– Ale ja jestem dziewicą, słowo honoru! – nie wytrzymałam. – Niech pan ich nie słucha, chcą panu przeszkodzić w obrządku! Proszę mnie szybciej ofiarować, bo dostanę zapalenia płuc od tego pańskiego ołtarza!
– Co za poświęcenie! – znowu szeptem westchnął troll. – Zgadza się zostać złożona w ofierze, żeby tylko przeszkodzić w obrzędzie!
– Kochanie, nie rób tego! – zaczął z przekonującą rozpaczą w głosie błagać Len. – Pozwól mi samemu ponieść karę za moje grzechy i umrę szczęśliwy, pamiętając o ofiarowanych mi nocach. Błagam, powiedz, że mi wybaczyłaś!
– Za żadne skarby!
– A może ja ci wybaczę i ten łysy wagurc mnie uwolni! – zaproponował troll.
– O czym on mówi? – poważnie zdenerwował się nekromanta. Upuścił pióro i książka zamknęła się.
– Skończcie te swoje brudne insynuacje! – wrzasnęłam, wykręcając głowę, by splunąć w bezwstydne oczy towarzyszy wędrówki.
– Zaraz sam sprawdzę… – nie wytrzymał mag, rzucając się ku półce z amuletami. – Sprawdzę, co ten wampir opowiada… I gdzie on jest… Przecież tu leżał… Gdzie ja mogłem go wsadzić?
– A kto ma wiedzieć lepiej od niego! – zarechotał Wal. – Można powiedzieć, że na każdym postoju sprawdzał!
– A ty zazdrosny jesteś, czy jak? – wkurzyłam się do reszty, wykonując długo oczekiwane, ale słabiutkie splunięcie, które osiadło na rękawie staruszka.
– Widzi pan? Przyznała się! – triumfalnie ogłosił troll.
– Zabrać ją! – ze wstrętem rozkazał arcymag, porzucając poszukiwania niezbędnego amuletu.
– Ani mi się ważcie! To dyskryminacja! Żądam, żeby złożono mnie w ofierze!
Ale wałdacy w pośpiechu odwiązali mnie od ołtarza i przeprowadzili do już znanych pierścieni w ścianie.
– I gdzie zdąża ten przeklęty świat! – skrzeczał staruszek, próbując znaleźć ukojenie w ukochanej księdze. Gotów byłem przysiąc, że wyjeżdżając ze Starminu była jeszcze dziewicą… Inaczej nie udałoby jej się odbić czarów wałdaka… Ale skoro mam w swoich rękach samego władcę, możemy obejść się bez niej. Dawać no mi tutaj tego kochasia!
Len podszedł do ołtarza z demonstracyjną obojętnością. Wałdak brutalnie szarpnął łańcuchem, zmuszając wampira do położenia się na kamiennej płycie.
– Zaklęte łańcuchy – z dumą poinformował arcymag. – Specjalnie dla drogiego gościa.
– Domyśliłem się – z wyższością rzucił wampir, kładąc się na plecach. Stalowe obręcze natychmiast zacisnęły się na jego kostkach, nadgarstkach, talii i czole. Łańcuchów z Lena również nie zdjęto, a umocowano je do pierścieni na brzegach ołtarza.
Staruszek poślinił zaostrzony węgielek i z księgą w ręku zaczął wykonywać ostrożne szkice, kreśląc węglem po muskularnej piersi wampira. Nekromanta narysował siedem albo osiem run, postawił dużą kropkę pomiędzy piątym a szóstym żebrem z lewej strony, po czym cofnął się o krok, krytycznie oglądając swoje dzieło.
– A to się potem da zmyć? – podejrzliwie zapytał Len.
– Da się zmyć, da się! – krztusząc się ze śmiechu obiecał stary piernik. – Obmyć…
Staruszek skończył podziwiać skomplikowaną symbolikę i stękając, wsadził nos do szafki na ścianie, z której wyciągnął wysoki gliniany garnek, ozdobiony ornamentem przedstawiającym leszych i mawki. Mag poszeptał trochę i popstrykał palcami, po czym zerwał z garnka pokrywkę i ze środka wylało się zimne niebieskie światło. W garnku dogorywały węgle z kości salamandry. Używano ich do hartowania magicznych mieczy. Węgielek można było spokojnie wziąć do ręki i nawet bez problemu połknąć. Ale żelazo w zetknięciu z nim nagrzewało się gwałtownie. Potwierdzając moje podejrzenia, nekromanta wsadził do garnka coś podobnego do długiego i wąskiego noża z drewnianym trzonkiem. Z garnka wystrzelił snop iskier i usłyszeliśmy syk.
– I co da panu to karalne z punktu widzenia prawa działanie? – ironicznie zapytał wampir.
– Wieczną młodość – z roztargnieniem mruknął nekromanta, obserwując rozgrzewające się ostrze. – W tym celu mam zamiar przekroczyć próg, omijając po drodze parę stopni. Z pańską pomocą.
– Ale pan i tak jest jeszcze niczego sobie! – niezgodnie z prawdą stwierdził troll. Staruszek był w takim stanie, że czas już najwyższy był go zakopać i trzeba przyznać, że sama bardzo chciałam to zrobić. – Foczka, zrozumiałaś, co on powiedział?!
Niestety zrozumiałam.
– Teoria „podestu”. Próg jest przejściem na inny poziom energetyczny, który udostępnia ci nowe, jakościowo inne zaklęcia. Jeżeli różnica pomiędzy poziomami jest zbyt wielka, próg jest wysoki i przekroczenie go tak po prostu się nie uda. A schodkami nazywa się malutkie podpoziomy, po których można dotrzeć do progu w kilku krokach.
– I my jesteśmy takimi właśnie schodkami? – zrozumiał Wal.
– Na to wygląda. W chwili śmierci następuje ogromny wyrzut energii, którą może wykorzystać dowolny doświadczony mag, a już tym bardziej nekromanta.
– A po kiego licha mu wampir? Nałapałby panien w okolicznych wsiach i koniec problemów!
Wzruszyłam ramionami.
– A może dziewice są jeszcze rzadsze?
Wałdacy i troll zarechotali. Len uśmiechnął się, ale nekromanta tylko wzdrygnął się ze wstrętem.
– Dziewice… Czarne koty… Nowo narodzone dzieci… Wszystkie mają jedną wadę – chwila ich śmierci jest tylko chwilą. A ja potrzebuję długiej męczącej agonii – zaskrzeczał staruszek. W źrenicach nekromanty odbijały się rozżarzone krawędzie klingi. – Do takiej jest zdolna wyłącznie istota niemal nieśmiertelna – wampir w kwiecie wieku, bo po trzysetnym roku życia są tak samo podatni na zranienie, jak zwykli śmiertelnicy. A władca jest absolutnie nieśmiertelny i może umierać tyle, ile ja będę tego potrzebował. Godzinę. Dwie. Dzień. Tydzień. Dobę. Miesiąc. Chociaż mnie wystarczy kwadrans.
– Przynajmniej za to mogę podziękować – burknął Len.
– Przeprowadziłem mnóstwo eksperymentów – kontynuował nekromanta. – W poszukiwaniu odpowiedniej ofiary wypróbowałem wszystkie rasy rozumne i nierozumne, wszystko co żywe i nieumarłe. Nie ma żadnej istoty, jaka nie zostałaby złożona na ołtarzu nauki.
– I to nazywa pan nauką? – nie wytrzymałam. – Serię morderstw z zimną krwią w imię własnej nieśmiertelności?
– Nie tylko własnej – z rozdrażnieniem przerwał mi nekromanta. – Wszystkich wybranych. Całego Konwentu Magów. Znalezienie nieśmiertelności było celem mojej pracy naukowej, przez wiele lat finansowanej przez sam Konwent. A gdy moje badania w końcu zostały uwieńczone sukcesem i przedstawiłem magicznej radzie końcowy raport, mój temat nieoczekiwanie został zamknięty, zakazany i objęty tajemnicą, wszystkie notatki skonfiskowano i zniszczono, a laboratorium wyposażono ponownie i oddano na zatracenie żółtodziobym aspirantom alchemii, którym odbiło na punkcie uzyskania kamienia filozoficznego. Kamień filozoficzny! Tfu! Zamienić nieśmiertelność na pogoń za mitem! Ten Konwent jest tak tępy i ograniczony, że i kamień filozoficzny im nie pomoże – i to właśnie dlatego nie ma tam dla mnie miejsca… Nie, to dla nich nie ma miejsca obok mnie!
Pod koniec monologu nekromanta już nie przemawiał, a krzyczał, tryskając śliną i gestykulując rozżarzonym nożem. Instynktowny strach przed wariatami zamknął nam usta, nie pozwalając rzucić kolejnego dowcipu.
Prawdopodobnie to samo odczuwał Konwent Magów, słuchając natchnionej przemowy szalonego arcymaga. Uzyskać nieśmiertelność kosztem cudzego życia! Konwent nie skorzystałby z takiej metody nawet w celach eksperymentalnych… A zresztą, doskonale rozumiałam tego szaleńca. Zgadza się, magowie żyją długo. Ale nawet oni nie są nieśmiertelni. Magia może spowolnić proces starzenia, ale nie potrafi całkowicie go powstrzymać. I im dłużej żyjemy, tym mniej chcemy umrzeć, ile by nie powstało bajek o „zmęczonych życiem” magach…
Читать дальше