— Ten drań robi się trochę za wysoki — wtrąciła Angela. — Chyba lepiej będzie nieco się przemieścić. Nie chcemy przecież, żeby nas tu zasypało.
— Zróbmy tak — zgodził się Carson.
Podniosła wahadłowiec w górę. Uwolnione światła nawigacyjne rozlały się blaskiem po czarnym śniegu. Wiatr zakołysał statkiem i omiótł go do czysta.
Mrok przeszyła błyskawica. Oszacowali czas do odległego huku gromu, biorąc pod uwagę specyfikę tutejszego ciśnienia. Był jakieś dwanaście kilometrów od nich. Angela przezornie opuściła wahadłowiec z powrotem na ziemię.
Rozdzielili między siebie kubki z kawą.
— Wszystko pasuje — odezwał się Carson. — Przez cały czas wiedzieliśmy, że tamtym udało się z tego wyjść. Z wyjątkiem, jak przypuszczam, populacji miejskich. — Spojrzał przenikliwie na Hutch. — Myślę, że masz rację. Z tym Oz. Kiedy na to wpadłaś?
— Parę godzin temu. Nie mogłam uwolnić się od myśli, jak bardzo Oz przypominało miasto. Kogo próbowali oszukać? — Leciutko musnęła wargami policzek Carsona. — Mam wątpliwości: oni rozumieli, czym jest to coś? I skąd się zjawia?
— Zastanawiam się — wtrąciła Angela — czy w ten właśnie sposób biorą swój początek wszelkie zorganizowane religie? Roześmieli się. Kolejna błyskawica — tym razem bliżej.
— Może powinniśmy zwrócić baczniejszą uwagę na tę burzę — zasugerowała Hutch.
Angela pokiwała głową.
— Rzeczywiście, wygląda na to, że idzie w naszą stronę.
Kolejny grom ześliznął się ku ziemi, rozświetlając swoim światłem kabinę.
— Chyba nas widziało — szepnęła Hutch.
— Hej! — Angela złapała ją za ramię. — Nie dajmy się rozszaleć wyobraźni.
— To są tylko błyskawice — szepnął Carson.
Na wszelki wypadek Angela znów zapuściła silniki.
— Jaki mamy zasięg sensorów? — zapytała Hutch.
— Zerowy. Jeśli trzeba będzie lecieć, to polecimy na ślepo.
Między niebem a ziemią wykwitła kolejna błyskawica. Przed oczyma stanęła im na krótko płaskorzeźba z pola i wzgórz i zaraz zniknęła z powrotem w ciemności. W górze przetoczył się grzmot.
— Rzeczywiście idzie w naszą stronę — wyszeptała Angela.
— Nie sądzę, żebyśmy mieli ochotę latać przy takim wietrze, jeżeli da się tego uniknąć — powiedział Carson. Chciał jeszcze coś dodać, gdy pojawiła się kolejna ognista kula. Przecięła niebo z prawa na lewo, potem zatrzymała się i zaczęła coraz bardziej jaśnieć.
— Cholera! — pisnęła Angela. — Odwraca się do nas! — Jednocześnie szarpnęła dźwignią, a wahadłowiec wyskoczył w powietrze. Dookoła ryczał wiatr. To coś przed nimi w mroku rozjarzyło się jak białobłękitna gwiazda przechodząca w supernową.
— Pozapinać się — zawołała Hutch, wślizgując się w swoją uprząż i włączając pole energetyczne. Carson próbował złapać się uchwytu.
Hutch przypięła Angelę w fotelu, odcięła drzwi do ładowni, gdzie siedział Carson. Potem zatrzasnęła swoje własne zabezpieczenia.
— Frank?
— U mnie w porządku — usłyszały. — Zmywajmy się stąd.
Angela podkręciła silniki, wahadłowiec skoczył w górę i jednocześnie w przód, a białe światło przemknęło tuż pod nimi. Usłyszeli później huk i odczuli falę uderzeniową, a doszli do siebie akurat na czas, żeby zdążyć zobaczyć wzbijający się w niebo wielki, biały gejzer.
Hutch obejrzała się na Angelę.
— Dość dziwny meteor.
Tamta skinęła głową.
— Też mi się tak wydaje.
Wicher wlókł ich ze sobą, szarpał nimi po całym niebie.
Angela próbowała właśnie zejść jak najłagodniej z powrotem na ziemię, kiedy tuż obok nich uderzył piorun, a noc wypełniła się światłem. Cała elektronika wysiadła, a statek zatoczył się gwałtownie. Do kabiny zaczął sączyć się dym.
Angela włączyła urządzenia przeciwpożarowe, wywalczyła niemal poziomą pozycję statku i jeszcze raz próbowała poderwać go w górę.
— Na górze bezpieczniej — wyjaśniła.
— Nie — sprzeciwił się Carson. — Na dół. Sprowadź nas na dół.
— Frank, przecież musimy jakoś manewrować. Na dole znaczymy tyle co kulawa kaczka.
— Zrób to, Angelo. Zabierz nas na dół.
— Zwariowałeś — oznajmiła Hutch. Angela była wyraźnie zdezorientowana.
— Ale po co?
Trzasnął kolejny grom.
— Zrób, co mówię — powtórzył Carson. — I to jak najszybciej. Hutch obserwowała go w monitorze. Ściągał do kupy wszystkie zbiorniki powietrzne, jakie mieli.
Angela pchnęła drążek do przodu.
— Musimy próbować wyjść ponad to wszystko — sprzeciwiła się.
— A jak masz zamiar przejść nad te niby-meteory? — dopytywał się Carson.
Lampki kontrolne zamigotały, po chwili wróciły do normy. Coś wybuchło w tyle i cały pojazd wypełnił się hukiem. Zaczęli spadać.
— Mamy dziurę! — wrzasnęła Hutch.
Angelę zarzuciło na lewo, trzasnęła w konsoletę nawigacyjną.
— Tylne stabilizery po prawej nie działają — poinformowała. Wśród szaleństwa uciekającego powietrza, wyjącego wiatru, sypiącego się na nich deszczu okruchów skalnych i lodowych zdołała zdobyć się na ironiczny komentarz: — Wygląda na to, że wyszło na twoje. Masz pewne jak w banku, że schodzimy na dół.
Niebo znów rozdarła błyskawica.
— Pięćdziesiąt metrów — orzekła Angela.
Opadli w podskokach z powrotem na swoją równinę, wyrzucając w górę fontanny śniegu i sadzy. Kolejny meteor gnał po niebie z tyłu za statkiem. Patrzyli, jak przystaje i zaczyna się rozjaśniać.
— Wychodzimy — krzyknął Carson.
Angela zaczęła protestować, ale Hutch sięgnęła przez nią i wcisnęła dekompresję.
— Będzie dobrze — powiedziała.
Złapali zbiorniki powietrza i wywlekli je na zewnątrz, kiedy tylko otworzył się luk. Hutch zwaliła się w śnieg, wstała i natychmiast ruszyła dalej.
Carson szedł tuż za nią.
— Biegiem! — krzyknął. Niósł trzy zbiorniki, upuścił jeden, ale nie wrócił, żeby go podnieść.
Ognista kula nadlatywała teraz z północy, znad pasma wzgórz.
Puścili się pędem. Śnieg pokrywała zlodowaciała skorupa, która zapadała im się pod nogami. Hutch znów upadła. A niech to.
Tylko nie puścić zbiorników!
— Jesteś pewna, że on wie co robi? — rzuciła w biegu Angela.
— Tak — odparła Hutch. — Tak mi się wydaje. Nie stawaj.
Kobiety ze wszystkich sił starały się zwiększyć odległość między sobą a wahadłowcem. Carson biegł tuż przy nich.
Meteor wlókł za sobą ognisty pióropusz. Kilka kawałków oderwało się i spadło na ziemię.
— Paść! — krzyknął Carson. Rzucili się w śnieg.
Meteor z rykiem trzasnął wprost w wahadłowiec. Bezbłędny strzał.
Ziemia ugięła się, lodowy krajobraz pojaśniał na okamgnienie, a po nich przetoczył się huragan śniegu i skrawków ziemi. Hutch czuła, jak o jej pole uderzają kamienie i ziemia.
Kiedy wszystko się uspokoiło, Carson włączył latarkę. Tam, gdzie przedtem stał wahadłowiec, widniał teraz potężny krater.
Angelą wstrząsały dreszcze. Spojrzała w niebo, potem na latarkę.
— Na litość boską — szepnęła — wyłączże to.
Carson posłusznie wyłączył.
— Jak sobie życzysz — powiedział. — Ale myślę, że teraz nic już nam nie grozi.
Kobieta próbowała zagrzebać się w śniegu, ukryć gdzieś przed tymi chmurami.
— Jemu nie chodzi wcale o nas — powiedział do niej Carson.
— Jak możesz tak mówić? — oburzyła się Angelą. Kolejna błyskawica.
Читать дальше