– O czym ty mówisz, Tate?
– Mówię, że będziemy jej szukać. Razem.
Aaron Matthews wprowadził samochód Megan na parking w Viennie, wielkiej stacji przesiadkowej szybkiej kolei, piętnaście mil na zachód od Dystryktu Kolumbii.
Było południe, toteż tę część parkingu, z dala od pociągów, zapełniały samochody pozostawione przez podróżnych.
Nie zdejmując chirurgicznych lateksowych rękawiczek, Matthews wysiadł z niebieskiego forda tempo dziewczyny i otworzył bagażnik. Przyjrzał się Megan, zwiniętej w pozycji embrionalnej, nieprzytomnej, skrępowanej sznurem konopnym.
Była bardzo blada. Zanim zabrał się do dalszej roboty, przyłożył rękę do jej piersi i upewnił się, że wciąż oddycha. Podszedł do swojego szarego dodge’a caravana, zaparkowanego w szeregu innych samochodów, i otworzył boczne drzwiczki, po czym szybko zarzucił na Megan koc i przeniósł ją z samochodu do furgonetki. Czuł potrzebę szybkiej ucieczki ze swoim łupem, ale nie mógł się powstrzymać przed rzuceniem na nią jeszcze raz okiem. Wreszcie wrzucił jej plecak do furgonetki, zatrzasnął drzwi i wprowadził samochód Megan na miejsce parkingowe po furgonetce. Między przednimi siedzeniami tempa umieścił zniszczony rozkład jazdy Amtraka, który posłużył Megan jako podkładka, gdy pisała listy do rodziców i Amy, i na którym znalazły się dzięki temu odciski jej palców. Dotykał tego rozkładu – podobnie jak papieru, który ukradł z pokoju Megan w domu Bett McCall – tylko w rękawiczkach.
Bóg uśmiechnął się dzisiaj do mnie, doszedł do wniosku Matthews. Tego ranka stał wśród bukszpanu w pobliżu domu Colliera od szóstej do ósmej, żeby upewnić się, że prawnik pojedzie jak co dzień do biura. Pojechał. Ale potem, gdy około jedenastej trzydzieści Matthews powrócił już z Megan w bagażniku, odkrył, ku własnemu zaskoczeniu, że Collier również powrócił. Na szczęście ubrany w pelerynę prawnik kierował się ku polom. Gdy zniknął z pola widzenia, Matthews dostał się do środka dzięki kluczom Megan, rzucił dalmatyńczykowi kość, żeby czymś go zająć, umieścił w odpowiednich miejscach listy i podarty czek, po czym odjechał ku stacji metra.
Pozostało już tylko kilka luźnych wątków, które trzeba będzie poprzecinać.
Matthews udał się do eleganckiej dzielnicy Fairfax i zatrzymał się koło krytej gontem skrzynki na listy przy końcu długiego podjazdu. Na skrzynce widniał wypalony napis: Państwo Walker . Wrzucił do skrzynki list, który Megan napisała do swojej przyjaciółki Amy podczas sesji terapeutycznej.
Stąd ruszył do Oakton, dzielnicy przyczep kempingowych w leśnej części miasta. Minął parking, widząc, że świeci pustkami. Mężowie pracują, żony robią porządki i słuchają niekończącego się ćwierkania Sally Jessye reklamującej w telewizji kolejne produkty.
Zaparkował w błocie, z dala od innych przyczep, i ostrożnie wysiadł z samochodu. Bardzo powoli skierował się ku domostwu na samym skraju parkingu.
Nie jesteś doktorem Petersem, odezwał się w jego umyśle głos Megan.
Tak się składa, Megan, odpowiedział jej w myślach, że jestem. Dobrze wiesz, że wszyscy odgrywamy w życiu różne role. Na przykład ty jesteś kochanką i córką, a teraz moim jeńcem. Cóż, jeśli Aaron Matthews jest id, to doktor James Peters jest ego. A kto jest superego? Zobaczysz…
Przez kilka lat Matthews rzeczywiście zarabiał na życie jako terapeuta. Potrafił snuć opowieści o stopniach uzyskanych na Harvardzie i Columbii, o pracy w nowojorskim oddziale Cornell Medical Center i w Bellevue. Miał sprawny umysł, który z łatwością tworzył takie historie; doskonale pamiętał, komu którą opowiedział. Wszyscy niezmiennie mu wierzyli, Matthews był nieprzeciętnie uzdolnionym kłamcą.
To, że nie miał papierów, nie oznaczało jednak, że nie był dobry. Weźmy chociażby tę kobietę z przyczepy, do której właśnie się podkradał. Kiedy spotkał ją w barze miesiąc temu, natychmiast rozpoznał klasyczną osobowość graniczną, gotową rozłożyć nogi – i zrobić niemal wszystko – jeśli tylko wystuka się odpowiedni kod, który w jej przypadku był mniej więcej równie zagadkowy jak PIN karty bankomatowej.
Drzwi były zamknięte.
Zastukał w szybę i zajrzał do środka.
– Idź sobie – zawołała kobieta.
Zobaczył ją przez szybkę w drzwiach. Przypominała nieco Megan, choć była o kilka lat starsza. Długie, proste włosy. Mopsowata twarz w typie Janis Joplin. Pod brudnym podkoszulkiem rysowały się znaki pozostawione przez dziecko odebrane dawno przez ojca, ale nie jej męża: obwisłe, zmęczone piersi, ciemne sutki.
Wyjął z kurtki kuchenny nóż i wsunął ostrą jak brzytwa hartowaną stal do tylnej kieszeni.
Zapukał. Trzeba załatwić to szybko i sprawnie.
– Cześć – powiedział Aaron Matthews.
– Idź sobie. Nienawidzę cię.
– Emily – szepnął i posłał jej zakłopotane spojrzenie.
– Nienawidzę cię! Za to, do czego mnie zmusiłeś! – wykrzyczała to przez zamknięte drzwi.
Zmusiłeś mnie. No cóż. Nie było to dokładnie tak. Matthew dał jej miłość, dał jej uwagę, dał jej solidne pieprzenie, a ona w zamian oddała mu przysługę. Chodziło tylko o to, żeby zagadać Megan w barze i upić ją na tyle, by straciła przytomność w parku. Potem zadzwoniła do ojca Megan, udając pracownika socjalnego hrabstwa, i nakazała mu, żeby umówił Megan z doktorem Petersem w sprawie terapii uzależnieniowej.
– Spieprzaj stąd! – warknęła kobieta.
Ludźmi zagniewanymi znacznie trudniej się manipuluje niż smutnymi. Ale Matthews nigdy nie cofał się przed wyzwaniami. Zaśpiewał: „Kocham cię tu, kocham cię tam…”.
– Ona mogła umrzeć! Co to było za świństwo, które jej dałam? To nie było zwykłe valium, co?
– Laudanum. I southern comfort. W sam raz dla nastolatki. „Kocham cię w noc, kocham cię w dzień, za twoją miłość wszystko ci dam”.
– Przestań! – powiedziała Emily.
– Wieża ciśnień to był wypadek. Nikt nie mógł przypuszczać, że wlezie na samą górę.
– Spadaj. Żałuję, że kiedykolwiek cię spotkałam. Jesteś zerem.
Kiedy zagadnął ją w barze, twierdziła, że jest aktorką. Przechylił głowę i się roześmiał.
– O co chodzi? – spytała, uśmiechając się, rumiana od słodkich kamikadze, które piła.
– O twoje imię. Pochodzi od łacińskiego aemulus. Naśladowca, przedrzeźniacz. Jak aktor.
– Spadaj! – Emily się śmiała.
– Kiedy to prawda. – Pocałował ją w usta. I była jego. Rozłożone nogi, rozłożone serce, rozłożona dusza.
Teraz powoli otworzył zewnętrzne drzwi i oparł głowę o okno. Wpatrywał się w jej oczy.
– Twoja dusza… – tak zwróciłby się do tłumów zgromadzonych na polach za Katedrą wśród Sosen, trzymając mikrofon i przechadzając się po niskiej estradzie. – Twoja dusza zostanie strawiona przez ogień. A co wzniesie się do nieba? Nic, oprócz martwego popiołu twojego życia… Teraz módl się. Chcę, żebyś modliła się ze mną! Chcę, żebyś się modliła, chcę, żebyś się modliła, chcę…
…żebyś otworzyła drzwi – rozkazał. – Chcę, żebyś otworzyła drzwi. – Odnalazł jej oczy przez szparę w szybie i nie spuszczał z niej wzroku.
– Ona mogła umrzeć.
Emily twierdziła, że chce, by ktoś pokochał ją za jej talent aktorski. Za jej umysł. Za jej dowcip. Ale Aaron Matthews wiedział, że naprawdę wcale nie tego pragnęła. Widział jej prostą twarz, zapadający się trójkąt dekoltu i napięty czarny stanik, żałosny makijaż na rozstępach na piersi, jej łapczywe usta ssące jego fiuta. I wiedział, niczym chirurg, gdzie należy przyłożyć skalpel. Taki właśnie miał talent.
Читать дальше