Opowiedział jej o wszystkim, co wydarzyło się poprzedniego dnia – o wypadku, o pomyłce z pogrzebami, o potajemnej nocnej wizycie w willi, o odkryciu zwłok. Na zakończenie opowieści zawahał się; nie wiedział, jak sformułować swoją prośbę.
Pani Clementina, która wydawała się to rozbawiona, to znowu przejęta całą historią, próbowała mu dodać odwagi:
– Dalej, komisarzu, bez skrupułów. Czegóż to pan ode mnie chce?
– Chciałbym, żeby wykonała pani anonimowy telefon – wyrzucił z siebie Montalbano jednym tchem.
Był w biurze od dziesięciu minut, kiedy Catarella zawiadomił go, że dzwoni Mlekko, szef gabinetu kwestora.
– Jak idzie, mój drogi Montalbano? Jak idzie?
– Dobrze – odparł sucho komisarz.
– Cieszę się, że znajduję pana w dobrym zdrowiu – powiedział szef gabinetu, znany ogólnie pod przezwiskiem „Mlekko z Mioddem”, jakie zostało mu kiedyś nadane w uznaniu jego złotoustej srogości.
– Na rozkaz! – ponaglił go Montalbano.
– No właśnie. Otóż niespełna kwadrans temu jakaś kobieta zadzwoniła na centralę kwestury, prosząc o osobistą rozmowę z panem kwestorem. Bardzo nalegała. Jednak kwestor był zajęty, więc zlecił mi, żebym odebrał za niego telefon. Kobieta miała atak histerii. Krzyczała, że w willi w dzielnicy Tre Fontane została popełniona zbrodnia. I odłożyła słuchawkę. Kwestor prosi, żeby na wszelki wypadek pan tam pojechał i złożył mu sprawozdanie. Kobieta powiedziała również, że willę łatwo można rozpoznać, ponieważ stoi przed nią zgniłozielone twingo.
– Boże! – wykrzyknął Montalbano, przechodząc do swojej roli, skoro pani Clementina Vasile Cozzo swoją odegrała wyśmienicie.
– Co takiego? – spytał zaciekawiony Mlekko.
– Niezwykły zbieg okoliczności! – powiedział Montalbano, tonem głosu wyrażając zdziwienie. – Potem panu wyjaśnię.
– Halo? Mówi komisarz Montalbano. Czy rozmawiam z sędzią Tommaseo?
– Tak. Dzień dobry. Słucham.
– Szef gabinetu kwestora poinformował mnie właśnie, że otrzymał anonimowy telefon od osoby, która zgłosiła zabójstwo w willi na terytorium Vigaty. Polecił mi, żebym sprawdził. Zaraz tam jadę.
– Czy aby nie chodzi o głupi żart?
– Wszystko jest możliwe. Chciałem powiadomić o tym pana w pełnym poszanowaniu pańskich niezbywalnych uprawnień.
– Znakomicie – powiedział z ukontentowaniem sędzia Tommaseo.
– Czy mam pańską zgodę na wszczęcie postępowania?
– Naturalnie. I jeśli naprawdę została tam popełniona zbrodnia, proszę mnie natychmiast powiadomić i czekać na mój przyjazd.
Zawołał Fazia, Galla i Galluzza i powiedział im, że pojadą z nim do dzielnicy Tre Fontane sprawdzić, czy zostało tam popełnione morderstwo.
– Czy to ta sama willa, którą pan się interesował? – spytał zdziwiony Fazio.
– Ta sama, gdzie rozwaliliśmy twingo? – dorzucił Gallo, patrząc zdumionym wzrokiem na przełożonego.
– Tak – odpowiedział obydwu naraz komisarz, przybierając pokorny wyraz twarzy.
– Ależ pan ma nosa! – wykrzyknął Fazio z podziwem.
Ledwo ruszyli, Montalbano miał już tego powyżej uszu. Dość farsy, którą musiał odegrać, udając zaskoczenie na widok zwłok, dość sędziego, który będzie zawracał mu głowę, dość lekarza, sądówki, której funkcjonariusze potrafili przyjechać na miejsce zbrodni po wielu godzinach. Postanowił przyspieszyć tempo.
– Podaj mi telefon komórkowy – powiedział do Galluzza, który siedział przed nim. Prowadził, rzecz jasna, Gallo.
Wybrał numer sędziego Tommaseo.
– Mówi Montalbano. Panie sędzio, ten telefon to nie był żart. Niestety, w willi znaleźliśmy zwłoki kobiety.
Reakcje tych, którzy siedzieli w samochodzie, były rozmaite. Gallo skręcił kierownicę, zjechał na pas dla samochodów jadących w przeciwnym kierunku, otarł się o ciężarówkę wypełnioną metalowymi deklami, zaklął i wrócił na właściwy pas. Galluzzo poderwał się, przekręcił na oparciu, wybałuszył oczy i z otwartymi ustami spojrzał na przełożonego. Fazio wyraźnie zesztywniał, patrzył przed siebie bez wyrazu.
– Już jadę – powiedział sędzia Tommaseo. – Proszę mi dokładnie powiedzieć, gdzie jest ten dom.
Montalbano, który miał dość coraz bardziej, podał telefon Gallowi.
– Wytłumacz mu, gdzie to jest. Potem zawiadom doktora Pasquano i sądówkę.
Fazio odezwał się dopiero w chwili, gdy zatrzymali się za zgniłozielonym twingo.
– Czy założył pan chociaż rękawiczki?
– Tak – powiedział Montalbano.
– W każdym razie dla bezpieczeństwa, kiedy tylko wejdziemy, proszę dotykać wszystkiego gołymi rękami. Niech pan zostawi tyle odcisków, ile się da.
– Właśnie miałem zamiar tak zrobić – skwitował komisarz.
Po wczorajszej burzy z wetkniętej pod wycieraczkę karteczki zostało bardzo niewiele. Numer telefonu zmyła woda.
– Wy dwaj przeszukajcie parter – powiedział komisarz do Galla i Galluzza.
W towarzystwie Fazia wszedł na piętro. W świetle elektrycznym ciało kobiety nie wywarło na nim tak silnego wrażenia jak wczorajszej nocy, kiedy je ujrzał w nikłym blasku latarki: wydawało się mniej prawdziwe, choć na pewno nie wyglądało jak manekin. Sztywne, sinobiałe, przypominało gipsowe odlewy ofiar kataklizmu w Pompejach. Nie można było dostrzec twarzy kobiety, ponieważ była wciśnięta w pościel, lecz widać było, że musiała stawiać śmierci zaciekły opór. Kępki jasnych włosów były rozproszone po rozdartym prześcieradle, na plecach i tuż pod karkiem widoczne były granatowe krwiaki. Morderca musiał użyć całej siły, by przycisnąć jej twarz do materaca tak mocno, że nie mogła się już przedostać do ust nawet strużka powietrza. Z parteru nadeszli Gallo i Galluzzo.
– Na dole chyba wszystko w porządku – powiedział Gallo.
Ale przecież tu była młoda kobieta, zamordowana, naga, w pozycji, która wywoływała nieodparcie obsceniczne skojarzenia – zastygła, pogwałcona intymność, wystawiona na widok policyjnych oczu. Jak gdyby chciał jej zwrócić minimum osobowości i godności, komisarz spytał Fazia:
– Powiedzieli ci, jak się nazywa?
– Tak, pani Licalzi. Miała na unię Michela.
Poszedł do łazienki, podniósł z podłogi różowy szlafrok, zaniósł go do sypialni i przykrył ciało.
Zszedł na parter. Gdyby Michela Licalzi przeżyła, miałaby jeszcze sporo roboty z urządzaniem domku.
W kącie salonu, oparte o ścianę, stały dwa zrolowane dywany. Wersalka i fotele były owinięte fabrycznie w celofan, na nierozpakowanej pace leżał blatem do dołu stolik. Jedyną rzeczą, która wydawała się uporządkowana, był przeszklony kredens, zastawiony tradycyjnymi bibelotami na pokaz: dwoma starymi wachlarzami, kilkoma porcelanowymi figurkami, zamkniętym futerałem na skrzypce, pięknymi i rzadkimi muszlami.
Pierwsza przyjechała sądówka. Dawnego szefa grupy, Jacomuzziego, kwestor Bonetti-Alderighi zastąpił młodym doktorem Arqua, przeniesionym tutaj z Florencji. Jacomuzzi był nie tylko szefem sądówki, lecz przede wszystkim niepoprawnym ekshibicjonistą, który głównie pozował fotografom, operatorom i dziennikarzom. Montalbano, kiedy chciał z niego zakpić, nazywał go „Pippo Baudo”. W znaczenie badań sądówki dla wyników dochodzenia Jacomuzzi w głębi serca zanadto nie wierzył: twierdził, że intuicja i rozum prędzej czy później i tak doprowadzą do prawdy, nawet bez wsparcia mikroskopów i analiz. Dla Bonetti-Alderighiego były to czyste herezje, więc pozbył się go tak szybko, jak tylko mógł. Vanni Arqua wyglądał jak bliźniak Harolda Lloyda: włosy miał zawsze potargane, ubierał się jak roztargnieni naukowcy z filmów z lat trzydziestych i miał nabożny stosunek do nauki. W Montalbanie nie budził pozytywnych uczuć, za co Arqua odwzajemniał mu się równie serdeczną antypatią.
Читать дальше