Oczywiście, wiązały się z tym niemal zawsze ciężka praca fizyczna, niewygodne warunki i monotonne zajęcia. Oto trzeba liczyć tysiące larw, wynosić tuzinami kosze pełne ziemi, gruzu i kamieni, spać w cuchnących namiotach. To jednak było częścią przygody. Nigdy nie zamieniłby się z naukowcami, którzy oczywiście mieli poważniejsze zadania, rozwijali swoje teorie, pisali referaty i wydawali polecenia robotnikom takim jak on, gdyż w konsekwencji oznaczałoby to, że musiałby studiować którąś ze specjalności przyrodniczych i potem przez całe życie wykonywać ten sam rodzaj pracy. A to nie wróżyło ciekawych przygód. To wróżyło straszliwą nudę.
— Myślisz, że chcą kręcić film o naszych wykopaliskach? — spytała Judith. Z daleka kiwał do nich Rafi, kierujący pracami w sektorze trzecim. Przerwa śniadaniowa już się skończyła.
— Nie wiem — odpowiedział Stephen. — Raczej nie sądzę. Nie wydaje mi się, żeby szef zarządu przyjeżdżał tu kręcić film.
— Ale to ma coś wspólnego ze znaleziskiem. Tym, o którym nie chcesz rozmawiać.
— Tak, myślę, że masz rację.
— Jak myślisz, co się tu dzieje?
— Wydaje mi się — powiedział Stephen, zdjął okulary i potarł wierzchem dłoni brwi, mokre od potu — że popełniono morderstwo.
Poniżej podano szczegółowe opracowanie stratygraficzne. Elementy stratygraficzne, jak warstwy i wkopy, opatrzono cyframi, pozostałości obiektów budowlanych literami, umieszczonymi w odpowiednich punktach przekroju stratygraficznego. Rozmieszczenie stratygraficzne artefaktów ceramicznych z rozdz. 111-9 patrz rozdz. XII.
Do numerowania i opracowania systemu stratygraficznego zastosowano metodę zaproponowaną przez HARRISA (HARRIS 1979, 81-91, porównaj także FRANKEN 1984, 86-90). W niektórych miejscach, celem uproszczenia, przydzielono jeden numer całej grupie nagromadzonych warstw.
Profesor Charles Wilford-Smith Raport z wykopalisk pod Bet Hamesh
Stanowisko linii El Al z przyczyn bezpieczeństwa umieszczono w osobnym korytarzu z boku hali głównej. Eisenhardt dotarł do niego niemal w ostatniej minucie i, czując się raczej nieswojo, stał teraz w grupie hałaśliwych ludzi, jakich do tej pory widywał tylko w wieczornych wiadomościach. Ortodoksyjni Żydzi z długimi pejsami, ubrani na czarno, stali obok gapiących się obojętnie przed siebie Palestyńczyków, odzianych w nieomylnie rozpoznawane chusty spopularyzowane przez Jasera Arafata. Ignorowali się wzajemnie, na ile było to możliwe. Kobiety, skromnie osłonięte długimi płaszczami i chustami, czekały w jednej kolejce z całkiem podobnie ubranymi mnichami z zakonu franciszkanów. Pośród nich, nie rzucając się w oczy, cierpliwie stali zwyczajni mężczyźni i kobiety, w różnym wieku i różnego stanu, wyglądające na babcie damy i szarmanccy starsi panowie, mimo wczesnej pory i zachmurzonego nieba nad Frankfurtem przewidująco przystrojeni w białe słomkowe kapelusze, bladzi, krępi mężczyźni w połyskujących tłusto garniturach z plastikowymi reklamówkami w rękach, rozmawiający cicho w języku, który w uszach Eisenhardta brzmiał jak rosyjski. Kolejka posuwała się bardzo powoli.
— Po co pan jedzie do Izraela? — zapytała funkcjonariuszka izraelskich służb bezpieczeństwa, olbrzymia kobieta, lustrując go przy tym wzrokiem tak nieufnie, jakby podejrzewała go o kryminalne zamiary.
— W sprawach, hm, zawodowych. — Dlaczego to pytanie tak go zdenerwowało? Wyjął z torby faks z Nowego Jorku. — Mam zlecenie na konsultacje.
Dokładnie przestudiowała faks. Tutaj nie wyglądało to na formalność, do spraw bezpieczeństwa podchodzono naprawdę poważnie. Z taką kontrolą nie spotkał się nigdy przy wcześniejszych lotach. Raczej opóźnią lot niż powierzchownie potraktują niejasności, niewątpliwie mają ku temu powody. Eisenhardt przypomniał sobie rozmaite doniesienia o porwaniach samolotów, słuchał ich przeważnie mimochodem. Tak. Mają wiele powodów.
No, nieźle wpadł. Powtórnie przeczytała faks, całą czterostronicową umowę napisaną w większej części prawniczym angielskim, nie patrząc na niego wzięła słuchawkę telefonu i wybrała numer, rozmawiała z kimś gardłowym językiem, z pewnością musiał to być hebrajski. W końcu oddała mu papier i skinęła głową, szybko naskrobała podpis na formularzu i pozwoliła przejść.
— W porządku — powiedziała i natychmiast skierowała swą skoncentrowaną nieufność na następnego w kolejce, teraz jego traktując jak potencjalnego terrorystę, póki nie udowodni, że nim nie jest. Dlaczego pan jedzie do Izraela? Piekielnie dobre pytanie. On, niezbyt znany pisarz! Jako doradca dysponującego milionami medialnego potentata! Oszalał. Wysoce wątpliwe. Prawdziwą przyczyną, nagle stało się to dla niego jasne, są zaległości w płaceniu rat za dom. Powstałe, gdyż nie zapłaciło mu wydawnictwo, pośrednio będące własnością człowieka, który go zaangażował.
Siedziała tam, gdzie zawsze chciał ją zobaczyć: na krawędzi jego polowego łóżka. Mimo to czuł się idiotycznie, bo to on był półnagi, a ona ubrana.
Stephen brał prysznic. Natryski z trudnością zasługiwały na swoją nazwę — z imponujących baterii słabo kapała woda. W obozie wszyscy stale uskarżali się na prysznice, nie będące w stanie spłukać wszechobecnego pyłu. Wszyscy też dobrze wiedzieli, że skargi te nie mają sensu, bo natryski nie zmienią się do końca wykopalisk. Stephen poradził sobie za pomocą prostej sztuczki, którą podpatrzył u specjalistów od nawadniania w Afryce: pozbywał się praktycznie całego kurzu, używając zwykłej gąbki. Ze swojego pomysłu nie robił tajemnicy, lecz, o ile się zorientował, większość i tak wolała narzekać.
— Jesteś jedynym człowiekiem, jakiego znam, który na wykopaliskach ma przy sobie marynarkę — stwierdziła Judith.
— Mam jeszcze mnóstwo innych niezwykłych cech — odpowiedział Stephen, zajęty jeszcze wycieraniem do sucha włosów i doprowadzaniem ich do porządku za pomocą wielkiego grzebienia. Przyjemnie było mieć za sobą dzień pracy i szykować na nieźle zapowiadający się wieczór. Wysiłek fizyczny dobrze mu robił, był w niezłej formie i czuł się wygodnie w swoim ciele.
Kopacze mieszkali w dosyć obszernych namiotach z białego żeglarskiego płótna, wyglądających tak, jakby były demobilem po afrykańskiej ofensywie brytyjskiej armii. Może zresztą naprawdę tak było. W większości namiotów mieszkały po dwie osoby, Stephenowi udało się jednak doprowadzić do przyznania mu pojedynczego lokum — rozpuścił plotki, że w nocy okropnie chrapie i lunatykuje, do tego wracając do łóżka często się myli — nikt nie chciał ryzykować. Dzięki temu starczyło mu miejsca, żeby poza stołem i krzesłem zmieścić w namiocie jeszcze stojak do wieszania ubrań i duże lustro.
— Kiedyś i tak się dowiem — powtórzyła co najmniej piąty raz. Wciąż miała na myśli artefakt, znaleziony tego dnia właśnie przez niego i będący, na to wyglądało, przyczyną całego zamieszania.
— Dowiesz się dziś wieczorem — powiedział Stephen i wskoczył w spodnie. Judith przyglądała mu się niewzruszona. Wcześniej po prostu weszła do namiotu, mimo że stał w samych slipkach, usiadła na łóżku i zaczęła mu wiercić dziurę w brzuchu na temat znaleziska. — To długa historia. Gdybym opowiedział ją tobie teraz, musiałbym wieczorem opowiadać Yehoshui jeszcze raz, a dwa razy to dla mnie za dużo.
— Chcesz tylko wzmocnić efekt.
— Jasne. To też. Kiedy przyjedzie twój brat?
— Za pół godziny.
Była w niej jakaś szorstkość. Przyczyna tkwiła może w fakcie, że ze swego dwudziestoletniego życia zdążyła już dwa lata spędzić w izraelskiej armii. Stephena przebiegł dreszcz zgrozy, gdy dowiedział się, że to długonogie, rasowe stworzenie potrafiło kierować wozem opancerzonym, brało udział w walkach zbrojnych podczas Intifady, do tego potrafiła z zawiązanymi oczami złożyć rozebrany karabin maszynowy w czasie krótszym od jednej minuty. On wojsko znał tylko z filmów.
Читать дальше