Po raz pierwszy od dawna zmówił modlitwę.
Spotkali się wreszcie w pracowni Fredericka Goldina na trzecim piętrze de Pecq's, w przestronnym pokoju z wysokimi oknami wychodzącymi na północ, na dachy dzielnicy diamentowej w Antwerpii. Do spotkania doszło dopiero w trzecim tygodniu września – aż tyle czasu zajęło Joelowi umówienie się z Goldinem. W pierwszym tygodniu swojego pobytu w Antwerpii odwiedzał bez przerwy kawiarnie i restauracje, do których przychodzili najczęściej kupcy diamentów. Siadywał w kącie przy lampce likieru z czarnej porzeczki, zagryzał faszerowaną cielęciną i podsłuchiwał ich rozmów na temat cen rynkowych, jakości, zysków i obróbki. W tych miejscach gromadzili się przeważnie ortodoksyjni Żydzi. Siedzieli przy swoich stolikach, w swoich shlreimels, czarnych kapeluszach z szerokim rondem, zpayess, czyli bokobrodami, które młodzi, nowojorscy Żydzi zgolili już dawno temu. Joel poczuł się wśród nich dziwnie swojsko, po długim pobycie w Afryce Południowej znów otaczali go Żydzi. Przez pierwsze dwa dni miał ochotę przeszkodzić kupcom w ich prowadzonych szeptem rozmowach, wziąć ich za rękę i powiedzieć, że miło ich znowu widzieć.
W handlu diamentami umowy, które zawierano, zawsze były umowami ustnymi, nigdy nie podpisywano żadnych kontraktów. W grę wchodziły nieraz ogromne sumy pieniędzy, setki tysięcy franków wymieniano na diamenty bez żadnych dokumentów. Transakcje regulowane były tylko i wyłącznie uczciwością samych kupców. Dzięki tym szeptom, które tak bardzo podobały się Joelowi, migoczący potok diamentów zalewał handlowców, kupców, szlifierzy i w końcu detalistów.
W drugim tygodniu pobytu Joel zagadał wreszcie do mówiącego po angielsku dealera, Josepha Mandelbauma, małego, brzuchatego mężczyzny pod pięćdziesiątkę, w okularach, o wyglądzie gnoma. Sądząc ze sposobu mówienia Mandelbauma, można się było domyślać, że prowadzi handel przewozowy i więcej rusza się po świecie od swoich kolegów z tej samej branży w Antwerpii: spędził prawie połowę życia w Londynie, w Hatton Garden, i regularnie handlował diamentami z amerykańskimi dealerami.
– Gdyby miał pan duży diament i chciałby go pan po cichu oszlifować, komu by go pan powierzył? – zapytał Joel, gdy siedzieli w zacisznej kawiarni o nazwie Boom's.
Mandelbaum popijał herbatę ze szklanki, od czasu do czasu dmuchając, żeby ostygła. Wtem znieruchomiał, odstawił szklankę i spojrzał na Joela przez cienkie szkła swoich okularów. Zmrużył lekko oczy.
– Co pan ma na myśli, mówiąc „duży diament"?
– Nie wiem. To tylko przypuszczenie. No ale powiedzmy, że trzysta karatów z hakiem.
Mandelbaum wbił oczy w swoją herbatę.
– To duży diament. Gdzie można taki znaleźć?
Joel oparł się o oparcie swojego twardego, drewnianego krzesła.
– Chyba źle mnie pan zrozumiał. Pytałem przecież gdzie można po cichu oszlifować taki diament, przypominam „po cichu", więc pańskie pytanie „Gdzie można go znaleźć" jest raczej niestosowne.
– Hm – mruknął Mandelbaum i też oparł się o swoje oparcie.
– Zakładam, że osoba, która podejmie się oszlifować taki kamień, zażąda dużej sumy pieniędzy – powiedział Joel. – Zakładam też, że dostanie należną zapłatę i nie będzie się musiała wykłócać.
– Będzie pan musiał pójść do najlepszych szlifierzy – powiedział Mandelbaum i zamyślił się. – Do kogoś takiego jak Yussel, Steinberg czy Frederick Goldin. Powierzenie trzystukaratowego diamentu byle komu byłoby, proszę mi wybaczyć, zbrodnią.
Joel wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Rozumiem, ale niech mi pan powie, z tych trzech szlifierzy, których pan wymienił, który zgodziłby się wykonać robotę bez zadawania pytań i rozpuszczania plotek? Jestem po prostu ciekaw.
– Frederick Goldin, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Obchodzi go tylko to, co szlifuje. Kamień taki jak ten potraktuje jako wyzwanie, jako kolejny krok naprzód. Musi pan wiedzieć, że on konkuruje z Yusselem. Uważa siebie za mistrza w tej dziedzinie. Twierdzi, że przy obróbce diamentu usuwa dużo mniej niż Yussel, a przy tym jego diamenty są równie wysokiej jakości co diamenty szlifowane przez Yussela.
Joel kiwnął głową.
– Zna pan go dobrze, tego Gol di na?
– Tak dobrze jak każdy inny.
– Dobrze. To może zapytałby go pan o to samo, o co ja pana pytałem? Ze zwykłej ciekawości.
Mandelbaum wypił jeszcze jeden łyk herbaty, ostrożnie, żeby się nie poparzyć.
– Być może powinienem panu powiedzieć, że ufundowano nagrodę w wysokości jednego procenta od zysków ze sprzedaży pokaźnych wymiarów, południowoafrykańskiego diamentu o wadze trzystu pięćdziesięciu karatów, o nazwie Gwiazda Natalia. Pomyślałem sobie, że być może zainteresuje pana ta informacja.
Joel spojrzał Mandelbaumowi prosto w oczy. Był zupełnie spokojny.
– Proponuję prowizję w wysokości dwóch procent – powiedział.
Tym właśnie sposobem w tydzień później znalazł się w pracowni Fredericka Goldina. Poruszał się tylko o jednej kuli. Usiadł na krześle z drabinkowym oparciem przy mocno zniszczonym warsztacie. Frederick Goldin zajęty był oglądaniem kilku diamentów przez dziesięciokrotnie powiększającą lupę.
– Pan Deacon – przedstawił Joela Mandelbaum i stanął z tyłu z kciukami zahaczonymi o ciasne kieszonki czarnej kamizelki.
Frederick Goldin odłożył lupę, zawinął diamenty i podniósł wzrok na Joela. Miał szczupłą twarz, która trochę przypominała oblicze psa. Był wysoki, miał kędzierzawe, rude włosy, był też piegowaty jak indycze jajo. Jego nadgarstki były tak luźno połączone z przedramieniem, że olbrzymie dłonie latały na wszystkie strony jak dyrygenckie pałeczki.
– A więc nazywa się pan Deacon i jest pan właścicielem olbrzymiego diamentu – powiedział Goldin.
Joel kaszlnął.
– Sprostowanie. Chcę się dowiedzieć, czy jest pan zainteresowany obróbką olbrzymiego diamentu i to wszystko.
– Nie musi pan się bawić w gry słowne – powiedział Frederick Goldin. – Wiem, co pan chce i dlaczego pan tu jest. Chce pan oszlifować olbrzymi diament i chce pan to zrobić jak najlepiej. Nie życzy pan też sobie rozgłosu, który zwykle towarzyszy takim przedsięwzięciom, innymi słowy, chce pan to zrobić po cichu.
Joel nic na to nie powiedział. Nie znał jeszcze intencji Goldina i wolał poczekać, aż nabierze stuprocentowej pewności, że można mu ufać. Dopiero wtedy powie, że tak naprawdę to kamień jest tu, w Antwerpii, razem z nim.
– Mogę tylko powiedzieć, że nie tylko trafił pan do właściwego człowieka, lecz również i do jedynego – powiedział Goldin. – Mógłby pan pójść do Itzika Yussela, pewnie stanąłby na wysokości zadania, ale prędzej czy później rozpuściłby nowinę. Jest próżnym i napuszonym starym człowiekiem i nie mógłby się powstrzymać, żeby nie obwieścić światu, że to on tak wspaniale oszlifował kamień.
– A pan? – zapytał po cichu Joel. – W panu nie ma ani odrobiny próżności?
– Ja też jestem próżny. Każdy, kto jest tak bardzo utalentowany jak ja, zawsze będzie próżny. Ale ja jestem outsiderem w przemyśle diamentowym. Nic ich nie obchodzą ani moje metody, ani to, że podaję w wątpliwość ich tradycyjne sposoby szlifowania. Ód tylu już lat krytykuję niektóre beznadziejne szlify stosowane przez nich w obróbce wspaniałych kamieni, które dostają się w ich ręce. Jest taki słynny skośny szlifo nazwie Antwerp Rose. Większość tutejszych szlifierzy nie chce nawet słyszeć, że to brzydki szlif, w końcu powstał tutaj, w Antwerpii. Lecz to jeden z najnudniejszych i najbardziej tępych szlifów, jakie można sobie wyobrazić, szlif, na który nie zasługuje nawet topaz.
Читать дальше