Barney widywał od czasu do czasu Agnes, raz z mężem, raz w towarzystwie muskularnego młodego Australijczyka, i myślał o niej nieustannie, aż w głowie huczało mu od tych wszystkich myśli jak w bębnie. Agnes miała w sobie coś, co wyzwalało w nim emocje, które pozostawały jakby uśpione, kiedy był z Mooi Klip; niewytłumaczalne pragnienie cierpienia seksualnego oraz prawdziwego bólu. Zastanawiał się, czy nie ma w sobie ukrytej potrzeby bycia ukaranym za swoją arogancję, lecz podniecenie, które odczuwał, kiedy przypomniał sobie, jak Agnes wbiła swoje ostre paznokcie w jego pośladki, zdawało się temu przeczyć. Sprawiało mu też dziką przyjemność zadawanie bólu Agnes. Im więcej się nad tym zastanawiał, tym większy był jego niepokój, więc starał się myśleć o czymś innym.
Prawie nie przestawał też myśleć o Gwieździe Natalii. Zamykał oczy i wyraźnie ją widział, jej łagodny, magiczny kolor, jej wspaniały blask. Była symbolem jego najgłębszych uczuć i Joel zabrał mu ją tak samo, jak zabrał mu Natalię.
Stracić Gwiazdę Natalię, to trochę tak jak zgubić drogę w lesie. Nie umiałby tego nikomu wytłumaczyć, ale tak właśnie czuł.
Powierzył Edwardowi Norkowi kontrolę nad kopalnią i pewnego marcowego dnia, w czwartek wcześnie rano, wyruszył w drogę do Klipdrift na swoim koniu Jupiterze. Był słoneczny dzień i tylko kilka chmur tuliło się do siebie na dalekim horyzoncie. Barney był w nadzwyczajnym humorze. Prawie rok już upłynął od śmierci Sary i kończył się okres oficjalnej żałoby. Zaprowadził porządek w Wielkiej Dziurze, a jego działki przynosiły ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy funtów tygodniowo. Wreszcie kończyły się długie lata pracy, kłótni i rozgoryczeń. Mógł teraz cieszyć się podróżami, przyjęciami i rozrywkami. Vogel Vlei był prawie wykończony, mimo że przy wykańczaniu sypialni zabrakło dobrego smaku Sary, a Edward Nork mawiał, że salon wygląda jak „przedpokój w domu Lukrecji Borgii".
Barney przyjechał do Klipdrift po czwartej i kiedy dotarł wreszcie na miejsce, był spocony i zmęczony. Zsiadł z konia przy frontowej bramie domu Mooi Klip i ze zdziwieniem zobaczył, że stoi przy drzwiach w letnim płaszczu i czepku przystrojonym kwiatami, z parasolką w ręku. Obok niej, czarnooki i poważny, stał Pięter. Wydatny nos oraz klinowate czoło upodabniały go do Barneya. Wokół nich leżały kufry, skrzynie, wszystkie pozamykane i oznaczone.
– Natalio! – zawołał Barney, przywiązując Jupitera do słupka.
Spojrzała na niego i jej twarz zaróżowiała w świetle popołudniowego słońca, które padało na parasolkę.
– Barney… dlaczego przyjechałeś?
Otworzył bramę i przeszedł przez podwórze. Kiedy był już przy niej, powiedział:
– Jak to dlaczego przyjechałem? Przyjechałem, żeby zobaczyć się z Pieterem, no i oczywiście z tobą.
Mooi Klip wyglądała na wpół sparaliżowaną, stała nieruchomo i mówiła z trudem.
– Ale dzisiaj? – wyjąkała. – Musiałeś przyjechać akurat dzisiaj?
– O co ci chodzi? – zapytał Barney. – Wyjeżdżasz z Klipdrift? Wyprowadzasz się?
– Wysłałam do ciebie list – powiedziała.
– Nie dostałem żadnego listu.
– Wysłałam go dzisiaj.
Podszedł do niej bliżej i rzucił okiem na leżące wokół kufry.
– Tak po prostu wyjeżdżasz, nic mi o tym wcześniej nie mówiąc?
Opuściła nieco parasolkę.
– Myślisz, że miałabym siłę załatwić to inaczej? Barney dotknął jej dłoni w białej rękawiczce.
– Czy tak mówi Natalia Marneweck? – zapytał. – Odważna Natalia Marneweck?
Podniosła oczy. Były ciemne jak oczy sowy.
– Nie – odparła. – Tak mówi Natalia Ransome. Nastąpiła bardzo długa cisza. Barney puścił jej dłoń.
Złożył ręce i dotknął swoich ust jak pasterze Bantu, kiedy gwizdali przez trzcinę. Pięter na wszelki wypadek chwycił Natalię za rękaw, chcąc się w ten sposób upewnić, czy wszystko w porządku. Mooi Klip dotknęła uspokajająco jego rączki.
– A więc wyszłaś za niego – powiedział Barney.
Mooi Klip kiwnęła głową.
– Jest bardzo dobry – powiedziała drżącym głosem.
– Tak – uśmiechnął się Barney. – Tak sobie pomyślałem, kiedy przyjechał złożyć mi wizytę.
Słońce chowało się powoli za wierzchołki drzew po drugiej stronie rzeki Vaal. Na przeciwległym brzegu Barney zauważył poszukiwacza diamentów, który stał pochylony w płytkiej, złocistej wodzie i wkładał do wiadra żółtą ziemię. Wiele lat temu spacerował wzdłuż rzeki Oranjerivier i patrzył na kopaczy przesiewających ziemię przez sita – te czasy wydawały mu się teraz tak odległe.
Ukucnął i wyciągnął ręce do Pietera.
– Jak tam mój ukochany syn? – zapytał. – Dawno się nie widzieliśmy, prawda?
Mooi Klip popchnęła go lekko w stronę Barneya.
– Wiele rzeczy wydarzyło się tymczasem – powiedziała. – Jedziemy teraz do Anglii.
Barney trzymał Pietera za rękę. Chłopak był tak delikatny i poważny jak Barney, kiedy był mały. Podniósł wzrok na Mooi Klip i zapytał:
– Do Anglii? Na jak długo?
Zacisnęła usta i zrozumiał, że wyjeżdża na zawsze.
– Pewnie przełożeni go tam przenieśli? – zapytał, a Mooi Klip skinęła głową.
Barney wstał i oparł rękę na ramieniu Pietera. Chłopiec miał najwyraźniej ochotę wrócić do matki, lecz w spojrzeniu Mooi Klip było coś, co kazało mu pozostać przy ojcu.
– Przeczytałam w gazecie o twojej żonie – powiedziała Mooi Klip. – Było mi ciebie żal, ale wiedziałam, że nie mogę pojechać do Kimberley. To ty musiałeś zdecydować. Czasami myślałam, że może przyjedziesz. Ułożyłam sobie nawet w głowie, co mogłabym wtedy powiedzieć Hughowi. Ale nie przyjechałeś, a ja musiałam dotrzymać obietnicy i pomyśleć też o Pieterze, nie tylko o sobie; więc wyszłam za Hugha w Hopetown, a teraz jedziemy do Anglii.
Barney dotknął włosów Pietera, jego chudej, dziecięcej szyi, policzków i pozwolił mu wreszcie wrócić do matki.
– Więc przyjechałem za późno – powiedział z żalem. Był bardziej rozczarowany, niż myślał.
Mooi Klip nie mogła oderwać od niego oczu, tak jak on nie mógł oderwać oczu od Gwiazdy Natalii. Łzy popłynęły jej po policzkach i musiała przyłożyć rękę do ust, żeby nie wybuchnąć głośnym płaczem. Barney był bezsilny, mógł jedynie patrzeć w te piwne, łagodne oczy i myśleć o przeszłości, o wszystkich tych dniach przepełnionych miłością oraz samotnością. Miał wrażenie, jakby tych dziesięć lat życia minęło jak jeden dzień, jedna kartka kalendarza goniła drugą, coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie teraz, w ten marcowy wiosenny wieczór, nie zostało mu już nic prócz goryczy i żalu.
– Pocałuj mnie tylko jeden raz – poprosił Natalię. – Pocałuj mnie tak jak kiedyś.
I oto w drzwiach białego domku w Klipdrift, przy szczebiocie ptaków nadlatujących znad rzeki, pod ciemniejącym niebem objęli się po raz ostatni i pocałowali tak jak dawniej.
W środę, 14 lipca 1880 roku, Harold Feinberg przewrócił się na schodach prowadzących do jego biura znajdującego się na głównej ulicy Kimberley. Runął na ziemię tak sztywno jak strach na wróble. Umarł trzy godziny później w swoim bungalowie, we własnym łóżku. Barney był przy nim, kiedy umierał, i czytał mu jego ulubiony Psalm 84, Psalm Synów Koracha:
„Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni do przedsieni Pańskich. Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga Żywego… Zaiste jeden dzień w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące; wolę stać w progu domu mojego Boga niż mieszkać w namiotach grzeszników. Bo Pan Bóg jest słońcem i tarczą. Pan hojnie darzy łaską, nie odmawia dobrodziejstw postępującym nienagannie… Panie Zastępów, szczęśliwy człowiek, który ufa Tobie!"
Читать дальше