnie jako mglista postać, dzierżąca w ręku miotacz strumienia cząsteczkowego. Był to kolejny aspekt jego poświęcenia, który napawał Richarda przerażeniem: ktoś z jego doświadczeniem wykonuje pracę przynależną zwykłym ochotnikom. Wysyłając Karla z pierwszą grupą popełniono błąd — Karl, jak słyszał Richard, był mistrzem w prowadzeniu tuneli.
Na ekranie pojawiły się pospolite rysy Henry’ego.
— O co chodzi, Janet?
— Dostaliśmy „Raport terenowy”. Przeglądałeś go?
— Nie. Prawdę mówiąc, byłem trochę zajęty. — W jego głosie słychać było rozdrażnienie.
— Dobra. Może będziesz chciał zajrzeć do pozaplanetarnego raportu z Noka. Sekcja cztery delta.
„Raport terenowy” to broszura wydawana co miesiąc przez Akademię. Przedstawiała najnowsze dane o bieżących misjach i przyszłych projektach. Richard odszukał najnowszy numer i wywołał go na ekran.
— Janet, proszę, do rzeczy.
— Odkryli cztery kamienne sześciany. Na orbicie!
Richard pojął w lot.
— Wszystko się łączy — wyrwało mu się.
To cudownie. Inakademeri — Nok — sam był księżycem, krążącym wokół upierścienionego gazowego olbrzyma Sholi. Sześciany znajdowały się w tej samej płaszczyźnie orbitalnej, co pierścienie Sholi i reszta obiektów, krążących wokół centrum tego świata. „Pobieżne analizy wykazują, iż niegdyś sześciany były ustawione w równej od siebie odległości. Wszystkie mają identyczne wymiary: każdy bok ma mniej więcej 2147 kilometrów”. A Nokowie, podobnie jak Quraquatczycy, nigdy nie podróżowali w kosmosie. O co tu, u diabła, chodzi?
— Co o tym sądzisz, Richardzie? — zapytał Henry. Richard wzdrygnął się na dźwięk swojego imienia.
„Co on o tym sądzi? Znów kąty proste — oto, co o tym sądzi”.
Nieco później Maggie opowiedziała mu o horgonie.
— Być może — rzekł — damy sobie radę bez odczytywania tej inskrypcji.
— W jaki sposób? — Maggie prowadziła rozmowę przez terminal z jednego z mostków Winka.
— Wszystkie te kwadraty i prostokąty. I dwie okrągłe wieże.
— Z ukośnymi dachami.
— Tak. Właśnie o to mi chodzi. Oz musi wskazywać kierunek.
— My również przyjęliśmy podobne założenia.
— Jesteś pewna, że ta inskrypcja zawiera słowo „horgon”?
— Do pewnych granic, Richardzie. Żałuję, że nie mogę powiedzieć ci więcej, ale po prostu nie mam możliwości sprawdzenia wszystkiego.
— Te dwie okrągłe wieże są czymś wyjątkowym. Dachy nie są proste — jak reszta dachów w Oz. Wznoszą się dokładnie w kierunku odwrotnym do centrum. Wycelowane są w gwiazdy. Jakiż inny mogły mieć cel niż służyć jako wyznaczniki, za pomocą których wytyczono linię dla wzroku? Poprowadź linię przez środek każdego z dachów, od najniższego punktu do najwyższego — to jest przedłużenie linii prowadzącej z dokładnego, matematycznego środka Oz — i poprowadź dalej, w Kosmos. Pod kątem równym kątowi nachylenia dachu.
— Myślisz, że może tam być jakaś gwiazda, którą wiązano z hor-gonem…
— Psia Gwiazda.
— Tak. Ale jeśli to jest prawda, mnie nic na ten temat nie wiadomo. I nie mam pojęcia, kto mógłby coś wiedzieć.
— David Emory.
— Możliwe. — Nadal sprawiała wrażenie zadziwionej. — Jeżeli to takie proste, po co budowali całą resztę? Dlaczego nie zbudowali samych tylko wież?
— Przypuszczam — odparł Richard — iż można by posłużyć się argumentem, że nie chcieli, aby te wieże zostały przeoczone.
— Ale sądzisz, że jest w tym coś więcej…
— O, tak. Jest w tym coś więcej. — Nie ma co do tego wątpliwości. Niestety.
Wtorek, 10 czerwca, 2202
Drogi Dicku,
…odkrycie sześciennych satelitów mocno wszystkich poruszyło. Do wczoraj panowały wśród nas dość podzielone opinie na temat konieczności odzyskania maszyny drukarskiej George’a. Dziś, kiedy ponad wszelką wątpliwość ustalono związki między Quraquą a Nokiem, wszyscy podejmą każde potencjalne ryzyko, żeby tylko wydostać tę przeklętą rzecz. Tego rodzaju jednomyślność wzbudza we mnie niepokój — nawet kiedy sam ją podzielam.
Skoro więc biurokraci z Kosmika odmawiają nam przesunięcia ustalonych terminów choćby o włos — jest to czysta zbrodnia. Skontaktowałem się nawet z samym komisarzem, ale on powiada, że nic się nie da zrobić. Twierdzi — słusznie, moim zdaniem — że nikt, nie wyłączając mnie, nie przemówi Casewayowi do rozsądku. Historia przeklnie nas wszystkich…
Richard Richard Wald do swego kuzyna, Dicka. Otrzymane w Portland, w Oregonie, 30 czerwca
Quraqua, czwartek, 19.50
Hutch wioząc następny ładunek eksponatów zabrała na statek Andi, Triego i Arta; Carson wiózł Linde Thomas i Tommy’ego Loughery. Dla Carsona była to już ostatnia dostawa. Kiedy wrócił do Świątyni, Henry wyznaczył go do prac przy tunelu. Eddiego rozłożył atak apopleksji, ale teraz nie liczyło się już nic oprócz maszyny drukarskiej.
Na Winku Hutch znalazła dostateczną ilość rąk do pomocy, mogła więc szybko rozładować wahadłowiec. Jednak cała oszczędność czasu na nic się zdała, kiedy stwierdziła, że musi wymienić przepalony bezpiecznik przy pompie. Dobry mechanik poradziłby sobie z tym w dwadzieścia minut, ale nie Hutch. Doraźne naprawy i konserwacja to problemy, z którymi pilot zwykle niewiele ma do czynienia, a poza tym Hutch w ogóle nie miała smykałki do tego typu prac.
Wystartowała z powrotem, kiedy tylko udało jej się skończyć. Ale straciła okienko, więc czekała ją długa podróż. W czasie kiedy prześlizgiwała się nad Świątynią, torpeda wchodziła właśnie w ostatnią fazę swego lotu w kierunku stacji orbitalnej Kosmik.
Trudności i problemy z załadunkiem, powstałe w wyniku utraty platformy, zmusiły ich do znalezienia odpowiedniego portu. Ediemu udało się zlokalizować półkę skalną, osłoniętą od fal, która niestety znajdowała się w znacznej odległości od Seapointu. Ale wody były tu stosunkowo spokojne i dostatecznie głębokie dla łodzi podwodnej.
Hutch obserwowała teleskopowy obraz stacji orbitalnej, jaki odbierała z Winka, sprawdzała też ich kanały łączności. Nie wykryła nic nadzwyczajnego. Nikt nie rzucał się do ciągników, nic nie zakłóciło rutynowych działań, żadnych przejawów szczególnie wzmożonej aktywności. Jeszcze nie dostrzegli zagrożenia.
Pod nią czekała już łódź podwodna z Eddiem na pokładzie. Nie miał mu kto pomóc, bo wszyscy inni albo kopali tunel, albo byli już na Winku. Na półce piętrzyło się kilkadziesiąt kontenerów, a Hutch żywiła podejrzenia, że Eddie wszystkie przetransportował tu osobiście. Mignęła mu światłami. Mały nieszczęśnik. W najgorszej chwili został zupełnie sam.
Jak to możliwe, że ludzie Truscott nie wykryli jeszcze torpedy? Odpowiedź: wcale nie patrzą. Nie wykryła działania czujników o krótkim zasięgu. Ignorują regulamin. Cholera. Jeśli torpeda zbliży się nie zauważona, przedsięwzięcie zakończy się fiaskiem.
Читать дальше