Za zachodzie dostrzegli błysk. Już nadciąga.
— Ciśnienie powietrza gwałtownie spada — poinformowała Angela. Ziemia zatrzęsła się. To było tylko lekkie drżenie, jak dreszcz. — Może powinniśmy wrócić na górę?
— Nie. — Carson opadł w swój fotel i próbował się odprężyć. — Tu będziemy bezpieczniejsi.
Poniedziałek, 00.04
Statek nabierał rozpędu. Ale cokolwiek miało się zdarzyć, kiedy oni dotrą na miejsce, już dawno będzie po wszystkim. Janet większość czasu spędzała na rozmowach z Davidem Emorym, ale sygnał zanikał w elektromatycznym potopie wywoływanym przez smoka. Na ich ekranach Delta i to coś już się ze sobą połączyły. Draftsa opanowało gorączkowe podniecenie i w miarę zbliżania się ustalonej godziny było z nim coraz gorzej. Wcale nie pomogła mu utrata łączności z wahadłowcem. A to, że podróżował przyduszony do fotela, też nie przyczyniało się do złagodzenia jego bolesnej frustracji.
Janet próbowała zachować pozory optymizmu. Przecież są tam Hutch i Angela Morgan! Jeżeli istnieje jakiś sposób na przetrwanie, to już ona wie, że albo jedna, albo druga z pewnością nań wpadnie.
00.27
Niebiosa toczyły się, przewalały, wybuchały. Noc rozdzierały potworne błyski piorunów, a dookoła ryczał wiatr. Grzechotał miotany o kadłub śnieg i lód.
Równina drżała. Jeden po drugim zamierały monitory wahadłowca.
Carson tkwił zawieszony w przejściu, między obiema kobietami.
— Jak na razie idzie nam nieźle — mówił.
— Jak jeszcze nigdy dotąd — rzuciła Hutch.
— Sam Pan Bóg przyszedł nam się dobrać do skóry — dorzuciła ironicznie Angela.
— Nic nam nie będzie — uparcie twierdził Carson.
Nie było takiego punktu, w którym nastąpiłoby jakieś rzeczywiste zderzenie. Smok nie miał już żadnych bliżej określonych granic. Po prostu się rozpostarł. Długie na dziesiątki kilometrów włókna o całe godziny wcześniej objęły dokładnie atmosferę Delty. Carson i obie kobiety zdawali sobie sprawę, że cały księżyc tkwi teraz w krzepkim uchwycie swego straszliwego gościa.
Powietrze gęste było od popiołu i śniegu. Wiatr naganiał go nad równinę i wkrótce zaczęła się na niej formować czarna skorupa.
— Może w rzeczywistości nie ma tam żadnego jądra.
— Miejmy nadzieję, że nie — powiedział Carson. I właśnie zamierzał dodać optymistycznie, że zapewne wszystko to okaże się nie gorsze od porządnej burzy, kiedy nad ich głowami nastąpił wybuch białego światła, a z nieba runęła kula ognia i wbiła się w śnieżysty krajobraz.
Niezbyt blisko, ale wszyscy troje się wzdrygnęli.
— Co to było?
— Meteor?
— Bo ja wiem…
— Cholera — zaklęła Hutch.
Carson zaczerpnął głęboko powietrza.
— Angelo, jak myślisz, ile to może potrwać?
— Trudno przewidzieć. Najgorsze powinno ustać za dzień lub dwa. To coś nadal porusza się dość wolno. A ponieważ nie podąża za orbitą Delty, powinniśmy szybko wyjść z jego zasięgu. — Oboje słyszeli w ciemności, jak oddycha. — Ale myślę, że na tej planecie pogoda przez jakiś czas będzie jeszcze wredniejsza niż była.
— Boję się — powiedziała Hutch.
Carson też się bał, ale wiedział, że nie wypada mu się do tego przyznać. Ktoś powinien okazywać siłę.
— Nic nam nie będzie — zapewnił ją jeszcze raz. Żałował, że nie odbierają obrazów od kamer naziemnych. Co może dziać się na stanowisku?
Głowa smoka zupełnie się rozpuściła. Wyrosły z niej bałwany chmur, trysnęły fontanny, opadły i zniknęły. Obłoki ocierały się o siebie jak ogromne koty. Bryły skał i lodu, na pozór zagrzebane w gęstym powietrzu, teraz zostały wygnane z powrotem na dół.
Metanowe morza na Delcie wyskoczyły w górę i zalały okoliczne niziny. Nagłe skoki ciśnienia wywołały wiatry o sile huraganów, które przelatywały z rykiem przez cały glob. Wszędzie panował teraz środek nocy.
Z nieba sypały się bryły skalne i lodowe. Ich ogniste szlaki rozświetlały cały panujący dookoła chaos. Na ogół były małe, zbyt małe, by mogły przedostać się nawet przez tak rzadką atmosferę jak tutejsza. Zarywały się w lodowe pola lub wznosiły fontanny na morzach i mokradłach.
Wybuchły wulkany.
Na równinie Hutch, Angela i Frank siedzieli skuleni w wahadłowcu. Czekali na potworne zderzenie, od którego rozpadnie się cały ten świat — kiedy runie na ziemię jądro tego czegoś. Bo przecież musi w końcu spaść. Angela, wbrew wszystkim swoim uspokajającym stwierdzeniom, tak naprawdę myślała.
Ale nic takiego nie nastąpiło.
Łomotały nimi porywy wichru, a z nieba lały się czarny deszcz, lód i gęsty popiół.
Nad nimi z hukiem gorzała noc.
W końcu zaczęli się przekonywać, że najgorsze mają już za sobą, że huraganowe wiatry tracą powoli na gwałtowności. Że naprawdę przeżyją, muszą tylko wydostać się z rejonu burzy. Wreszcie zaczęły im się rozwiązywać języki. Powolutku wkradała się atmosfera nerwowej i ostrożnej radości. W ciemnościach coś waliło, pękało i wybuchało. Ale oni istnieli. Milcząc pogratulowali sobie własnego szczęścia. Powracającą z wolna otuchę spotęgował fakt, iż wydawało im się, że w powodzi płynących z głośników szumów usłyszeli głos Janet.
Światła nawigacyjne pojazdu umieszczone były nisko na pokrywie silnika i na kadłubie z tyłu, za kabiną pilota i za skrzydłami. Od czasu do czasu Angela oczyszczała je ze śniegu i włączała. Wokół nich narastały wielkie zaspy.
— Mogę się z tobą założyć, Frank — rzuciła znienacka Hutch.
— Ale o co?
— O to, że kiedy zaczniemy odczytywać historię Twórców Monumentów, odkryjemy, że wielu z nich udało się zwiać.
— Co masz na myśli?
— Opuścili Galaktykę. Prawdopodobnie udali się do któregoś z Obłoków Magellana. Tam, gdzie nie będą mieli tych rzeczy.
— Możliwe. A po drodze zabawiali się ściąganiem ich na głowy wszystkich prymitywów, jakich udało im się spotkać. Nie wierzę, żeby Twórcy Monumentów byli przyzwoitymi stworzonkami.
— A ja myślę, że się bardzo mylisz — odparła.
— Dlaczego?
Ujęła go za przegub.
— Oz to była sztuczna przynęta.
Przysunął się do niej bliżej.
— Powiedz jeszcze raz.
— Frank, to wszystko były sztuczne przynęty. Te sześcienne księżyce. Oz na Beta Pac. Miały odciągnąć od nich to coś.
— Jeżeli rzeczywiście tak było — odparł — to chyba nie bardzo się spisały.
— Nie bardzo. Myślę, że zrobili, co tylko w ich mocy. Ale masz rację — nie zadziałało. W końcu Twórcy Monumentów nie potrafili obronić nawet siebie.
Przysiadł na podłodze przy jej fotelu.
— Myślisz, że oni też oberwali przez coś takiego?
— Myślę, że oberwali dwa razy. Cywilizacja międzygwiezdna prawdopodobnie dość mocno. Przeszli załamanie. Może uciekli. Nie wiem. Może się wydostali i polecieli na Mały Obłok Magellana. Uciekli przed tym czymś, bo nie dało się tego oszukać i nie dało się tego powstrzymać.
— A co z tą stacją kosmiczną? — zapytał. — Jak myślisz, co tam się mogło stać?
— To rozbitkowie. Ci, którym udało się przetrwać i zbudować wszystko od nowa. Ale po raz drugi nie udało im się dojść aż tak daleko. Nie weszli w fazę międzygwiezdną. Może to była już cywilizacja całkiem innego typu. Może zbyt wiele utracili. Znaleźli się właśnie u progu ery kosmicznej, kiedy fala powróciła. — Cieszyła się teraz, że kryje ją mrok. — Frank, pomyśl tylko, jaką musieli mieć technikę u szczytu swego rozwoju. I o ile wcześniej dostali ostrzeżenie. Może nawet o tysiące lat. Wiedzieli o tym czymś i próbowali pomóc, gdzie tylko mogli. Ale masz absolutną rację — nie udało im się.
Читать дальше