— Załóżmy. Ale może też wiedzieć coś, o czym my nie mamy pojęcia.
— Gdyby tak było, czyby nam o tym nie powiedział?
— Jasne. Chyba że przypuszczał, że my mamy te same informacje co oni.
— Zapytaj go.
— Może nie ma takiej potrzeby. — Angela jeszcze raz zaczęła przeglądać dane liczbowe i zleciła ich analizę komputerowi. W tym samym czasie zauważyła, że poziom zapasu energii spadł do granic marginesu bezpieczeństwa. — Koniec, dzieciaki — oznajmiła. — Zdejmujemy siodła. Wracamy do domu.
Po drodze niewiele ze sobą rozmawiali, ale kiedy tylko znaleźli się w schronie, Angela powiedziała im, co wiedział Drafts.
— Ono zwalnia. Zaciągnęło hamulce.
— I dlatego się rozpada — domyśliła się Hutch.
— Chyba tak. Wbrew pozorom, trzyma się w sobie dość ciasno, jeśli wziąć pod uwagę, czego potrafi dokonywać. Ale taki manewr to trochę za wiele, nawet jak na mechanizm, będący w stanie utrzymać to wszystko w kupie.
Carson zadał pytanie, które zapewne nurtowało wszystkich:
— Czy to jest obiekt naturalny?
— Oczywiście, że tak — odpowiedziała mu Angela, kierując się raczej zdrowym rozsądkiem niż rzeczywistym przekonaniem.
— No to jak może zmieniać kierunek? — zapytała Hutch. — I skąd ma ten jakiś tam mechanizm hamulcowy?
— Może coś z zewnątrz wywiera na to silny wpływ — zastanawiała się Angela. — Może jakieś ciało supergęste.
— Naprawdę myślisz, że tak właśnie się dzieje? — zapytał Carson. Zrzucił już kurtkę i zabierał się do przygotowywania kawy.
— Nie. — Byłyby przecież jakieś inne tego efekty, wcześniejsze wskazówki, nieregularności w orbitach. A tu nic. — Nie — przyznała. — Nie mam na to wyjaśnienia. Ale nie musimy od razu zakładać istnienia jakiegoś pełnego złej woli sprawcy.
— A kto mówi o złej woli? — zapytała Hutch.
Wymienili między sobą spojrzenia, a Angela pozostawiła to pytanie bez odpowiedzi.
— Ono na pewno na coś reaguje. Musi tak być. Może to pola magnetyczne. Może gdzieś miał miejsce jakiś słoneczny wybuch. Trudno cokolwiek powiedzieć, siedząc tu na dole. — Wzruszyła ramionami. — Będziemy musieli poczekać, aż sami się przekonamy.
— Angelo — zaczęła Hutch — czy to coś rzeczywiście przypomina obłok? Pod względem składu chemicznego?
— Tak — odparła. — Jest skonstruowane z tej samej mieszanki co wielkie obłoki, które później kondensują się w gwiazdy: cząsteczki żelaza, węgla, krzemianów, wodoru i formaldehyd. A w środku jest pewnie ogromna bryła żelaza lub skały.
Hutch skosztowała łyk kawy. Miała cynamonowy posmak.
— W glebie dookoła Oz było duże stężenie formaldehydu — powiedziała.
— Nie wiedziałam o tym — zdziwiła się Angela. — Naprawdę?
— Tak, to prawda.
Spojrzała w kierunku słońca, które wciąż jeszcze stało wysoko na południowym zachodzie. Było tylko odrobinę bliższe linii horyzontu niż kiedy tu przylecieli.
— No to w jaki sposób może hamować? — jeszcze raz zapytała Hutch.
Angela zastanawiała się przez chwilę.
— Jeden sposób to ten, który przedtem widzieliśmy — odrzucenie części budulca na zewnątrz. Tak jak w rakietach. Inny sposób polega na manipulowaniu polami grawitacyjnymi.
— Ale czy to w ogóle możliwe? — zastanawiał się Carson.
— Dla nas nie. Ale jeżeli jest możliwa antygrawitacja, a wszelkie dowody wskazują, że jednak jest, wtedy odpowiedź brzmi: tak, to się da zrobić. — Angela na kilka chwil zapadła w głębokie milczenie. — Słuchajcie: trzymajmy się rzeczywistości. Samo tylko istnienie tego czegoś zakłada całościową manipulację grawitacją, siłami ciążenia i prawie każdą cholerną inną siłą, jaka przychodzi mi na myśl. To tak, jakby to coś istniało w jakiejś wymiarowej próżni, w której prawie nic z zewnątrz nie ma na nie wpływu.
— Prawie?
— Tak. Prawie. Słuchajcie — są dwa takie obłoki. Załóżmy, że oba podróżowały z taką samą prędkością, kiedy weszły w ten system planetarny. Powinny się były rozpaść, ale się nie rozpadły. Tamten po drugiej stronie słońca porusza się wolniej niż ten tutaj. Właśnie tak jak być powinno, ponieważ musi zwalczyć solarne przyciąganie, a to nasze dzieciątko tutaj przyspiesza, bo porusza się w kierunku słońca i jest przez nie ciągnięte. Tak więc jakieś wpływy na pewno są. Ale nie pytajcie mnie, co to wszystko znaczy.
Angela odsunęła się od ogólnej rozmowy, zatapiając się po raz kolejny w analizie odczytów i obrazów. Warkocz komety, który zgodnie z prawami fizyki wiódł za sobą cały obiekt, coraz trudniej było teraz dostrzec, w miarę jak jej głowa obracała się w ich kierunku. Ostatnie jego szczątki dosłownie znikały teraz za czerwoną płaszczyzną obłoku. Po dłuższej chwili zwróciła się do nich ponownie.
— On leci tutaj — oświadczyła.
Wszyscy troje wpatrzyli się w monitor. Czekali, aż warkocz wychynie ponownie po drugiej stronie. Nie wychynął.
Ich spojrzenia spotkały się.
— Stały tor lotu — dodała Angela.
Hutch pobladła.
— Kiedy?
— Tak nie może być — zdenerwował się Carson. — Goni za nami obłok?!
— Jeżeli utrzyma obecne tempo zwalniania, stawiam na poniedziałek. Około pierwszej.
— Lepiej skontaktujmy się z Terrym — stwierdził Carson. — Zawróćmy ich, żeby nas stąd zabrali.
Hutch potrząsnęła przecząco głową.
— Niemożliwe. Oddalają się od nas z całkiem niezłą szybkością. Według mnie dopiero w niedzielę w południe uda im się w ogóle zawrócić.
Czas spać. Angela przyuważyła siedzącą przed monitorami Hutch; na twarzy miała tęskny, może melancholijny wyraz.
— Nic nam nie będzie — powiedziała do niej. — Przecież tak naprawdę nie może mu chodzić o nas.
— Wiem — odparła Hutch. — To tylko taka iluzja.
Ekran wypełniały wiersze.
— Co to jest? — zaciekawiła się Angela.
— Notatki Maggie. — Oczy Hutch napotkały spojrzenie Angeli, lecz szybko umknęły w bok. — Zdaje mi się, że w tej kobiecie było coś, czego nie dostrzegłam.
Spojrzenie Angeli stało się czujniejsze, ale nic nie powiedziała.
Hutch wywołała jakiś plik.
— To z „Urika o zachodzie słońca”.
Zestaw modlitw i pieśni sławiących czyny quraquackiego herosa. Epickie w założeniu, utrzymały jednak wysoce osobisty ton. „Więź z Urikiem miała pozostawać bardzo bliska — komentowała Maggie w towarzyszących im przypisach — bez dystansu jak w przypadku ziemskich bohaterów”.
I dalej: „Pokażcie mi, co ludzie podziwiają, a powiem wam o nich wszystko, co istotne”.
Aż w końcu następowała modlitwa, która zdawała się ściśle do tego przystawać:
Duch mój szybuje nad wodami świata,
Bo ty jesteś przy mnie.
Obie popatrzyły na niebo na wschodzie. „Nadleci stamtąd. Dokładnie tam”. Przyleci znad morza koloru kawy. Gdyby zaszło słońce — choć oczywiście nie zajdzie jeszcze przez kilka dni — mogłyby go zobaczyć.
— Pewnie stanie się widoczny w ciągu następnych dwunastu godzin — powiedziała Angela.
— Jak brzmiała ta stara linijka z rubajjat? [5] Rubajjat — stara irańska forma poezji, zbliżona do epigramatu, o treści refleksyjno-filozoficznej.
Bo kto z nas teraz garncarzem?
A kto garnkiem jest?
Przed nimi szeroko się rozpościerały pogodne płaszczyzny śniegu.
Delta, piątek, 20 maja, 9.00
Hutch nie czuła się najszczęśliwsza.
Читать дальше