Nie miał pojęcia. Odeszła, kiedy miał sześć lat. Był na tyle duży, że go to zabolało, i na tyle mały, że tego nie zrozumiał. „Mama odeszła i nie wróci”. Któregoś dnia ojciec powiedział to przy śniadaniu. Bobby i George zajadali się lukrowanymi płatkami, których matka nigdy nie chciała im kupić, i pierwszą myślą Bobby’ego było: „O rany, od dziś codziennie na śniadanie będą lukrowane płatki”. Ojciec był spokojny, George kiwał głową z poważną miną, więc Bobby dostosował się do ogólnego nastroju.
Później, z upływem czasu, było mu coraz trudniej. W nocy czuł, jak pierś przygniata mu wielki ciężar, który nie znikał po przebudzeniu. Wreszcie któregoś wieczoru usłyszał, jak George krzyczy na ojca. Potem trzeba było jechać na pogotowie.
I od tej pory w ich domu nie mówiło się o matce.
Bobby długo nienawidził ojca. Jak George, za wszystko winił właśnie jego. Ojca, który za mało mówił i za dużo pił. Ojca, który był zbyt skory do bicia.
Kiedy George skończył osiemnaście lat, wyjechał i nigdy nie wrócił. Może odezwała się w nim krew matki? Bobby nigdy o to nie spytał.
Z nim było inaczej. Czas wszystko zmienia. Ojciec się zmienił. Bobby też. Podobnie jak jego uczucia do matki. Coraz rzadziej myślał o powodach jej odejścia i coraz częściej zastanawiał się, dlaczego nie próbowała się z nimi skontaktować. Nie tęskniła za synami? Nie czuła choć lekkiego bólu, choć odrobiny pustki w miejscu, w którym dawniej przechowywała miłość do dzieci?
Poczuł kłucie w boku. Chwyciła go kolka, oddychanie sprawiało ból. Mimo to przyspieszył kroku, bo wszystko było lepsze od samotnego zmagania się z takimi myślami. Może jeśli pobiegnie dalej, w końcu prześcignie swoje wspomnienia. Albo zmęczy się na tyle, by nie być w stanie myśleć.
Dwadzieścia kilometrów dalej. Zdyszany. Spocony. Przemarznięty.
Zawrócił. Z trudem przebierał nogami, ale w głowie wciąż mu się kotłowało.
Gdyby mógł cofnąć czas. Gdyby mógł zabrać palec z cyngla tuż przed tym, jak zobaczył w celowniku głowę Jimmy’ego Gagnona. A jeszcze lepiej, gdyby w ogóle nigdy nie usłyszał o Gagnonach, bo teraz już sam nie był pewien, co widział, dlaczego postąpił tak, jak postąpił, i to właśnie najbardziej go przerażało.
Po upływie trzech dni nie obawiał się już, że Catherine Gagnon jest morderczynią. Obawiał się, że mordercą jest on.
Pobiegł do domu.
Zadzwonił do Susan.
Zaproponowałaby spotkali się w kawiarni. Zdecydowali się na Starbucks w centrum. Neutralne terytorium.
Za długo dobierał ubranie. W końcu włożył dżinsy i batystową koszulę z długimi rękawami, którą, jak sobie poniewczasie przypomniał, dostał od Susan na Gwiazdkę. W portfelu znalazł zdjęcie zrobione w czasie jakiejś wspólnej wycieczki i znów zaczął się rozklejać.
Zmienił koszulę na prosty ciemnozielony sweter.
Interesy, powiedział sobie. To spotkanie w interesach.
Susan już na niego czekała. Wybrała stolik przy dużej gablocie ze srebrnymi i zielonymi kubkami z logo kawiarni. Włosy miała spięte na karku. Długie jasne kosmyki wysunęły się spod spinki i opadały na twarz. Na jego widok zaczęła je odgarniać za uszy, jak zawsze, kiedy była spięta. Poczuł ukłucie w piersi i robił, co mógłby to zignorować.
– Dobry wieczór – powiedział wreszcie.
– Dobry wieczór.
Zapadła niezręczna cisza. Czy powinien pocałować ją w policzek? Czy ona powinna wstać i go uściskać? Cholera, może lepiej poprzestać na uścisku dłoni.
Bobby wypuścił powietrze z ust i wskazał głową kontuar.
– Idę po kawę. Chcesz coś?
Wskazała stojący przed nią wielki, zwieńczony pianką kubek.
– Dzięki.
Bobby nie cierpiał Starbucks. Wpatrywał się w menu z kilkunastoma różnymi rodzajami espresso, zastanawiając się, jak można zarabiać tyle pieniędzy na prowadzeniu kawiarni oferujących najzwyklejszą w świecie kawę. W końcu zdecydował się na francuską paloną kawę, która, według rezolutnej kasjerki, była czarna, ale łagodna.
Zaniósł wielki kubek do stolika, zauważył, że lekko drżą mu dłonie, i zmieszał się jeszcze bardziej.
– Co u ciebie? – spytał w końcu, postawił kubek i usiadł.
– Dużo pracy. Koncert i tak dalej.
– Jak idą przygotowania?
Wzruszyła ramionami.
– Nerwowo, jak zawsze.
– To dobrze. - Napił się kawy, poczuł gorycz spływającą mu do żołądka i rozpaczliwie zatęsknił do Bogey’s.
– A co u ciebie? – spytała Susan.
Nie tknęła kawy, obracała tylko kubek w dłoniach. Bobby złapał się na tym, że wpatruje się w jej długie palce. Nie nosiła pierścionków. Dłonie muzyka. Zaskakująco silne, zaskakująco, wrażliwe. Zanim ją poznał, nie przepadał za muzyką klasyczną. Ku swojemu lekkiemu zdziwieniu stwierdził, że teraz będzie mu jej brakowało.
– Bobby?
Zmusił się do podniesienia oczu.
– Jakoś się trzymam.
– Myślałam, że zadzwonisz w piątek.
– Wiem.
– Przeczytałam gazetę i zrobiło mi się tak… smutno. Przez to, co się stało, i jak to musiałeś przeżywać. Dlatego siedziałam przy telefonie i czekałam, aż zadzwoni. Byłam pewna, że będziesz chciał porozmawiać.
Jego spojrzenie powędrowało do gabloty z kubkami. Oczy Susan wpatrywały się w jego twarz.
– Nigdy nie byłeś otwarty, Bobby. Wmawiałam sobie, że to mnie w tobie pociąga. To, że jesteś silnym, milczącym facetem. Typowym macho. Ale ostatnio przestało mi się to podobać. Minęły dwa lata i zasługuję na coś lepszego, do cholery.
Tak go zaskoczyła tym przekleństwem, że na nią spojrzał. Powoli pokiwała głową.
– Tak, przeklinam. Czasem nawet w złości rozwalam różne rzeczy. Powiem więcej, w ciągu ostatnich dwóch dni rozwaliłam całkiem dużo rzeczy. Przynajmniej mogłam się czymś zająć do czasu, aż przyjdą ci z prokuratury.
Bobby podniósł kubek z kawą, Chryste, ręka mu się trzęsła jak cholera. Susan wpatrywała się w niego znacząco.
– To dlatego zadzwoniłeś, Bobby? Nie z troski o mnie, tylko żeby dowiedzieć się, o co mnie pytali?
– Jedno i drugie.
– Pieprz się! – Straciła panowanie nad sobą. O mało nie wybuchnęła płaczem, przycisnęła dłonie do oczu, rozpaczliwie starała się nie robić sceny w publicznym miejscu, ale nie najlepiej jej to wychodziło.
– Nie powinienem był odejść tak bez słowa – powiedział niepewnie.
– Co ty nie powiesz!
– Nie planowałem tego. Obudziłem się, rozejrzałem… i wpadłem w panikę.
– Myślałeś, że sobie z tym nie poradzę? O to chodzi?
– Myślałem… – Zmarszczył brwi, niepewny, jak to ująć. – Myślałem, że zasługujesz na coś lepszego.
– Pieprzenie w bambus! – Widać powiedział nie to, co trzeba, bo dosłownie zatrzęsła się ze złości. Odstawiła kubek i wymierzyła w niego palec wskazujący. – Nie zwalaj tego na mnie! Nie rób z siebie szlachetnego jaskiniowca chroniącego swoją kruchą kobietkę! To bzdura! Uciekłeś, Bobby. Nawet nie dałeś mi szansy. Jak zrobiło się gorąco, dałeś nogę i tyle.
Bobby też zaczynał tracić nerwy.
– Przepraszam bardzo. Gdy następnym razem kogoś zastrzelę, to przede wszystkim wezmę pod uwagę twoje uczucia.
– Zależało mi na tobie!
– Mnie na tobie też.
– No to dlaczego siedzimy tu i na siebie krzyczymy?
– Bo tylko to nam zostało! – Natychmiast pożałował tych słów. Odchyliła się, zaszokowana i boleśnie dotknięta. Po chwili jednak zaczęła kiwać głową, i to zabolało jego, więc byli kwita.
– Od samego początku czekałeś, kiedy to się skończy – powiedziała po chwili łagodnie i znów zaczęła obracać kubek w dłoniach.
Читать дальше